50. Funeral - "Tragedies" (1995)
Do dwóch pierwszych utworów z tej płyty wracam szczególnie, ale cały album jest godny uwagi absolutnie każdego śmiertelnika; przepiękne kobiece wokale, posępna nieco jesienna (tak, ta okładka!) atmosfera i bardzo wolne doomowe riffy. Całościowo, nie jest ta muzyka bardzo odległa od My Dying Bride, szczególnie w zamykającym krążek Moment in Black echa tej kapeli są słyszalne dzięki tym skrzypcom. Jest pogrzebowo, więc nie bez powodu to jest funeral doom metal właśnie, a nie na przykład wedding doom metal. Smutne jest to, że 2/5 składu z tej płyty popełniło samobójstwo; Einar Andre Friedriksen i Christian Loos zostawili po sobie jeden z moich ulubionych albumów, więc warto ich wspomnieć.
Ulubione utwory: Taarene, Under Ebony Shades
49. Silencer - "Death - Pierce Me" (2001)
DAVID DRAIMAN ICH NIENAWIDZI! ZOBACZ DLACZEGO
Nie będę ukrywał, że zespół ten poznałem dzięki historii o Nattramnie, która od wieków lata po internecie. Zresztą, kto nie poznał Silencer dzięki właśnie tej miejskiej legendzie i różnym niedopowiedzeniom? Niemożliwe jest to, by samemu usunąć sobie dłonie bez wykrwawienia się na śmierć i zastąpić je świńskimi racicami, ciężko powiedzieć na ile prawdą jest to, że Nattramn się ciął podczas nagrywania wokali do tego albumu i zamykał w trumnie mając klaustrofobię; to ostatnie mogło mi się pomylić z czymś innym, nie jestem pewien czy była o tym mowa kiedykolwiek. I to, że zaatakował dwie dziewczynki siekierą po ucieczce z psychiatryka również okazało się nieprawdą, dopuścił się tego jego brat, który niedługo po tym incydencie zabił się pod prysznicem. Ale mówiło się, że sam zainteresowany też wylądował w szpitalu psychiatrycznym niedługo po nagraniu Death - Pierce Me, a potem zarejestrował w nim materiał do swojego ambientowo-noise'owego projektu Diagnose: Lebensgefahr. Istnieją nawet teorie, że Nattramn nie istnieje i cała otoczka związana z nim była wymysłem założyciela Silencer, gitarzysty/basisty Leere'a, a wokale nagrał Rainer Landfermann, który przez krótki czas udzielał się w Bethlehem i nagrał z nimi ich najbardziej uznany album Dictius Te Necare. Styl jest rzeczywiście bardzo podobny do Nattramna, co ciekawe Silencer było nawet podpięte pod tę samą wytwórnię co Bethlehem, bębny do Death-Pierce Me nagrał perkusista, który również udzielał się w niemieckim zespole, dużo jest tu powiązań z Bethlehem, nawet wokalista Shining, który sam opowiadał, że przez jakiś czas trzymał się z Nattramnem, był potem przez jakiś czas w Bethlehem. I samo Bethlehem też ponoć było ulubionym zespołem Nattramna!
Ale abstrahując od tego co jest prawdą, a co nie, muzyka na tym krążku jest absolutnie świetna, ma naprawdę mocny klimat i te krzyki są naprawdę obłąkańcze. Jak pierwszy raz puściłem tę muzykę to byłem pod wrażeniem jak nietuzinkowo te wokale brzmią i miałem takie wtf, trochę tak jakby King Diamond wył z bólu i po prostu był tak z 15 razy bardziej pojebany niż jest i cięższy emocjonalnie. To jest acquired taste, zrozumiałe że łatwo się od tego odbić, ale ja uwielbiam tę estetykę i to jak Nattramn się rani przy wypuszczaniu swojej duszy z gardzieli. I instrumentalnie zawsze tu słyszę jedne z najlepszych zagrywek i przejść na świecie, intro do The Slow Kill in the Cold to jeden z moich ulubionych momentów na tym albumie, o ile nawet nie ulubiony, tylko szkoda, że potem cały utwór nie robi już na mnie aż takiego wrażenia, lecz nadal nie jest zły, po prostu wydaje mi się nieco słabszy od innych rzeczy na tej płycie. Sterile Nails and Thunderbowels może być dyskusyjnie najciekawszą kompozycją tutaj, ma wspaniałe twisty i potem w drugiej połowie wchodzi to rozkurwiające przyśpieszenie, zawsze robiące na mnie wrażenie, ciężko przy tym nie headbangować; uwielbiam dynamikę w całym tym utworze, ale w ogóle i na całym tym longplay'u spokojniejsze momenty tak dobrze się przeplatają z tymi bardziej przesterowanymi.
