TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Zbiór ankiet i Waszych opinii dotyczących innych zespołów.

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

15. Saxon – St. George’s Day - Live in Manchester

Obrazek

"Kolejny album koncertowy Saxon" - chciałoby się rzec. Tak, kolejny - ale jaki! Zarejestrowano go podczas trasy promującej Sacrifice, a więc naprawdę bardzo solidnego krążka i na pewno jednego z najlepszych spośród tych, które Brytyjczycy wydali w XXI wieku (IMO jednego z najlepszych w całej dyskografii). Dobrze się stało, że zdecydowali się na uwzględnienie dość wielu (ówcześnie) nowych kompozycji w setliście, bowiem to właśnie one w dużej mierze czynią ten krążek tak udanym. Całość trwa jednak 2h, więc na samym repertuarze z Sacrifice nie mogło się skończyć. Poza nim dostajemy także całkiem przyjemną porcję hitów, które brzmią... Jak zawsze. Saxon to po prostu bardzo konsekwentny zespół i tyczy się to również ich formy. Moimi faworytami jest jednak świetny wykon Ride Like the Wind i I've Got to Rock (to Stay Alive), czyli numery znane, ale jednak półka-dwie niżej od Wheels of Steel i Power & the Glory. To, co wyróżnia Manchester na tle pozostałych koncertówek Saxon, to energia bijąca z zespołu, a także zaangażowanie publiki. Tutaj naprawdę czuć koncertową atmosferę. Fajnie, że gadki Biffa zostawiono niepoprzycinane (a jeśli już, to cięto je nieznacznie), bo zawsze lubię słuchać, jak przemawia do angielskiej publiczności. Najbardziej znanym wydawnictwem koncertowym Saxon jest oczywiście The Eagle Has Landed, natomiast osobiście twierdzę, że mają nawet lepsze wydawnictwa, zaś Dzień św. Jerzego można z pewnością uznać za wspaniałą wizytówkę kapeli.

14. Mayhem – Live in Leipzig

Obrazek

Jest to wydawnictwo legendarne. Zasłużenie, choć nie bez powodu jest tu także tło historyczne. Nie mam zamiaru bawić się tutaj w historyka Mayhem, ograniczę się więc do truizmu, że jest to jedyna płyta, na której słychać ówczesnego wokalistę zespołu, Deada. Norwedzy grają tutaj rzeczy z wydanej wcześniej EPki Deathcrush, jak i niewydanego jeszcze debiutu De Mysteriis Dom Sathanas. Czas miał pokazać, że do jego urzeczywistnienia dojdzie już w znacznie innym składzie. Przyznam, że nie wiem czy Dead był najlepszym gardłowym Mayhem – każdy z wokalistów pokazał coś interesującego i generalnie pasował do swojego materiału. Dead natomiast był i jest ikoną black metalu, w ogromnej mierze dzięki koncertówce z Lipska. Za sprawą tego wydawnictwa stał się niejako archetypem wokalisty parającego się najbardziej radykalną odmianą metalu. Jego krótkie, acz charakterystyczne zwroty do niemieckiej publiczności przeszły do historii. No i ten wokal… Można tylko gdybać, jak DMDS brzmiałoby z nim za mikrofonem, ale na Live in Leipzig otrzymujemy pewną zajawkę tego alternatywnego scenariusza. O ile nie jestem zwolennikiem wczesnych wyczynów Mayhem, tak tutaj – na tym surowym, bootlegowym wręcz wydawnictwie – rzeczy te wypadają znacznie lepiej niż się tego spodziewałem, znając Deathcrush w wersji studyjnej. Jest to dość paradoksalne, bo sam koncert wykonawczo raczej nie jest wybitny, a i jakość nagrań nie powala (przed oficjalnym wydaniem był doskonale znany ówczesnej scenie, bo miał służyć jako swego rodzaju demówka, którą Euronymous rozsyłał znajomym; przez to obrósł kultem zaraz po fakcie). Natomiast o ile po Deathcrush praktycznie nie sięgam, tak do Lipska przenoszę się w miarę regularnie i bardzo chętnie. Co ciekawe, sam występ nie został odebrany z jakimś wielkim entuzjazmem: niekiedy słychać nawoływania ze sceny, aby publiczność zaczęła coś robić. Kwestia niezrozumienia muzyki? Ambiwalentne odczucia co do formy zespołu? Niemiecka mentalność? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że o ile Live in Leipzig nie jest najlepszą koncertówką w gatunku, to na pewno jest najważniejszą. Ta płyta to black metal.

13. Ghost – Rite Here Rite Now

Obrazek

Wydawnictwo świeże, ale kręciło się u mnie wieeele razy. Pierwszy live album Ghosta, Ceremony and Devotion, był... Dziwny. Publiczność brzmiała beznadziejnie, tracklista była do bólu przewidywalna i jasne było, że wokale dogrywano w studiu. To ostatnie nie raziłoby mnie, gdyby nie fakt, że ów zabieg jest doskonale słyszalny dla każdego, kto wie, jak Tobias Forge brzmiał na trasie Popestar 2016/17 :lol: Na domiar złego istnieje świetny bootleg ze Sztokholmu 2015, który bije Ceremony and Devotion na łeb. Przed Rite Here Rite Now stanęło więc duże wyzwanie. Nie tylko oczekiwałem płyty lepszej od Ceremony, ale dodatkowo od wydania pierwszej koncertówki minęło już sporo czasu i dyskografia kapeli poszerzyła się o dwa długograje i parę wydawnictw pobocznych. Tutaj wspomnę tylko, że oceniam wersję audio tego wydawnictwa, zaraz tę myśl rozwinę. RHRN jest czymś w rodzaju Alive II KISS - skupia się na materiale właśnie z trzech nowszych płyt Ghost, więc na Prequelle i Impera. Trzeba przyznać, że krążki te otrzymały naprawdę dobrą reprezentację. Nie zostały co prawda odegrane w całości, ale wybrano z nich mocne numery. Wykonania te - w dużej mierze za sprawą muzyków koncertowych - wypadają lepiej od swoich studyjnych odpowiedników. Wskazać tu należy przede wszystkim Spillways, Watcher in the Sky i Dance Macabre. Ponadto dostaliśmy ultymatywną wersję wielkiego przeboju Square Hammer i bardzo dobrą wersję Mary on a Cross. If You Have Ghosts ujmuje nową, intymną aranżacją. Naprawdę nie mam w tym zakresie żadnych zarzutów. To rozbuchana, bogata ilustracja obecnego wcielenia zespołu. Natomiast wersja video zawiera także kilka starszych utworów (na audio trafiły jedynie wspomniane Square Hammer, Absolution i Cirice) i są to świetne wykonania, obiegające od tego, co było na Ceremony and Devotion. Dlaczego nie uwzględniono ich na CD/LP? Nie mam pojęcia, uważam to za bardzo złą decyzję, która osłabia wrażenie końcowe. No bo jak to tak - koncert Ghosta bez Year Zero? Niestety, w tym przypadku tak jest. Mogło być genialnie, ale jest tylko świetnie. A szkoda. Liczę na to, że kolejne wydawnictwo koncertowe Ghosta (oby już z obecnie trwającej trasy) będzie bardziej kompletne.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Deleted User 8263

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Deleted User 8263 »

Uważam, że panuje jakas grupowa zmowa w udawanie że Mayhem da się słuchać, bo każdy wstydzi się pierwszy powiedzieć, że to przypadkowy hałas grany przez jakieś odpady społeczne z piwnicy.
Awatar użytkownika
johnny_o
Ten, Który Czyta Wszystko
Posty: 9735
Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
Skąd: Prawie Warszawa

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: johnny_o »

Dzosef pisze: sob lip 05, 2025 1:13 pm Uważam, że panuje jakas grupowa zmowa w udawanie że Mayhem da się słuchać, bo każdy wstydzi się pierwszy powiedzieć, że to przypadkowy hałas grany przez jakieś odpady społeczne z piwnicy.
+1, asłuchalne w chuj to mało powiedziane.

