Ostatnio spędzam z tym krążkiem dość dużo czasu. Tak się złożyło, że postanowiłem się trochę skoncentrować na Dance of Death, bo była to jedna z najrzadziej słuchanych przeze mnie płyt - a także jedna z gorzej ocenianych. Te dwie sprawy niejako się ze sobą wiążą, aczkolwiek tutaj dochodzi jeszcze ten aspekt, że o ile dwa ostatnie krążki nie należą do moich ulubionych, to wyszły już w czasach mego zainteresowania kapelą i siłą rzeczy sporo ich słuchałem w odpowiednio 2015/16 i 2021. Kiedy zaczynałem przygodę z Maiden, The Final Frontier był ich ostatnią płytą, więc też się do niej wracało, AMOLAD szybko polubiłem, tak jak i BNW. Drugi album po powrocie Bruce'a odstawał więc od reszty, jeśli w ogóle to, co napisałem, ma jakikolwiek sens
No ale tak słucham sobie Dance of Death i słucham... I przyznam, że wchodzi mi naprawdę dobrze. Kilka lat temu napisałem tutaj, że jest to nierówny album. Zdanie to podtrzymuję, choć mają bardziej nierówne długograje na koncie. Podczas ostatnich odsłuchów zwróciłem szczególną uwagę na dwa utwory, których dotychczas... Nawet nie kojarzyłem po tytułach

Chodzi mi o Gates of Tomorrow i New Frontier. To są super piosenki! Luźne, melodyjne, łatwo zakotwiczające się w świadomości. Dlaczego jakoś nie skupiłem się na nich wcześniej? Bladego pojęcia nie mam, bo w tym roku zaskoczyły już przy pierwszym odsłuchu i od paru dni słucham ich w zasadzie codziennie. Face in the Sand jest już dużo inne, bardziej stonowane, ale również zdecydowanie mi się podoba. New Frontier to w ogóle powinno robić za otwieracz tej płyty, bo niestety, ale nierówność tej płyty słychać już od pierwszej kompozycji - i to od tej gorszej strony. Wildest Dreams nie razi mnie już tak bardzo jak kiedyś, ale no umówmy się, w latach 80. to byłoby uznane za numer rzędu Gangland czy Quest for Fire (przede wszystkim tego rodzaju utwór w ogóle by wtedy nie wyszedł, ale to inna kwestia). Z rzeczy krótszych i udanych jest tu też Rainmaker - niegdyś mój budzik, ale moje zamiłowanie do głębokiego snu nie odbiło się na ocenie piosenki, wciąż ją lubię
Nie jest to jedyna wada tej płyty, bo tak szczerze mówiąc, to sądzę, że Age of Innocence nie wnosi na Dance of Death żadnej wartości in plus. Miejscami (refren) to brzmi jak jakaś piosenka z serialu obyczajowego dla ówczesnych 15-latków. Ten cięższy moment jakoś z dupy, nie przekonuje mnie. Montsegur to z kolei mieszanka pomysłów fajnych i niekoniecznie fajnych. Początkowo kojarzy mi się nieco z czasami Powerslave (na płaszczyźnie riffów, są dość masywne) i to jest bardzo dobre. Problemy zaczynają się, kiedy Bruce postanawia śpiewać jak wesołek i to w dodatku pod melodyjkę. Feee, niedobre. Zwłaszcza patrząc przez pryzmat tekstu, który jednak opowiada o zjawisku dość brutalnym. Szkoda, bo były zalążki na coś mocnego, ale jeśli za analogiczne rozwiązania krytykuję "perełki" pokroju The Time Machine, to muszę być konsekwentny także w przypadku Montsegur.
Utwór tytułowy trochę u mnie stracił po latach. Te powiedzmy 10 lat temu go uwielbiałem, ale obecnie nie powoduje u mnie większych zachwytów. Jak wjeżdża gitara w trakcie "When you're lying in your sleep...", to nachodzą mnie skojarzenia z jakimś gównianym power metalem o piratach czy innym pedalstwie grającym na spędach pokroju Pyrkon i potem jako support Judas Priest (ale numer poza tym jest okej). Z dłuższych rzeczy spoko jest jeszcze No More Lies, które jednak traci poprzez powtarzalność, no ale biorąc pod uwagę fakt, że to kompozycja z czasów Blaze'a (najpewniej z VXI, patrząc po klimacie), to ta kwestia nie dziwi, bo to przecież wtedy zespół zaczął się bawić w recykling wersów. No i mamy tu oczywiście Paschendale - jednocześnie najlepsze, co trafiło na krążek i zarazem zapowiedź tego, co Maideni wypuścili kilka lat później na A Matter of Life and Death. Świetna rzecz, imponujący wykon na Death on the Road i przy okazji pewnie jeden z lepszych momentów IM pod kątem lirycznym:
Cruelty has a human heart
Every man does play his part
Terror of the men we kill
The human heart is hungry still
Tekstowo Ironi wydali rzeczy lepsze i gorsze, ale to musi być ich topka.
No i na koniec Journeyman, czyli coś, czego Maiden wcześniej nie robiło, ale w końcu zrobili i efekt jest całkiem fajny. Co prawda równie dobrze mógłby to być solowy numer Bruce'a (minus orkiestracje), ale dobrze, że trafił na album Dziewicy, nadaje mu własnego charakteru. Trwa ponad 7 minut i co prawda mógłby być krótszy, ale nawet mnie nie męczy, więc spoko. Zważywszy na to, że kolejnym "nietypowym zamykaczem" było Empire of the Clouds, to w ogóle nie ma o czym mówić xD
Ktoś tu wcześniej pisał o surowej produkcji. Nie wiem, dla mnie DoD brzmi bardzo dobrze i nie tyle surowo, ile po prostu... Heavymetalowo

Brzmienie pasuje do samych utworów. Jest 100 razy lepsze od tego, co dostaliśmy na ostatnich paru płytach. Nawet te klawisze dają radę i nie brzmią tak odpustowo jak na Senjutsu.
Podsumowując: naprawdę dobra płyta z kilkoma problemami, które jednak nie są jakoś bardzo rażące. Do złotej ery to się nie umywa, ale patrząc z perspektywy czasu, Dance of Death było udaną kontynuacją tematu zapoczątkowanego na Brave New World. Dziś wiemy już, że album ten stanowił także pożegnanie z bardziej zwartymi formami i jakimś szeroko rozumianym luzem w twórczości Iron Maiden. W ogólnym rozrachunku szkoda, że tak się podziało, ale cóż zrobić. Przynajmniej zakończyli ten etap na dobrym poziomie.
Ach, no i to, co rzuciło mi się w uszy w ostatnich dniach: Dance of Death ma dość "podróżniczy" klimat. Muszę kiedyś go przetestować w trasie, bo czuję, że nieźle sprawiłby się w roli czasoumilacza