Dlaczego David Draiman nienawidzi Silencer? Już abstrahuję od tego, że nigdy być może nawet o nich nie słyszał xD Bo stosunkowo niedawno się dowiedziałem o tym, że na tym albumie są antysemickie treści, konkretnie w utworze I Shall Lead, You Shall Follow, ale i na początku Taklamakan coś się pojawia. To co mogę powiedzieć to to, że to jest sztuka, która zależy od odbierającego i mówią, aby zaakceptować świat takim jaki jest i pogodzić się z tym, że różne okropieństwa istniały, istnieją i istnieć będą. Moim zdaniem, to się nie różni dużo od Cannibal Corpse czy generalnie death metalowych czy noise'owych zespołów, których teksty są z punktu widzenia psychopatów, nekrofilów, różnych seryjnych morderców czy prawdopodobnie nawet dyktatorów, a I Shall Lead, You Shall Follow, czytałem taką ciekawą interpretację, może być po prostu z punktu widzenia pewnego obłąkanego Austriaka, który pod koniec swojej egzystencji siebie odrąbał. Nattramn prawdopodobnie jest antysemitą i neonazistą, na swojej stronie przez pewien czas nawet miał koszulkę z nazistowskim symbolem czarnego słońca, ale lubię muzykę, a nie teksty, które czasem są po prostu dosyć niedołężnie tutaj napisane i tak. To jest black metal i można udawać, że to po prostu zostało umieszczone w celu zwykłego szokowania. Chuj z tego, że Nattramn jest neonazistą, teoretyczne poglądy nie są dużo gorsze od rzeczywistych akcji popełnionych przez innych black metalowców, którzy do tej pory są czczeni i do albumów których się ludziska spuszczają, chociażby Burzum i takie Filosofem, które jest powszechnie czczone czy na Rate Your Music czy w innych miejscach w internecie, i co więcej, Vikernes też jest neonazistą, ale ludzie i tak będą Burzum słuchać i czcić. Lecz tak, ja też nie jestem za tym, aby sztuka była cenzurowana, bo ona jak najbardziej powinna być dostępna i każdy powinien odpowiadać za siebie i swoje czyny i decydować w jaki sposób traktować to z czym obcuje. I tak, głupie teksty Nattramna wcale nie są gorsze od podpisywania izraelskich bomb przez wokalistę Disturbed, bo to tylko teksty i nikt nie musi się z nimi utożsamiać. Ale ciekawe, że przez tyle lat, ile znam Silencer, od 2013 roku, dopiero trzy lata temu gdzieś doszły mnie słuchy o antysemickich treściach w ich muzyce, a lepiej w to zajrzałem dopiero wczoraj i w tych różnych creepypastach o Nattramnie nie było mowy ani razu o jakimkolwiek antysemityzmie! I też tak długo jak szukałem różnych informacji o nim w ogóle to nie udało mi się natrafić na to.
Ulubione utwory: Sterile Nails and Thunderbowels, Taklamakan
48. Avenged Sevenfold - "Waking the Fallen" (2003)
Przez długi czas nie słuchałem Avenged Sevenfold i wróciłem do nich dopiero ostatniej jesieni, pierwszy raz od czasów gimnazjalnych, czyli jakichś... 13 lub 14 lat. Właściwie to nie byłem nawet jeszcze w gimnazjum jak się nimi zafascynowałem, było to w okresie przejściowym między gimnazjum, a podstawówką, w wakacje roku 2010. Pamiętam, że zaczęło się od Bat Country, którego fragment słyszałem w teaserze do jednego Guitar Hero; to właśnie ta seria gitarowych gier była poniekąd moim edukatorem i dzięki niej dowiedziałem się o istnieniu muzyki takich zespołów jak Rush, Judas Priest, Black Label Society, Slipknot czy właśnie Avenged Sevenfold. Można powiedzieć, że niejedno Guitar Hero zawdzięczam, być może nie umiejętność gry na sześciostrunówce, wiadomo że nie nauczymy się grać na gitarze przy GH, ale nakierowanie na muzykę pewnych kapel jak najbardziej. I to co lubiłem w Avenged Sevenfold lubiłem potem w innych zespołach, mają ten klasyczny sznyt, którego by się nie powstydziło Iron Maiden czy Uriah Heep albo Wishbone Ash, bo i z ich muzyką Avenged Sevenfold mi się kojarzyło jak do nich wróciłem te kilka miesięcy temu. I to co również uwielbiam w tym zespole to to, że nie boją się eksperymentować i iść w rejony nieoczekiwane przez ich fanów.