Zastanawiałem się czy dasz coś Saxon i Ghost... Pełna zgoda co do RHRN, natomiast z sentymentu dałbym Greatest Hits Live! - to pierwszy album Saxon jaki poznałem, jeszcze przed The Inner Sanctum którym się potem jarałem na bieżąco. Miałem kasetę i ją zajechałem, do dziś często wracam do zapisu video na YT o nazwie Live Legends, tam dodatkowo SAOTL.
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

Hehe, no mnie akurat o fanbojstwo Mayhem posądzić nie można. Jak wspomniałem, nie cenię sobie ich najbardziej gruzowatej ery, czyli Deathcrush (+ oczywiście nagrania demo poprzedzające EPkę), a dyskografia zespołu w zasadzie kończy się dla mnie na płycie Chimera, czyli albumowi mającemu już 21 lat. Akurat temu krążkowi nie sposób zarzucić bycia przypadkowym hałasem, bo to jest zajebiście precyzyjnie zagrany materiał, w porównaniu do takiego DMDS wręcz odhumanizowany. Natomiast Live in Leipzig to rzecz nagrana przez młodych muzyków bez większego doświadczenia, a więc wydawnictwo obarczone wadami. Jednocześnie black metal na ówczesnym etapie nie miał ambicji bycia ostrzejszym odpowiednikiem Yes, więc te niedociągnięcia mnie nie rażą. Podobno na etapie nagrywania Show No Mercy Kerry King nie trafiał we właściwe struny, ale to tylko detal, a nie kwestia ważąca na ocenie.

Co do Saxon, wybór Jerzego był dla mnie opcją domyślną, ale cenię sobie wiele ich koncertówek. Szczególnie Orzeł II, z piękną wersją Iron Wheels i świetnym medleyem Wheels of Steel/Demolition Alley/Wheels of Steel. Niemniej całościowo, pod względem setlisty i wykonania, St. George's Day jest dla mnie poniekąd esencją Saxon. Swoją drogą uważam ten zespół za kapelę przede wszystkim koncertową, zaś w drugiej kolejności płytową, więc ich obecność na tej liście była z mej perspektywy oczywista. Aż sobie odpalę ten nowy Hellfest, choć całość znam już od przeszło roku z YouTube'a...

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Assassin
-#Assassin
Posty: 2003
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Caracalized »

Dzięki, że przypomniałeś mi o tej koncertówce Mayhem i przypomniało mi się też jak świetne jest The Eagle Has Landed, to oryginalne z 1982 roku. Nie słyszałem innych live'ów Saxona, ale ten jeden mnie rozkurwił.
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

No jest to mocna rzecz, aczkolwiek ten zespół ma wiele dobrych wydawnictw live. Dopiero co skończyłem słuchać wydanej ostatnio świeżynki z 2024 - bardzo fajna płytka, choć raczej standard Saxon :) Bdb jest też Let Me Feel Your Power z trasy Battering Ram.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

12. Genesis – Seconds Out

Obrazek

Koncertówka zwieńczająca erę Steve'a Hacketta w Genesis. Po tej płycie "zostało trzech", więc można uznać ją za swoistą linię graniczną między Genesis przed i po Hackettcie. Zespół prezentuje tu materiał zarówno ten nagrany z Collinsem na wokalu, jak i rzeczy jeszcze z okresu Petera Gabriela, choć całość śpiewa oczywiście Phil i wychodzi mu to bardzo dobrze. Wydawnictwo pierwotnie wyszło w wersji 2 LP, więc siłą rzeczy można zarzucać mu, że nie zawarto na nim jakiegoś kawałka, ale to i tak naprawdę fajna ilustracja Genesis lat 70. Największą uwagę przykuwa naturalnie Supper's Ready, czyli jedno z najbardziej legendarnych dokonań w prog rocku. Błędem byłaby natomiast nadmierna redukcja uwagi i skupienie się wyłącznie na kolosie z Foxtrot. Ujmują także wykonania mniej spektakularnych utworów, jak chociażby opening w postaci Squonk (to eteryczne intro i wejście Phila!), przebojowe (jak na wczesne Genesis) I Know What I Like, czy też finałowe, jak zawsze dosadne Los Endos. Pierwszy live album Genesis, zarejestrowany jeszcze z Gabrielem na wokalu, wypada przy Seconds Out wręcz amatorsko ;) Zazwyczaj nie jestem zainteresowany fanowskimi remixami, natomiast tutaj muszę polecić More Seconds Out, czyli edytowaną przez fana, a do tego wydłużoną wersję Seconds Out. Dostępna jest na YT i naprawdę warto jej posłuchać: https://youtu.be/Qpgri_F2gKM?si=5PamcH-OU5-EFu96

11. Dissection - Live in Stockholm 2004

Obrazek

Jon Nodtveidt wielkim artystą był. Był, bo już go nie ma. "Artystą", a nie "człowiekiem", bo typ miał zdrowo najebane w bani. Tak czy siak Dissection to jeden z najlepszych zespołów nie tylko drugiej fali black metalu, ale black metalu w ogóle. Wystarczy spojrzeć na to, jak wielu naśladowców mają dziś Szwedzi. Dissection to trzy (tak, TRZY!) rewelacyjne albumy studyjne, ale na szczęście dysponujemy także wydawnictwami koncertowymi. Tych jest o dziwo dość sporo, co do zasady każde z nich zasługuje na uwagę, natomiast Live in Stockholm chyba należy się tytuł tego najlepszego. 2004 był ro(c)kiem powrotu Jona na scenę po kilkuletnich wakacjach w zamkniętym kurorcie wypoczynkowym, więc fani oczekiwali wielkich rzeczy. Dostali je właśnie w Sztokholmie, gdzie Dissection zaprezentowało mieszankę kompozycji z The Somberlain i Storm of the Light's Bane. Dissection to był zespół wybitny, przykładający się do swych obowiązków, więc w każdy wykon włożono masę serca i energii - i to słychać, bo energia jest tym, co jako pierwsze przychodzi mi na myśl, kiedy myślę o tej płycie. Jednocześnie na płaszczyźnie samych utworów nie ma tu jakichś wielkich odstępstw od ich wersji studyjnych, więc jeśli ktoś nie polubił się z Dissection po słuchaniu ich studyjnych dokonań, to ta koncertówka tego nie zmieni. Ale dla fanów jest to pozycja obowiązkowa. Ja nigdy nie będę miał możliwości doświadczenia tej muzyki na żywo i Live in Stockholm 2004 bardzo dobitnie pokazuje mi, że mam czego żałować.

