Z uwagi na zbliżający się festiwal zaprzedania duszy (Opener) a wraz z nim pierwszy występ Nine Inch Nails w Polsce od 2012 roku, postanowiłem skubnąć trochę tekstu o koncercie z Wiednia. A działo się tam, oj działo
Do NIN w pełni przekonałem się dopiero rok temu, znając debiut i jedynie powierzchownie The Downward Spiral. Pierwsze 3 płyty kupiły mnie maksymalnie, a i część późniejszej dyskografii broni się (szczególnie Hesitation Marks, które było trochę czymś na kształt wymuszonego fan serwisu przez kontrakt ze studiem nagraniowym).
Nastroje przed trasą u części internetowych fanów były mieszane. Od klasycznej podjarki u tych najbardziej oddanych , po nade słusznie narzekających na brak żadnego poważniejszego wydania od pięciu lat - pomijając już, że obie płyty z 2020 roku to tak naprawdę ambient w dwóch wariacjach nastrojowych

. Dla Europy była to zdecydowanie większa gratka, bo o ile USA zaliczyło swój specjalny leg w 2022, tak Stary Kontynent był pozostawiony bez występów NIN prawie siódmy rok.
Decyzja o pojechaniu na ten koncert padła dość kuriozalnie. Analizując po ogłoszeniu dat najbliższe koncerty, zorientowałem się, że rodzinny wyjazd do Wiednia był już tematem wiszącym od paru dobrych lat. Szybko doszliśmy do porozumienia i jeszcze na początku maja zakupiło się co trzeba (choćby bilet o prawie 20 euro taniej

).
Przed koncertem analizowałem setlisty z pierwszych show, począwszy od tego w Dublinie. NIN lubi robić sporo rotacji w secie w trakcie obu lub trzech legów, ale tym razem otwarcie trasy było nad wyraz zjawiskowe. Na kilku dotychczas zagranych koncertach z tej trasy, mających po 19-20 utworów mieliśmy od dwóch do nawet ośmiu debiutów trasowych... co kolejny wieczór. Także na kilka dni przed moim koncertem nie nastawiałem się specjalnie, aby moje przewidywania mogły się jakkolwiek sprawdzić (plot twist: jednak nade się pokryły XD). Dodatkowo ciekawym smaczkiem jawiło się stworzenie sceny A (klasycznej) i B (mniejszej na środku płyty).
O Wiedniu tu nie będę się rozwodził, ale zrobiło na mnie to miasto niemałe wrażenie. Plus jako Krakus miałem na tych ulicach notoryczne
déjà vu spowodowane niemalże identyczną XIX i wczesno-XX wieczną architekturą.
Dobra, pora po tym sporaśnym intrze przejść do samego koncertu. Po zostaniu zlanym deszczem w totalnie upalny dzień na godzinę przed otwarciem bram, po odczekaniu swojego dostałem się wyjątkowo easy do środku. Szarżowania nie było, takowe też okazało się zbyteczne jako że 6 lub 7 rząd przed główną sceną okazał się "trafiony" (o tym dalej). Czekając pierwszą godzinę zacząłem z minuty na minutę czuć, że niestety czeka mnie piekarnik, a był to piekarnik rzadkiej klasy. Support zwący się Boyz Noize zagrał godzinę czystego techno na scenie B, ale żeby było śmiesznie, to gostek grał w kierunku odwrotnym od ludzi stojących przed sceną A. Toteż mogę sobie zapisać w statystykach udział w występie, gdzie artysta był zakryty i odwrócony względem mnie o 180 stopni

. Pierwszy raz widziałem, aby przejście pomiędzy supportem a main aktem było całkowicie płynne. Boyz Noize zszedł, a po dosłownie minucie intra na scenie B pojawił się naczelny wodzirej Trent Reznor, który zasadniczo stworzył NIN jednoosobowo jeszcze w latach 80tych. Akustyczny set z przybywającymi muzykami na tej scenie to naprawdę zacny pomysł, nie oryginalny acz warty docenienia przez ludzi znajdujących się daleko od głównej sceny. Grane tam kawałki są tymi bardziej wokalnymi, co było dobrze słychać po publice na Right Where it Belongs.
Po trzech pierwszych kawałkach, wykonałem z resztą osób w naszej wspólnej saunie obrót o 180 stopni do sceny głównej. Zespół szybko przeniósł się do nowego miejsca, gdzie rozpoczął się set "Unpeeled", co związane jest z przyozdobieniem sceny zasłonami tworzącymi efekty z cieni. Wyglądało to wybitnie z bliska. Przybyłem na ten koncert z świadomością, że ostre pogo to raczej Polska rzecz, a taki zachód Europy raczej nie uświadcza tego typu eksplozji euforii. Zapomniałem wziąć na poprawkę, ilu przyjechało do Wiednia Czechów, Węgrów, Chorwatów, no i właśnie - Rodaków. Na Wish kompletnie odwaliło wszystkim wokół mnie. Przez następne dwa utwory byłem w "pogo" z którego nie dało się wyjść, a ciągnęło się ono paręnaście metrów w te i we wte. Zaakceptowałem mimowolnie ten stan rzeczy uznając, że sporo tam przyszło wpierdalaczy, którzy nie czekali choćby połowy czasu co ja przed areną, a miejsca za bezcen przez burdel nie odpuszczę. Jednakże pojawienie się z czasem kawałków, które cenię w dyskografii NIN bardziej (jak Copy of A, Heresy czy Less Than), postanowiłem zaadaptować się na tyle z publiką, że... sam począłem najwyraźniej generować mosh XD Coś o co bym się już nie posądzał, ale cóż SPECJAL robi z człowiekiem

.
Dalsza część koncertu to już totalna maszyna, z wyjątkiem momentu lekkiego wytchnienia związanego z drugim setem na scenie B - gdzie powróciło Boyz Noize, aby zagrać z NIN utwory tego drugiego w ostro elektronicznych wersjach, zdecydowanie bardziej niż w oryginalnych miksach. Koncert chylił się ku końcowi, kiedy Trent pozwolił sobie powiedzieć nareszcie coś więcej niż "Hey" lub "It's fucking hot here". Z kontekstu szybko załapałem, że poleci właśnie I'm Afraid of Americans. David Bowie ulotnił się z tego świata już jakiś czas temu, kwestia grania jego utworów live pozostaje już jedynie w gestii innych wykonawców, natomiast niewątpliwie współpraca Trenta z nim w latach 90tych była nade owocna, a odhaczenie tego kawałka było dla mnie nie lada gratką. Koncert zaliczył swój finał w postaci Hurt, będącego domyślnym "kulminatorem" koncertowych emocji na występach NIN od praktycznie 30 lat. I nie powiem, robi coś ten kawałek na żywo wewnątrz człowieka.
Koncert mogę z czystym sumieniem zaliczyć jako bardzo udany w całej swojej krasie przeżyć. Definitywnie nakłonił mnie do ruszenia się na następną trasę w przyszłości, nawet jakby to znowu miało być poza granicami PL. Może nagłośnienie nie do końca dopisało (strasznie je spłycili, albo to kwestia stania na płycie w tej arenie), był też lekki niesmak przez całkowity brak czegokolwiek z The Fragile (a to ponad dwadzieścia utworów ma !) i tylko jeden z debiutu. Obie płyty mega lubię, więc ich słaba reprezentacja trochę boli. Jeśli ktoś będzie na Openerze, to nawet bez takich atrakcji jak scena B powinien się bawić wyśmienicie
No i nic nie złapałem