I od tego czasu jak do nich wróciłem awansowali i znaleźli się ponownie w panteonie moich ulubionych zespołów. Lubię całą dyskografię, może Hail to the King jest słabsze, ale nawet tam jest parę fajnych numerów. Dlatego, że postawiłem sobie takie ograniczenie jakie postawiłem, musiałem wybrać tylko jeden album. Mogłem wybrać City of Evil, które jest napakowane mnóstwem wspaniałych kompozycji, do których wracam bardzo często, ale nadal są tam momenty, których szczególnym fanem nie jestem, chociażby jedno Strength of the World, które mnie jakoś ekstra nie przekonuje na ten moment, lubię to, że jest nieco inne od pozostałych utworów dzięki temu westernowemu intro, ale ogólnie... cóż, co mogę powiedzieć, fanem tego kawałka nie jestem po prostu. Za to Waking the Fallen nie ma dla mnie wyraźnie słabszego momentu i właśnie dlatego postawiłem na ten, a nie inny longplay A7X. Cała ta muzyka brzmi tak, jakby była większa niż życie, mam wrażenie przy jej słuchaniu, że oni potraktowali ją tak, jakby nigdy mieli potem niczego więcej nie nagrywać i dali z siebie tyle ile po prostu mogli. Bo szczerze, ta płyta ma vibe jakiegoś pożegnalnego wydawnictwa, mimo że pożegnalne nigdy prawdopodobnie nie miało być. Ale czy to było pożegnanie z pewną estetyką i konwencją? Być może tak można to potraktować, gdyż potem nie nagrali podobnej płyty, City of Evil to jest heavy/power metal pozbawiony tego metalcore'owego czy melodic death metalowego pierwiastka. A Waking the Fallen to, właśnie, album głęboko jeszcze inspirowany dokonaniami między innymi takiego In Flames. Te utwory, są naprawdę wzniosłe, mają to metalcore'owe brzmienie, jakieś screamy, ale jednocześnie są czyste wokale, które dodają temu jakiejś... nie wiem, czego, szlachetności? Kocham ten album mimo że fanem metalcore'u nigdy nie byłem, ale tutaj jest dużo więcej i dlatego warto tę płytę sobie obczaić. Z tego co wiem, M. Shadows bije na głowę wielu wokalistów, w tym i tego od In Flames, gdzie o ile screamy czy growle są dla mnie akceptowalne, to brzmienie tych czystych wokali naprawdę potrafi mnie boleć nieraz, a Matt ma bardzo fajną barwę tego głosu i dlatego dobrze mi się go słucha. Ogólnie, dużo tu jest świetnych riffów i twistów różnorakich wszelakich, a Remenissions to już w ogóle jest jakiś niesamowity rollercoaster, prawdopodobnie mój ulubiony kawałek tutaj, sporo się w nim dzieje. I chyba dzięki wrocławskiemu koncertowi naprawdę pokochałem Chapter Four, ten utwór jest taki piękny i zawsze mnie biorą te dzwony w nim! Przez te niespełna 70 minut ta muzyka po drodze niczego nie traci, uwielbiam przejścia między niektórymi utworami (Desecrate Through Reverence i Eternal Rest!), kocham hooki w tych kawałkach i... ehh, co mogę sensownego tutaj powiedzieć? Kocham kocham kocham i jeszcze raz kocham!
Ulubione utwory: Remenissions, Desecrate Through Reverence, I Won't See You Tonight Part I