10. AC/DC – Live at River Plate

Obrazek

Co prawda ogólnie preferuję erę Bona Scotta, bo według mnie to wtedy AC/DC nagrało swoje najlepsze płyty. Natomiast koncertowo zespół dawał sobie radę także z Brianem Johnsonem (wręcz uważam, że lata 1980-83 to ich koncertowy peak, ale niestety nie ma z niego żadnego oficjalnego wydawnictwa). Jak Brian Johnson, to oczywiście Live z 1992 z trasy The Razor's Edge. Grubaśne wydawnictwo zawierające hity mniejsze i większe. Ale ja zdecydowałem się wybrać Live at River Plate, czyli materiał dużo młodszy, bo z trasy promującej Black Ice. Dlaczego tak? Cóż, odpowiedź jest prozaiczna. Gdy zaczynałem się interesować AC/DC - i ogólnie muzyką gitarową - River Plate było albumem dość świeżym. To była epoka różnego rodzaju fanpage'ów na Facebooku, które często wstawiały wykonania z tego DVD. AC/DC mimowolnie zaczęło się kojarzyć z właśnie tym tytułem. Ale poza tym... To jest po prostu naprawdę świetna koncertówka. Wykonawczo oczywiście słychać, że nie jest to już zespół młodych łobuzów, a doświadczonych graczy, którzy tego rock 'n' rolla rozkminili na wszelkie możliwe sposoby, ale nie przeszkadza mi to. To jest "stare" AC/DC, ale wciąż świetne AC/DC. Co ważne, słychać tu jeszcze klasyczny skład, a to obecnie jest w cenie... I oczywiście, nie jest to w pełni wiarygodny zapis argentyńskich koncertów, bo swoje w studio przeszedł, ale to jest "mój" koncert AC/DC i to jest dla mnie istotne. Ten wykon Hell Ain't a Bad Place to Be jest chyba moją ulubioną wersją tego hymnu, Rock 'n' Roll Train nie jedzie po szynach, a raczej po nich zapierdala, a T.N.T. gwarantuje eksplozję głośników/słuchawek. Kluczowa jest tutaj również publiczność. Argentyńcy spisali się na medal i ze świecą szukać lepszego wydawnictwa w temacie zaangażowania audytorium w show, bo tutaj co chwilę mamy "oooo", różne okrzyki, a w wersji video zdecydowanie jest co oglądać. No kosmos. I ta lakoniczna, ale jakże trafna gadka Briana na początku: "We don't speak very good Spanish, but we speak rock 'n' roll very good" - czy trzeba mówić coś więcej? No tak, wypada to posumować jednym słowem: "Fire!"

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Frank Drebin
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4149
Rejestracja: ndz gru 10, 2017 7:39 pm
Skąd: Valley Of The Kings

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Frank Drebin »

Z repertuaru Dysekcji wskazałbym jednak Live Legacy, może przez sentyment, a może przez chyba najlepsze możliwe wykonananie największych hiciorów z tamtego okresu. Na żywo te kawałki wybrzmiały mniej sterylnie i jeszcze bardziej ponuro niż na studyjniakach. Ale Sztokholm też git.
FotD = TOP5 albumów Maiden
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

Też świetna pozycja, choć ma jeden podstawowy mankament: długość. I tak, oczywiście jest to treściwy materiał, ale jednak przy takim dorobku 40 minut to nieco mało...

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

9. Emperor – Live Inferno

Obrazek

Emperor nagrał w mojej opinii najlepszy album w całym gatunku: Anthems to the Welkin at Dusk. Oprócz tego nagrał też kilka innych ikonicznych płyt, a wyłączając Prometheus (krążek nieszablonowy i wypełniony ciekawymi pomysłami, ale to tak naprawdę solowy Ihsahn), to ta być może skromna dyskografia jest w zasadzie bez skazy. Zespół przestał istnieć po wydaniu wspomnianego Prometeusza, ale wrócił na scenę w zasadzie niedługo potem (by znów istnieć jedynie w zawieszeniu, a następnie znów powrócić…), ale zanim to nastało, zagrał i zarejestrował trochę koncertów. Dwa z nich trafiły na Live Inferno: sztuka zagrana na Wacken i Inferno Festival. Różnice między setlistami, jak i samymi wykonaniami, są raczej minimalne, choć gig z Inferno Festival jest dłuższy, a co za tym idzie – ciekawszy. W zasadzie mógłbym oceniać wyłącznie tę część wydawnictwa. Emperor jawi się tu jako zespół w szczytowej formie. To zawsze byli utalentowani muzycy, swoimi pomysłami i techniką wykraczający daleko poza memiczny wizerunek umalowanych piwniczniaków. Live Inferno tylko to potwierdza. Zbiór utworów z pierwszych 3 krążków kapeli (+ rzeczy z wydawnictw pomniejszych) to prawdziwa gratka dla fanów. Można oczywiście temu wydawnictwu zarzucać, że wszystko odegrane od linijki, że nie ma w tym „działania w afekcie”, ale Emperor to po prostu grupa profesjonalistów, którzy lubią mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Świetnym elementem koncertówki jest numer Wrath of the Tyrant, rarytas z demówki i EPki poprzedzającej właściwy debiut. In the Nightside Eclipse, jak i zresztą Anthems, dostały tutaj mocną reprezentację. Trochę gorzej potraktowano trzeci album, znaczącą dla blackened death metalu IX Equilribium, ale swoje przysłowiowe 5 minut też dostała. Co tu dużo mówić, świetna wizytówka Norwegów i doskonały pokaz majestatycznego black metalu. Świata nie zmieniła, ale moim prywatnym w jakimś małym zakresie na pewno lekko potrząsnęła. Po prostu nie sposób nie docenić magii wylewającej się z Inno a Satana czy With Strength I Burn. Na etapie Live Inferno, Emperor był już grupą doświadczonych muzyków, a nie żądnych wrażeń młokosów. Natomiast nadal miał w sobie to coś, co sprawia, że intro I Am Black Wizards powoduje u ich fanów gęsią skórkę. Zespół z kategorii wybitnych.

8. Pink Floyd – Delicate Sound of Thunder

Obrazek

Na wstępie zaznaczę, że chodzi mi tutaj o edycję z 2019 roku, która dość znacząco różni się od pierwotnej wersji albumu. Kontekst ery powatersowskiej każdy chyba tutaj zna, więc raczej nie będę się na ten temat rozwodził. DSoT pokazało mi jedną ważną rzecz: A Momentary Lapse of Reason to nie jest zły album! A przynajmniej nie w wersji na żywo, bo studyjnie raczej mimo wszystko po niego nie sięgam. Na omawianej koncertówce Floydzi grają go w całości i niejednokrotnie to kompozycje z tej zazwyczaj ignorowanej płyty stanowią mocne punkty wydawnictwa. Poza oczywistą oczywistością w postaci Sorrow warto tu wspomnieć kapitalne The Dogs of War i jak zawsze piękne Learning to Fly. Naprawdę świetnie sobie ta muzyka płynie z głośników. Oprócz tego dostajemy standardy Pink Floyd z pojedynczymi tylko urozmaiceniami w postaci Welcome to the Machine i... No w sumie tyle, poza setem z AMLoR kotlet pogania tutaj kotlet, widać wyraźną faworyzację płyty z pryzmatem na okładce... Ale nie obchodzi mnie to, bo te wykonania są po prostu rewelacyjne. Zespół (wspierany przez muzyków sesyjnych/koncertowych - nie wyłączając basu, który dzielnie dzierży tutaj najlepszy basista PF, czyli Guy Pratt) jest w świetnej formie, leci utwór po utworze i nie ogląda się za siebie. Być może chcieli udowodnić, że nadal potrafią być Pink Floyd, choćby bez Watersa w składzie. Jeśli tak, to udało im się to z nawiązką. Delicate Sound of Thunder to Floydzi na absolutnych wyżynach, jeśli chodzi o granie na żywo. Krótko potem zachwycili świat koncertówką Pulse z trasy The Division Bell, ale tam porwali się na cały Księżyc, więc jest to dla mnie dość nudne wydawnictwo. Natomiast do Delicate Sound of Thunder zawsze wracam bardzo chętnie i z przyjemnością zatapiam się w dźwiękach szytych przez tych geniuszy.

