I ja zaliczyłem Faetooth, ale w innym mieście na literkę W

Przyznam, że im bliżej tego wydarzenia było to tym bardziej nie chciało mi się na nie jechać, ale jak już postanowiłem, że pojadę to wreszcie pojechałem i myślę, że żałowałbym jakbym zrezygnował, bo mimo wszystko fajnie zawczasu zobaczyć nawet coś na co w danej chwili nie ma się ochoty niż potem sobie pluć w brodę, że się nie pojechało i zobaczyło jak była okazja. A zacznę od tego, że na ten koncert zdecydowałem się przez to, że na zeszłorocznym Mysticu wróżki kolidowały czasowo z Green Lung i postanowiłem sobie po prostu, że jak przyjadą to tę pofestiwalową zaległość sobie nadrobię. I dzisiaj to się dokonało
Mógłbym pisać wiele różnych niepotrzebnych rzeczy, chociażby to, że jak ojciec mnie odwoził na dworzec to uzmysłowiłem sobie, że nie psiknąłem się perfumami, i z miejsca mi pewność siebie spadła

No ale nie było jednak źle, bo nie śmierdziałem, a przynajmniej nikt mi wprost tego nie mówił, i nie czułem się niekomfortowo. Nastrój też miałem nienajgorszy, w najgorszym wypadku raczej neutralny, w najlepszym po prostu dobry, ale jak piszę, ważne że jednak nie najgorszy! Największym minusem tego wypadu jest to, że o 3:15 dopiero mam pociąg (yep, nadal jestem we Wrocku), sam już nie wiem czy zdecydowałem się na tak późny powrót dlatego, że rzeczywiście flixbus był dla mnie za drogi czy dlatego, że go jednak nie było, bo nie zawsze te połączenia o 00:55 czy jakoś tak są? Ale mniejsza z tym, te trzy godziny z haczkiem (w momencie pisania tej relacji) jeszcze wytrzymam xD I z innych niepotrzebnych rzeczy, które #nikogo, chociaż kuracjurzy może by zaciekawiły tu akurat, prawie całą podróż spędziłem na czytaniu tematu poświęconemu krakowskim koncertom Iron Maiden sprzed prawie trzech lat, tak mnie wciągnęły jak moją babcię swego czasu "Moda na sukces" - NIC ZUPEŁNIE NIE ROBIŁEM O TAKĄ LEKTURĘ, ALE WY JĄ WSPÓLNYMI SIŁAMI WYKREOWALIŚCIE W PRZESZŁOŚCI I WASZ KOT SIĘ NIE NUDZIŁ!
Do Łącznika wybierałem się bardzo podobną ścieżką co miesiąc temu na Stygian Bough, ale tym razem jednak przechadzałem się innymi szlakami i miałem mocne deja vu jak przechodziłem przez kładkę na ulicy Szybkiej obok Wydziału Geoinżynierii Politechniki Wrocławskiej (?), bo kiedyś spałem tam obok w 2017 roku jak na American Film Festival przyjechałem i lekko sobie pochodziłem i odtworzyłem wspomnienia. Wspomnienia, których odtwarzać raczej nie chciałem i nie chcę, w ogóle do przeszłości najlepiej nie chciałbym wracać, szczególnie takiej, którą bym wolał wymazać z pamięci, udawać że nie istniała, no ale niestety zbyt głęboko w nas potrafi tkwić. I cóż, szedłem dalej i na miejscu byłem jakieś 30 minut przed pierwszym supportem; sprawnie mi zeskanowano bilet i dostałem piękny druk kolekcjonerski w zamian, jak to przy bramkach na knockoutowych gigach bywa, powiesiłem sobie kurtkę na wieszaku, plecak położyłem z tyłu i poszedłem pod scenę, pod którą tkwiłem cały czas w pierwszym rzędzie nie trując sobie oczu niepożądanymi widokami - to są właśnie zajebiste plusy pierwszych rzędów! I jeszcze przy okazji oczywiście lepiej się skupić na muzyce.
W jednym wielkim skrócie napisałbym, że wszystkie te zespoły trzymały naprawdę dobry czy nawet bardzo dobry poziom i żadnych missów czy chybiłów (iks de) nie dostrzegłem, ale jak piszę już relację stąd do Chicago, to warto coś jednak nieco więcej napisać, co czułem i jak te występy subiektywnie odebrałem. Wiadomo, że można napisać "podobało mi się" i chuj, nic poza tym, podobało mi się i chuj, to prawda, ale napiszę co i jak i czemu. A więc...
Ellereve z miejsca mnie kupiła tym świetnym klimatycznym intro, potem poleciała niemniej albo może czasem może odrobineczkę mniej atmosferyczna muzyka, w której słychać wpływy tak zarówno jakiegoś doom, jak i black metalu. Cholera, to że instrumentarium mi się podobało to w sumie jak nic nie powiedzieć, świetne rzeczy ten młody Clapton (sorry, głupsze bądź jeszcze durniejsze skojarzenie wizualne po prostu) wydobywał ze swojej sześciostrunówki, bas dudnił pięknie, perkusja mną omiatała, ale żeby nie było tak pięknie to wokal tej alternatywnie wyglądającej pani podobał mi się zdecydowanie najmniej ze wszystkiego; nie, że był zły jakiś, po prostu przeciętny w dużej mierze i mało czym się wyróżniający, albo po prostu jego barwa mi specjalnie nie siadła; jakoś zajebiście odbioru mi nie popsuł, traktowałem go już neutralnie po jakimś czasie, ale na pewno z innym głosem, oczywiście bardziej mi odpowiadającym, odebrałbym ten koncert jeszcze lepiej. Podobało mi się mimo wszystko bardziej od
Coltaine, w którym był trochę fajniejszy wokal i bardziej różnorodny, bas tutaj chodził, że aż miło. Pierwszy numer mnie przyszpilił, to dzwonienie na samym początku bardzo dobrze mi zrobiło, ale potem było w większości po prostu przyzwoicie jak dla mnie, lecz koncert dobry, końcówka przedostatniego utworu była piękna. W ogóle ten występ obok mnie widziała perkusistka następującej po Niemcach kapeli i niedługo przed jego końcem skojarzyłem, że ta kobieta chyba jest z
Faetooth, potem okazało się, że mam rację jak weszła na scenę i rozstawiała swój zestaw! Ale z tego co widziałem na Metal-Archives to ta osobistość jest niebinarna, więc w sumie sam nie wiem jak mam o niej mówić. W każdym razie stałem dosłownie naprzeciwko jej zestawu i świetnie się oglądało jak z szerokim uśmiechem i zadowoleniem wali w te gary i talerze wszystkie, widać w tym było potężną pasję i jakieś spełnienie. A innym potężnym punktem tego koncertu był dla mnie ten zajebiście brzmiący bas, bardzo uwypuklony na pierwszy plan w miksie, więc generalnie całej sekcji rytmicznej słuchało się wybornie i panowie by pewnie stwierdzili, że i oglądało, lecz raczej nie chłopięco wyglądającego niebinarnego osobnika, a nimfy trzymające gryfy zagłady, jak, znowu, zajebiście głupio mogłoby to nie brzmieć, iks de (więc w sumie połowę sekcji rytmicznej).
Tak, udany wieczór. Fajnie było znowu wybrać się na kolejny rekreacyjny wypad po nocce
