Kielichy - Sawant
W pierwszym półroczu 2026 notuję póki co lekką suszę wydawniczą. Co prawda, pojawiło się trochę nade spoko wydawnictw (Neurosis, Boards of Canada, Pat Metheny), ale jest ich zdecydowanie mniej niż w roku poprzednim o tej samej porze. Te "lepsze" nie nastrajały mnie też specjalnie na ponowne odsłuchy. Do czasu. Jakoś na wiosnę trafiłem przypadkiem na pierwsze, jak się okazało, tegoroczne wydawnictwo od neofolkowego zespołu kielichy. EPka Punkty płonące zupełnie mi nie podeszła. Do neofolku mam bardzo wybiórcze podejście, a jeśli są w nich rodzajowe odstępstwa względem pierwowzorów z lat 80/90, to najczęściej kiwam na nie nosem. A taki właśnie odbiór miałem z tą płytą. Zespół zniknął mi z radaru na mniej więcej miesiąc, kiedy to przeglądając line up OFFa, natknąłem się na nich w rozpisce artystów. Od niechcenia wszedłem w opis wrocławsko-krakowskiego kwintetu. Ku mojemu wyraźnemu zdziwieniu, przeczytałem tam o ich wielkim oddaniu do stylu Swans. Zupełnie nie mogłem sobie tego, co usłyszałem niedawno, połączyć z Łabędziami okresu Children of God -> Love of Life. Doczytałem jednak, że ich okres neofolkowy dobiegł końca. Biorąc pod uwagę niedawną epkę, trochę mi się to nie kleiło. Pod wpływem jakiegoś odruchu wszedłem na ich profil Spotify'owy. Patrzę, nowy singiel, wydany ledwo dzień wcześniej. Odpalam. ociepiernicze.mp3. Swans wypisz wymaluj. Doczytałem następnie, że za nieco ponad miesiąc wychodzi ich debiutanckie LP. Nazwa Sawant i singiel już nieco nasunęły mi myśl, z czym mam do czynienia. Zanotowałem sobie ten fakt, i tak oto czas minął mi aż do nocy z niedzieli na poniedziałek, kiedy wracałem z Rock for People, dwa dni po premierze płyty. Ciemna noc, jadący po wybojach ziemi kłodzkiej autokar. Czego chcieć więcej

. Wcisnąłem więc przycisk play.
I spodobało mi się to, co wówczas usłyszałem. Album to doraźne, ale nie bezczelne czerpanie z Łabędzi, w tym sensie, że finalny efekt daje realne poczucie oryginalności. Brakuje tutaj względem "pierwowzoru" lap guitar, które budowało cały rozmach Big Soundowego wydania grupy z USA. Za pomocą gitary akustycznej, elektrycznej, jednej lub dwóch basowych, syntezatora oraz perkusji, styl ten jednak zbliża się bardzo przekonująco do tego spod szyldu Swans. Przy pierwszym odsłuchu miałem pewne zastrzeżenia do wokalu, acz przy drugim zorientowałem się, że wersy te są jak byk inspirowane partiami Giry, co pewnie przez udział języka polskiego nie było aż tak łatwe do wychwycenia i lekko mi podrasowało odbiór tych partii. Nadal jest to słabszy element płyty, ale nie wpływa jakoś na całościowy odbiór. W tekście jest oczywiście wspomniane SŁOŃCE, czyli element kluczowy swansowej liryki

Nie ma tu jednak za wiele mono deklamacji, płyta stawia raczej na partie śpiewane. A instrumentalnie? Sunie ona tak, jak tego typu album powinien, bez momentu rozładowującego napięcie. Tempo buduje się na większości utworów w logiczny i zgrabny sposób. Czuć, że nie są to kompozycje nagrane po ledwo jednej lub dwóch próbach. Cały styl spina się idealnie, by kupić typowego kaszojada lubiącego cztery pierwsze albumy po reunionie Swans. Choć jest tam też coś z leaving meaning i The Beggar, na upartego także z Birthing.
Płyta spełniła swoje zadanie, i aktualnie plasuje się u mnie na pierwszym miejscu w tym roku. Nie jest to może wydawnictwo typu "wow", ale jak najbardziej zasługuje swoim finalnym efektem na uznanie.