7. Deep Purple – Paris 1975

Obrazek

Deep Purple zapisało się w historii rocka wieloma płytami. W tym również Made in Japan, czyli... Albumem, który zachwyca wszystkich z wyjątkiem mnie! Tak, zdecydowanie nie należę do grona miłośników tej legendarnej koncertówki. Uważam, że te interpretacje klasyków Purpli są po prostu nużące, że ten zespół ma całą masę innych koncertówek, które wypadają od MiJ lepiej. Przede wszystkim sądzę tak o zapisie z Paryża, będącym dokumentacją ostatniego (do czasu) koncertu Purpurowych z Ritchiem Blackmorem. Nie sam Ritchie robi jednak ten koncert, bo cały skład spisał się tu fantastycznie. Jeśli już o składzie mowa, to istotną różnicą względem MiJ jest fakt, że tutaj gra nam Mk. III, a nie Mk. II - czyli zamiast Gillana i Glovera mamy odpowiednio Coverdale'a i Hughesa. Osobiście wolę Mk. III i uważam Burn za najlepszy album Deep Purple. Utwory z Burn oczywiście stanowią istotny element płyty, ale kapela promowała wtedy Stormbringer, który również otrzymał ładną reprezentację w trackliście. Z czasów Gillana w secie ostały się tylko 3 kawałki, więc całość oparta jest w przeważającej mierze na ówcześnie świeżych dokonaniach DP. Nikt się tutaj nie oszczędza. Muzycy (chyba) wiedzieli, że to koniec pewnego etapu w historii zespołu i postanowili zagrać koncert na pełnej parze. Na próżno tu wskazywać najlepsze momenty tego wydawnictwa, ale warto wspomnieć o jego punkcie kulminacyjnym w postaci Highway Star, zawierającym pożegnalne solo Blackmore'a. Dobrze, że ten krążek ostatecznie wyszedł oficjalnie po latach, bo kompilacyjne Made in Europe nie było odpowiednim podsumowaniem czasów Burn i Stormbringer.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

6. Accept – Restless and Live

Obrazek

Wydawnictwo podsumowujące pierwsze lata Accept z Tornillo na wokalu, a konkretnie trasę Blind Rage. Dwie płyty CD gęsto zapełnione nagraniami z różnych koncertów zagranych w ramach wspomnianego tournée. Pełno tu teutońskich klasyków, ale sporo też kompozycji z czasów Marka – łącznie prawie 2,5h czystego heavy metalu. Dla mnie jest to esencja tej kapeli, Accept w najlepszym wydaniu. Wiadomo, że Niemcy nie zawodzą. To jest maszyna koncertowa, po której zawsze można spodziewać się wysokiej formy koncertowej i Restless and Live tylko to potwierdza. Tak jak wielu użytkowników forum, uważam Tornillo za lepszego od Dirkschneidera wokalistę i to w dużej mierze za sprawą wskazanego wydawnictwa. Album ten sprezentowałem sobie po jego premierze na swoje urodziny i pamiętam, że słuchałem go wtedy non stop. Jedynym minusem jest to, że jak już wspomniałem, jest to składanka pokroju Flight 666, więc nie ma tego wrażenia słuchania jednego koncertu (wersja video to już zapis pojedynczego koncertu, ale jest ona oczywiście krótsza od wersji audio). Natomiast nie mogę znaleźć innych wad (no, może poza brakiem Princess of the Dawn i Breaker - są to jednak znaczące kompozycje i dziwne, że ich tutaj poskąpiono), bo wszystko gra tu wprost idealnie. Jest moc, jest żywioł, no i jest Brian Johnson heavy metalu, z gardłem nie do zdarcia. Hymn leci za hymnem, Accept gra na najwyższych obrotach, a nowości mieszają się z klasykami w piękny sposób. Jeśli ktoś zna Accept i widział ich na żywo, wie, czego się spodziewać. Jeśli nie, to jest to świetne zobrazowanie ich kondycji koncertowej. Ulubione wykony? Pewnie Stampede, Living for Tonite, Losers and Winners, From the Ashes We Rise… Oj, zaraz całą tracklistę wymienię. Ale cóż poradzić? Jak wspomniałem, RaL to 100% metalu w metalu. Detektor na lotnisku wypierdoliłby w kosmos po wykryciu tej płyty w bagażu.

5. Halford – Live Insurrection

Obrazek

Pierwszy krążek wydany przez projekt Halford miał być sygnałem dla macierzystego zespołu Roba: „Patrzcie, jestem tu i nagrywam heavy metal, nadal to potrafię, może powinniśmy pogadać?”. No nie pogadali, to stało się kilka lat później. Natomiast Zmartwychwstanie zachwyciło fanów Halforda i Priest, proponując interesującą alternatywę dla nieco zagubionego wówczas Priest. Zaraz potem wyszła koncertówka z trasy, której dotyczy ten tekst. Nagrywać live album z jednym studyjniakiem na koncie? Mało popularne rozwiązanie. Natomiast Robowi ten pomysł się udał… I to jak. Przede wszystkim mamy tu wiele utworów z Resurrection, co jest naturalne. Oprócz tego Metal God sięgnął po 2 kompozycje z czasów Fight (cholernie intensywne i mocne Nailed to the Gun oraz Into the Pit), piosenki „poboczne” (Light Comes Out of Black), a także nie wstydził się rzeczy wydanych jeszcze w czasach Priest. Całościowo jest to bardzo dobrze dobrany zestaw, ukazujący różne etapy kariery Halforda. Nie mogę się przyczepić do żadnego z zawartych na albumie numerów, mogę jedynie wskazać hajlajty. Tutaj pierwsze miejsce należy się mojemu ukochanemu Genocide, pochodzącemu z Sad Wings of Destiny Priestów. Wykon z Unleashed in the East jest legendarny sam w sobie, ale solowa interpretacja Halforda zbliżyła go do nowego millenium i jest wprost wyborna. Kolejny odkop: Stained Class, smakowity kąsek z płyty o tym samym tytule – i podobny casus co Genocide, choć to w ogóle pierwsze oficjalne nagranie live tej piosenki. Ach, jak żałuję, że Judasi dotychczas nie pokusili się na odkurzenie rzeczonego utworu, na Insurrection prezentuje się znakomicie! Deep cutów z czasów Priest mamy tutaj sporo, bo trafia się też potężny Jawbreaker, Riding on the Wind, finałowy (wzorem lat 70. u Judasów) Tyrant czy żwawe Running Wild, natomiast są także evergreeny w postaci Metal Gods i paru innych sztandarowych numerów zespołu – wszystko odegrane bez zastrzeżeń. Oficjalnie powiedziano, że nie jest to płyta nagrana w 100% na żywo i… W zasadzie to słychać. Przede wszystkim uwzględniono śpiewane w duecie z Dickinsonem The One You Love to Hate, ale generalnie słuchając wykonań typu Slow Down da się wychwycić różnice względem pozostałych zawartych na krążku utworów. Dość dziwny zabieg, nie wiem, czemu do końca miał służyć (zwłaszcza, że natura tych nagrań nigdy tajemnicą nie była), ale okej. Wciąż jest to żywiołowa pozycja, bardzo warta uwagi. Istotne są też bonusy (różnią się w zależności od wydania); wskazać tu należy na Heart of a Lion i Prisoner of Your Eyes. Są to rerecordy numerów Priest, które z jakichś powodów nie trafiły na albumy studyjne grupy. Wersje Halforda są lepsze od pierwotnych, ostatecznie wydanych jako bonus tracki na remasterach Priest i w boxie Metalogy. Naprawdę zachodzi człowiek w głowę, dlaczego na Turbo i Ram it Down znalazły się takie szroty, jak jakieś Love Zone czy inne Wild Nights, Hot Crazy Days, a zabrakło miejsca na wspomniane Heart of a Lion, które jest absolutnym killerem i spokojnie mogło odnieść spory sukces komercyjny. No cóż, tego się już nie dowiem, ale świetnie, że Rob zajął się tematem osobiście. Świetne dopełnienie i tak mocarnej koncertówki. Jeśli ktoś preferuje bardziej surowe wydawnictwa live, to w necie można posłuchać także Live in London (Halforda, nie Priest), czyli czegoś w rodzaju oficjalnego bootlegu z trasy, który jedynie potwierdza, że trasa Resurrection była świetnym wydarzeniem. No i jest też oczywiście video z Rock in Rio, ale to już dość krótki koncert. W każdym razie: jest w czym wybierać.

4. Iron Maiden – Maiden England

Obrazek

„Good evening and welcome to the NEC! Aaand welcome to Iron Maiden!” – wita się z publicznością Bruce na początku tego ikonicznego koncertu. I ja chętnie to NEC w Birmingham odwiedzam za każdym razem, gdy odpalam ów materiał. Maiden England to tytuł, który zasługuje na znacznie więcej szacunku i uwagi niż otrzymuje od fanów. Głupotą było potraktowanie go po macoszemu w latach 80., na szczęście stosunkowo niedawno doczekał się godnego wydania. Nie sposób uniknąć tutaj porównań do wcześniejszego Live After Death, które przy Maiden England wypada według mnie blado. Na pewno jestem w tej ocenie stronniczy, bowiem czasy Somewhere in Time i Seventh Son to mój ulubiony okres twórczości Maiden, z naturalnych przyczyn otrzymał on tutaj mocną reprezentację. Dickinson co prawda nie śpiewa tu do końca tak, jakbyśmy tego chcieli, bo był przeziębiony, ale ze swoich obowiązków i tak wywiązał się znakomicie. Dopiero ostatnio ogarnąłem, że w zasadzie do The Number of the Beast setista nie zawiera… Żadnych kotletów (w momencie nagrywania Maiden England SiT było nadal świeże, więc pomijam ten wątek). Dopiero potem dostajemy pulę hitów mniejszych i większych, ale wcześniej jest ostra jazda bez trzymanki z klasycznym, ale nie przeruchanym materiałem. Początkowe combo Moonchild i The Evil That Men Do robi świetną robotę, a dalej nie ma czasu na złapanie tchu, bo co rusz atakowani jesteśmy piosenkami pokroju Still Life, Killers czy Die With Your Boots On. Grubo! Maiden England w wersji video było też moim pierwszym kontaktem z muzyką metalową w ogóle. Gdy byłem kilkuletnim dzieciakiem, bardzo spodobał mi się Eddie (lubowałem się we wszelkiej maści szkieletach :D ) i senior pokazał mi właśnie nagrania z NEC. Oczywiście wtedy jeszcze nie miały na mnie żadnego wpływu, ale utkwiły mi gdzieś w głowie i lata później do nich wróciłem. Maideni mają sporo bardzo dobrych koncertówek i zastanawiałem się, czy nie dać na tę listę Rock in Rio lub – ewentualnie – Flight 666, ale Maiden England to dla mnie jednak klasyka klasyki i swoista klamra zamykająca złotą erę w historii zespołu. Wszyscy zainteresowani znają temat, więc nie ma się tu co rozwodzić nad tym albumem, wielka rzecz.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

Nieuchronnie zbliżamy się do końca wyzwania, toteż pora na honorable mentions. Zdecydowałem się tu na 5 tytułów, które z różnych przyczyn nie zagościły w topce.

King Diamond - Songs for the Dead

Obrazek

Ubolewam nad faktem, że nie mogłem uwzględnić Kinga Diamonda w swojej topce. Ani w odsłonie solowej ani z Mercyful Fate. Niestety, ale powód tego jest prosty. Mercyful Fate nigdy nie wydało żadnej koncertówki (a mieli co wydawać, mam masę ich bootlegów). King Diamond zaś wydał trzy, a w zasadzie cztery, przy czym każda z nich jest w mniejszym lub większym stopniu oparta na repertuarze z Abigail. Dla niektórych może być to pewnie atut, niemniej osobiście preferuję bardziej eklektyczne podejście. W tej kategorii mamy tylko Deadly Lullabyes, czyli materiał naprawdę dobry, ale jednak nigdy mnie jakoś szczególnie nie chwycił. Pewnie częściowo przez brzmienie, które jest dość osobliwe. Songs for the Dead to w zasadzie dwa koncerty, które Diamond zagrał w ramach trasy 2015-17, na której wykonywał całe Abigail. Są to występy z Filadelfii i Graspop, różnią się od siebie jedynie kolejnością utworów. Wykonawczo są de facto identyczne. I są bardzo, bardzo dobre. To jeszcze nie był King w pełni sił (tutaj wskazałbym rok 2022), ale już ogarniający się po swoim kryzysie wokalno-zdrowotnym. Jak wspomniałem, mamy tutaj Abigail odegrane od deski do deski, ale poza tym secik złożony z utworów z różnych innych płyt Duńczyka. Ciekawostką na pewno jest Melissa, czyli utwór, którego King w ogóle nie ruszał od popadnięcia Mercyful Fate w letarg. Wtedy to było coś! Oczywiście parę lat później zespół wrócił na scenę i grał ów balladę regularnie, ale jasnowidzem nie jestem, nie sądziłem, że w ogóle do tego dojdzie. Ogólnie jest to bardzo solidne wydawnictwo, które jednak cierpi na swej monotematyczności.

Judas Priest - Unleashed in the East

Obrazek

Unleashed in the East to tytuł na pewno legendarny. Płyta zamyka pewien okres w historii Judas Priest i robi to w znakomitym stylu. Zestaw kompozycji z okresu Sad Wings of Destiny – Killing Machine/Hell Bent for Leather sprawdza się doskonale w odsłonie koncertowej. Nie tylko dlatego, że był to niezwykle kreatywny okres w dziejach kapeli, ale również ze względu na wykonania i brzmienie. Płyty Priest z lat 70. są świetne, ale ich producenci traktowali je po prostu jak kolejne krążki hard rockowe, przez co mogą brzmieć nieco archaicznie. Judasi mieli ogromne szczęście, gdy natrafili na Toma Alloma, czyli faceta, z którym nie rozstawali się przez kolejną dekadę. To on potrafił nadać ich pomysłom odpowiedniego kolorytu, przez co utwory z pierwszych lat faktycznej działalności Priest jawią się tutaj w dużo lepszym świetle. Są cięższe, bardziej dosadne, bardziej agresywne. Oczywiście ma na to wpływ fakt, że są też grane nieco inaczej, niejednokrotnie szybciej. W kwestii Unleashed in the East często pojawia się zarzut dopieszczania tego materiału w warunkach studyjnych. Tak, miało to miejsce, bo Halford podczas nagrywania japońskich koncertów, z których sklejono krążek, źle się czuł. Natomiast album ten wciąż jest wiarygodnym odzwierciedleniem formy koncertowej Priest końca lat 70. Wystarczy odpalić rewelacyjny bootleg z Mudd Club (albo jakikolwiek inny – Mudd Club po prostu został niedawno wydany oficjalnie i brzmi znakomicie), żeby przekonać się, że oni faktycznie wtedy tak brzmieli. Unleashed in the East to swoiste the best of zespołu, który nigdy raczej nie bawił się w wydawanie składanek. Rzecz jasna, ciężko tu było zawrzeć wszystkie piękne numery z tamtych lat, ale selekcja kompozycji jest naprawdę dobra. Żałuję jedynie, że nawet po latach nie doczekaliśmy się kompletnej wersji Unleashed in the East. Część numerów pominięto, większość z nich wychodziła na przestrzeni lat jako B-side’y różnych singli. Okazja ku temu była na 40 i 45-lecie płyty, ale nic się nie wydarzyło… Cóż, może kiedyś. Priest ma na koncie całkiem sporo koncertówek, ale żadna z kolejnych nie powtórzyła sukcesu Unleashed in the East.

Iron Maiden - Rock in Rio

Obrazek

Rock in Rio kojarzy mi się z jednym – z rzyganiem! I mówię to absolutnie serio, bo ów krążek dostałem od Taty, kiedy w wakacje w okresie gimnazjum leżałem chory w łóżku i zmagałem się z problemami żołądkowymi. Płyta ta może nie tyle mnie wyleczyła, co osłodziła tamte ciężkie zmagania z własnym organizmem (wciąż zastanawiam się, czy winowajcą nie był kebab jedzony na mieście…). Wszyscy zainteresowani znają ten album, więc nie ma się co rozpisywać na jego temat zbyt obszernie. To jest praktycznie idealny live album metalowy i nie widzę żadnych zarzutów, jakie mógłbym do niego mieć. Ale, ale… Jeśli jest idealny, to dlaczego ląduje w honorable mentions, a nie w topce? Długo zastanawiałem się, czy nie umieścić go w swoim zestawieniu. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że Maiden England wygrywa w moim prywatnym rankingu za sprawą tracklisty. Brave New World to bardzo dobre wydawnictwo, a rarytasy z ery Blaze’a świetnie urozmaicają ten krążek. Ale Maiden England pokazuje zespół w jego artystycznym peaku. To nadal kwestia wyboru, czy danego dnia mam ochotę na sok porzeczkowy czy pomarańczowy, ale zazwyczaj sięgam jednak po ten drugi – mimo, że lubię oba ;) A pomimo rzygliwych okoliczności poznawania tej płyty, budzi ona we mnie dobre wspomnienia z beztroskich czasów, które minęły już dawno temu.

David Bowie - Look at the Moon!

Obrazek

Temat kotletów jest znany i często poruszany, także na tym forum. Artysta „musi” zagrać x utworów, bo ludzie mu tego nie wybaczą. Bo tak trzeba. Showbiz, sami wiecie. No cóż, David Bowie tego nie wiedział i w latach 90. znudzony swoimi hitami, postanowił grać setlisty… Praktycznie pozbawione swych przebojów. Look at the Moon! to zapis koncertu z 1997 z jednej z tych tras. Tracklista obejmuje 19 kompozycji, z czego do kategorii evergreenów zaliczyć można być może 5 z nich. Pozostałe to kawałki ówcześnie świeże i deep cuty. A jednak można! Cóż, faktem jest, że była to dekada, w której Bowie trochę stracił na popularności (choć raczej nie za sprawą setlist), ale nie miało to wpływu na jego ambicje artystyczne. Przeciwnie, wydawał się zmotywowany nawet bardziej niż przez całe lata 80.! David, jak to David, poświęcił się eksperymentom. Efektem tego były dwa krążki nagrane w oparciu o elektronikę, którą był wówczas zaintrygowany, ale także podejście do swych starszych numerów. Bowie lubił co jakiś czas zmieniać aranżacje ogranych piosenek i serwować je w nowej odsłonie. Najlepszym tego przykładem tego jest tutaj The Man Who Sold the World. Kompozycja jeszcze z głębokich lat 70., która na Look at the Moon! brzmi diametralnie inaczej względem pierwowzoru. No miał chłop jaja robić takie rzeczy, to na pewno. Oczywiście znajdziemy tu różne inne, bardziej konwencjonalne wykony, co nie zmienia faktu, że jest to wydawnictwo wyjątkowe na swój sposób. I pomimo zwodniczego, wręcz intymnego openingu w postaci skromnego (ale jakże efektywnego!) Quicksand, cholernie energiczne. Finałowa erupcja w postaci rozbrykanego – i również poddanego mocnej reinterpretacji – Stay świadczy o tym najlepiej. Nie było w historii muzyki drugiego takiego artysty jak David Bowie.

Misfits - Evilive

Obrazek

I na zakończenie tego pobocznego zestawienia będzie krótko, ale treściwie. Evilive to pierwszy album koncertowy w dorobku Misfits. Pierwotnie wyszedł pod postacią EPki, którą kilka lat później wzbogacono o kilka dodatkowych utworów, skutkiem czego z EPki zrobił się LP… Oczywiście w rozumieniu punkowym – nadal mówimy o niespełna 24 minutach muzyki :D Ostrzegałem, że będzie krótko! Ale mówiłem też, że będzie treściwie. No i jest. Wszystko na tej płycie nagrano w 1981 roku, więc jeszcze przed wydaniem debiutanckiego Walk Among Us. Czyli jest dobrze! Fani wiedzą, że zespół, pomimo jeszcze niedługiego wtedy stażu, był w twórczym gazie i to wtedy powstały liczne szlagiery, które zresztą tu słyszymy. Na pewno nie jest to wydawnictwo wysokich lotów, jeśli chodzi o produkcję, ale to dobrze – nie o to w punk rocku chodzi, a to obskurne brzmienie dodaje materiałowi autentyczności. Mimo wszystko życzę sobie dłuższej koncertówki Misfits z klasycznych lat. Istnieje Evilive II, ale nagrane już z następcą Danziga, Michalem Gravesem, którego pewnie nawet wolę, ale w latach 90. był to już trochę inny zespół niż wcześniej.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Frank Drebin
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4149
Rejestracja: ndz gru 10, 2017 7:39 pm
Skąd: Valley Of The Kings

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Frank Drebin »

Schizoid pisze: pt lip 11, 2025 12:34 pm
Rock in Rio kojarzy mi się z jednym – z rzyganiem! I mówię to absolutnie serio, bo ów krążek dostałem od Taty, kiedy w wakacje w okresie gimnazjum leżałem chory w łóżku i zmagałem się z problemami żołądkowymi. P

Taka dygresja: to jest dopiero ciekawe, jak określone zdarzenia doświadczane przy pierwszym kontakcie z daną płytą mogą z nami zostać na bardzo długo. Mi do dzisiaj np. Painkiller kojarzy się z chorowaniem, bo non stop słuchałem tego wydawnictwa jak lata temu leżałem złożony gorączką podczas jednego z najgorszych stanów grypowych za dzieciaka. Autentycznie przez długi czas nie przepadałem za tym krążkiem z tego właśnie powodu. A taki Brave New World kojarzy mi się z wiosną/wakacjami i pewnie przez to bardzo długo stawiałem tę płytę w topce LP Maiden.
FotD = TOP5 albumów Maiden
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

Dla mnie to jest mega urokliwe, że pomimo upływu lat nadal mogę wrócić do takich wspomnień otaczających pierwsze chwile spędzone z danym krążkiem. Zerknąłem teraz na swoje półki z płytami i nadal pamiętam okoliczności, w których objąłem w posiadanie znaczną większość z nich. To działa trochę jak taki mimowolny wehikuł czasu. Highway to Hell to powrót z kina któregoś zimowego wieczora w 1 klasie gimnazjum, Master of Reality to wycieczka szkolna do Poznania... Kurde, aż mi chyba wpadł pomysł na nowy temat :)

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
pz
-#Administrator
-#Administrator
Posty: 21960
Rejestracja: śr maja 07, 2014 12:56 am
Skąd: z Sanatorium

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: pz »

Ja z kolei nie pamiętam okoliczności nabycia / przesłuchania większości płyt, które mam na półce. Może poza tymi, które kupiłem na koncertach. Dobrze pamiętam tylko swoje początki z cięższą muzyką - pierwsze odsłuchy FotD, Sabbath Bloody Sabbath i Ozzmosis. Zakup pirackiego debiutu Ozza na Stadionie X-lecia. No i kto mi polecił / u kogo usłyszałem pierwszy raz daną kapelę.

02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 10077
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Zajzajer »

No czekam na Twoje top epki albo top dvd/bluray, sam mam w planach takie różne rankingi robić :)
Zajzajer on the Road 2026:
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

DVD nie będzie, bo nie oglądam koncertów. Nad EPkami mogę kiedyś pomyśleć.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

No to pora na ostatnie 3 pozycje w zestawieniu.

3. Kat – 38 Minutes of Life

Obrazek

Jak koncertówki to wiadomo, że nie może obyć się od zwrotów do publiczności. Pierwszy live album Kata to jedyna płyta, z której pamiętam wszystkie takie gadki. Począwszy od „Ten zespół znacie doskonale, lubicie go…” po każde słowo wypowiadane przez Romana między utworami. Nie wiem, jak wiele osób 38 Minutes of Life nawróciło na metal. Z uwagi na ówczesną sytuację w Polsce mam wrażenie, że mogło ich być zajebiście dużo. I w ogóle by mnie to nie dziwiło. Płyta ta nie bez powodu ma status legendarny. Tutaj zagrało wszystko: po pierwsze, forma muzyków jest znakomita (a materiał nagrano na tylko jedną gitarę!). Po drugie, tracklista złożona z kompozycji z wczesnych lat Kata to zestaw killerów (w pewnym sensie nawet dosłownie :D ) i robi masakryczną robotę. Po trzecie, atmosfera jest tak gęsta, że można ją ciąć maczetą. No i w końcu Kostrzewski – postać kluczowa dla gatunku w Polsce, przypuszczam że m.in. za sprawą tej właśnie koncertówki, za sprawą której przestał być jedynie głosem z płyty, a stał się „żywy”. Kat gra tu na pełnej mocy, nie oszczędzając strun (w tym głosowych), naciągów ani widowni. Nawet pozorny czas na złapanie oddechu, jakim jest Głos z ciemności – jedyna ballada w tym repertuarze – to intensywna jazda. A co dopiero takie Czarne zastępy, Wyrocznia czy Diabelski dom II! All killer, no filler, tyle powiem. Szczęśliwie się składa, że reedycje tego wydawnictwa otrzymały 2 bonusy: Dziewczyna w cierniowej koronie oraz Noce Szatana. Oba są oczywiście świetne, ale Noce Szatana to jeden z lepszych momentów płyty. Wykonanie lepsze od oryginalnego i zarazem idealne domknięcie krążka. Krążka niestety niezbyt długiego… Chciałoby się, żeby Kat grał nam jeszcze z dobre pół godziny dłużej. Tak niestety nie jest i zamykamy się w obrębie jednego winyla. Szkoda, bo przydałby się co najmniej jeden Diabelski dom więcej, ale cóż poradzić, początkowo Kat nie grał długich koncertów, a płytę nagrywano w czasach jeszcze sprzed skomponowania Oddechu wymarłych światów. Nota bene, warto tutaj rozprawić się z powszechnym od dawna mitem, jakoby 38 Minutes of Life stanowiło zapis z występów Kata w roli Metalliki. To nie jest prawda, co sugeruje w zasadzie już sama zapowiedź na początku płyty. Materiał nagrywano w różnych okolicznościach, a następnie całkiem zgrabnie sklejono go w całość. Nie wiem, skąd to błędne przeświadczenie w ogóle się wzięło. Tak czy siak jest to pozycja rewelacyjna i stanowi ciekawą pocztówkę z odległej przeszłości. Z taką formą, zaangażowaniem i kompozycjami wydawać by się mogło, że Ślązacy są gotowi na podbój świata. Do tego z kilku różnych przyczyn nie doszło, ale u nas są nieśmiertelni. Myślę, że 38 Minutes of Life ma w tym swoją niemałą zasługę.

2. Watain – Opus Diaboli

Obrazek

Nie polubiłem się z Watain od razu. Pierwszy raz natrafiłem na muzykę Szwedów w okolicach premiery Trident Wolf Eclipse, to była jesień 2018 roku. Wspomniany krążek zraził mnie do zespołu. Na pewno brakowało mi wówczas odpowiedniego kontekstu do właściwego obcowania z tą muzyką, ale nie zmienia to faktu, że po dziś dzień Trident Wolf Eclipse uważam za najsłabszy album hordy z Uppsali. Po jakimś czasie próbowałem się do nich przekonać i choć było już lepiej (nie pamiętam, czego dokładnie słuchałem), to nadal nie zaskakiwało. Nie mam pojęcia, dlaczego zdecydowałem się na odsłuch Opus Diaboli. Być może myślałem, że jest to po prostu kolejny album studyjny i chciałem wybadać, co tam grają. Doskonale jednak pamiętam, że otwarcie w postaci Death’s Cold Dark dosłownie wyjebało mnie z kapci pod sufit. Pamiętam szok, który przeżyłem, gdy usłyszałem finałowe wokale w Malfeitor… Zastanawiałem się wtedy, czy wokalista robi to sam, czy korzysta z efektów, bo to przeciąganie brzmiało wręcz nieludzko (potem odkryłem, że od pewnego momentu jedzie na delayu, ale nic to – nadal kocham ten fragment). Opus Diaboli to wydawnictwo dokumentujące trasę promującą Lawless Darkness, jedno z najważniejszych dzieł studyjnych Watain. Ze wskazanego krążka znajduje się tu aż 7 utworów, więc reprezentację dostał godną. Każdy z nich był dla mnie na swój sposób fascynujący… No, może poza Four Thrones. Do dziś jest to dla mnie słabszy element Lawless Darkness. Natomiast furia Reaping Death była czymś niezwykłym. Brutalność Storm of the Antichrist wstrząsała mną za każdym odsłuchem, Stellarvore zwiastowało nieuchronnie nadchodzącą zagładę, a grande finale w postaci Waters of Ain – po latach będącego w mojej opinii szczytowym osiągnięciem gatunku – na nowo definiowało moje postrzeganie black metalu. Natomiast o wielkości zespołu uświadomił mnie chyba znajdujący się na płycie cover Bathory – A Fine Day to Die. To wbrew pozorom nie jest łatwy zespół do reinterpretowania, ale Szwedzi odjebali tu istny majstersztyk. Stąd też żałuję, że to nie Erik Danielsson śpiewał go ostatnio w Gdańsku. Watain przestało być zespołem, który kojarzę z ogniem i oblewaniem się krwią. Stało się dla mnie bytem realnym, namacalnym… I przede wszystkim zjawiskowym. O ile wcześniej prym wiodły u mnie klasyki (Emperor, Bathory), o tyle Opus Diaboli pokazało mi zespół względnie młody, ale niezwykle utalentowany, bardzo zaangażowany w swoją pracę – czy, jak pewnie ująłby to Erik, misję. Opus Diaboli towarzyszyło mi w różnych okolicznościach. Dźwięki te sączyły się z moich słuchawek w palące letnie dni, jak i ogrzewały mnie w zimowe noce. Kurde, pamiętam czekanie na tramwaj po trudnym kolokwium na II roku studiów w grudniu (Sardi, jeśli to czyta, powinien wiedzieć, o które mi chodzi. ;) ). Leciało mi wtedy genialne Total Funeral, które puściłem, bo tytuł nieźle zbiegał się z tym, czego doświadczyłem parę chwil wcześniej (kolokwium na szczęście zdałem, być może dzięki Opus Diaboli – dzięki, Watain!). Ta koncertówka to dla mnie wiele wspomnień. To także początek pięknej przygody polegającej na coraz głębszym wgryzaniu się w twórczość zespołu oraz jeżdżeniu na ich koncerty. Żałuję jedynie, że Opus Diaboli nie miało nigdy wznowienia i w obrocie nie istnieje wersja wyłącznie audio tego wydawnictwa, przez co skazany jestem na streaming. Video jest znacznie krótsze, bo jest swego rodzaju filmem dokumentalnym na temat Watain, uzupełnionym wybranymi utworami z koncertu. Mam nadzieję, że doczekam się osobnego wydania, bo z pewnością bym je nabył. Jeśli ludzie 40 lat temu wkraczali w świat Maiden pod wrażeniem Live After Death, to ja przeżyłem to dekady później z Watain za sprawą Opus Diaboli. Wcześniej pisałem tutaj, że Live in Leipzig od Mayhem to black metal. Opus Diaboli to idealny black metal. Kropka.

1. Judas Priest – Live in New Haven ‘88

Obrazek

Pamiętam, że któregoś letniego dnia – to był chyba 2015 rok, może 2014 – natrafiłem w internecie na amatorskie nagranie video z Miami z trasy promującej Ram it Down. Ta płyta to średni powód do dumy, ale wspomniany filmik rozłożył mnie na łopatki. „To oni tak wtedy brzmieli?!” – myślałem zaskoczony. Ano brzmieli. Pierwsza połowa lat 80. była dla Halforda jedną wielką przygodą z alkoholem i narkotykami. To odbijało się na samych koncertach, wystarczy tu przytoczyć zapis gigu z Long Beach w 1984, dodawany do edycji deluxe Defenders of the Faith. Czasy Turbo to już forma znacznie wyższa, w zasadzie rewelacyjna. Nie sądziłem, że dało się robić to lepiej niż na Fuel for Life Tour. Ale trasa Mercenaries of Metal to wręcz poziom wyżej. Nagrania z New Haven przez długi czas funkcjonowały w obrocie nieoficjalnym, toteż poznałem je dość dawno temu. Jednakże nie był to kompletny koncert, brakowało dość sporo utworów. Brak rocznicowej edycji Ram it Down w zasadzie pogrzebał me marzenia o tym, że Priest wyda coś z tej niezwykłej, acz zapomnianej trasy… Ale parę lat temu na rynku pojawił się pokaźnych rozmiarów box, w ramach którego wydano także koncert z New Haven. I to pełny! Gdy zgłębiłem już tajniki Soulseeka (cóż za genialny wynalazek), od razu położyłem na nim swoje łapy. Byłem zniszczony tym, co słyszałem. Nie dość, że w końcu otrzymałem kompletną koncertówkę z 1988, to jeszcze brzmiała ona wyśmienicie (podobnie jak w przypadku pozostałych, dźwiękiem zajmował się Tom Allom). Dlaczego jest to moje top 1? Bo uważam, że to Priest w swojej absolutnie szczytowej formie. Jeśli utwór pokroju Beyond the Realms of Death jest swego rodzaju judaszową oczywistością, to przestaje nim być na New Haven ’88. To, co na tym koncercie robią muzycy, jest wprost nie do pomyślenia. Wszyscy dają tu z siebie 100%, ale naturalnie największą uwagę słuchacza skupia na sobie Halford. Już na samym starcie słychać, że nie będzie lekko. Klasyczny wstęp The Hellion/Electric Eye i towarzyszące mu Metal Gods są tu znacznie bardziej elektryzujące, aniżeli na innych koncertówkach zespołu. Zaraz potem być może najlepszy performance w historii kapeli, mianowicie Sinner – o matko, cóż to jest za jazda bez trzymanki. Priest na koncertach, jak to klasycznie w tamtych czasach, dodaje gazu, więc jest naprawdę szybko i dosadnie. Repertuar jest tu bardzo przekrojowy: oczywiście na trackliście znajdują się numery z promowanego wtedy Ram it Down (trafny dobór kompozycji, choć odczuwalny jest brak Blood Red Skies, na które porwali się dopiero w 2011), ale oprócz tego znaleźć tu można klasyki z lat 80. i 70. Wszystko zagrane jest na przepotężnej kurwie, nie ma chwili wytchnienia, a kotlety wchodzą jak w żadnych innych okolicznościach. Poza wspomnianymi Beyond the Realms of Death i Sinner znakomitą robotę robi szczególnie potężny The Sentinel, hymno-podobne Heavy Metal i piornujące Ram it Down. Nie sposób wymienić słabych punktów tego wydawnictwa, gdyż jest ono po prostu takowych pozbawione. New Haven ’88 to 1h40 Judas Priest w ich szczytowej formie koncertowej. Jeśli Priest… Live! to rewelacyjny materiał z lat 80. (osobiście wolę bliźniacze, dłuższe wydawnictwo z tej samej trasy, które trafiło na rocznicową wersję Turbo), to New Haven bije je na głowę swą intensywnością i doborem kompozycji. Tutaj mamy znacznie większy nacisk na lata 70., czego przejawem jest obecność 5 kompozycji z tamtych czasów na trackliście (na Priest… Live! nie ma żadnych), co uważam za atut. Sądzę, że zarówno samo Ram it Down, jak i ówczesne wyczyny koncertowe zespołu niejako stanowiły zapowiedź tego, co stało się niedługo potem, czyli zaprezentowanie światu zdecydowanie najbardziej agresywnej płyty Priest nagranej z Robem. Mowa oczywiście o Painkiller. On, wbrew tekstowi piosenki, z nieba nie sfrunął, a biorąc pod uwagę wspomniane wyżej kwestie można stwierdzić, że pomysł na materiał tego rodzaju musiał się zrodzić z pewnym wyprzedzeniem… Ale to już inna historia. Wracając stricte do New Haven: podejrzewam, że gdyby ta płyta ukazała się w czasach, kiedy powstawała, z miejsca stałaby się definitywnym klasykiem, cieszącym się równym, a być może nawet lepszym statusem względem Unleashed in the East. Jak już wspominałem, tak się nie stało. Niezbyt mnie to dziwi, bo Priest… Live! wciąż było materiałem świeżym i pewnie zaspakajało ówczesny popyt na koncertówki Judasów. Po latach, gdy mamy dostęp do wielu nagrań z tamtych lat, nie ulega wątpliwości, że Priest ani wcześniej, ani później nie było w formie porównywalnej do tej, którą mogło się szczycić w 1988 roku. Stąd też szkoda, że fanom przyszło czekać całe dekady na możliwość doświadczenia tych dźwięków. Szkoda też, że poza wspomnianym boxem nie sposób nabyć tego wydawnictwa. Niedawno w ramach Record Store Day ukazał się oddzielnie koncert z trasy World Vengeance – być może to samo za jakiś czas spotka New Haven. Oby, bo z chęcią kupiłbym ten album w formacie winylowym. Na razie muszę zadowolić się wersją cyfrową, ale nie przeszkadza mi to jakoś bardzo - gdy zaczyna się rzeźnicka wersja Sinner, zapominam o wszystkim innym. No, może poza tym, że zaraz równie mocarny wykon Beyond the Realms of Death.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Sardi
-#Moderator
-#Moderator
Posty: 7679
Rejestracja: sob sty 23, 2016 11:06 pm
Skąd: Born in the BZ Land

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Sardi »

Schizoid pisze: sob lip 12, 2025 8:44 pm Kurde, pamiętam czekanie na tramwaj po trudnym kolokwium na II roku studiów w grudniu (Sardi, jeśli to czyta, powinien wiedzieć, o które mi chodzi. ;) ).
Leżał wtedy w domu rozwaloną ręką, ale doskonale pamięta tego okrutnika. Co za dzikie czasy.

Zajebista lista, jeszcze lepsze opisy. Fajnie, że znalazło się tu dużo nieoczywistych pozycji, część na pewno u mnie by się powtórzyła. Zwłaszcza New Haven, czy L&D. Ale na razie muszę poczekać z taką listą, bo większość pewnie by zajęły wydawnictwa z Bruce Springsteen Archives :lol:
BRUCE SPRINGSTEEN, JAN BO I RICHIE FAULKNER PONAD WSZYSTKO
https://www.last.fm/pl/user/sardynex
setlist.fm/user/matt01
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

Dlatego u siebie przyjąłem założenie, że na 1 artystę przypada 1 wydawnictwo ;)

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
ODPOWIEDZ