Pojechałem, pokoncertowałem i wróciłem... żeby napisać dla Was relację. Wyjazd rodził się w bólach, ale zdecydowanie było warto. Postanowiłem opisać ten koncert trochę szerzej razem drogą i płytą, więc podzieliłem relację na akapity, żeby każdy mógł przeczytać, to co go zainteresuje.*
* johnny czyta wszystko, części dla nugza wytłuściłem
NOWA PŁYTA
Jakiś czas temu pojawiła się w sieci zajawka materiału na nową płytę Monstrum. Od wydania poprzedniej minęło kilkanaście (13) lat, zespół nie bywał zbyt aktywny koncertowo, więc ciekawym byłem co ma do zaoferowania. Na początek panowie zaprezentowali 30 sekundowe fragmenty nowych numerów. Nie mogę powiedzieć, że mnie to jakoś zachwyciło. Słychać było w tym styl Monstrum i ogólnie solidne heavy, ale nic co by porywało. Z nowych numerów jeden, 63 dni, był "wydany" jakiś czas temu i brzmiał jak dobry koncertowy numer. Płyta trafiła do internetu z tydzień przed koncertem, więc postanowiłem się z nią od razu zapoznać. Przesłuchałem całość, ale raczej nie wzbudziła jakichś silniejszych emocji. Potem do niej nie wracałem, aż do wczoraj. Jadąc do Rzeszowa przesłuchałem ją dwa razy w samochodzie. Ocena zasadniczo taka jak po przesłuchaniu wypuszczonej zajawki. Solidne heavy, bez fajerwerków, ale też bez jakiejś tragedii. Dobre melodie, kilka fajnych riffów i solówek. Kilka numerów z szansami na zostanie koncertowymi hitami. Część wokalna też typowa dla zespołu. Linie ułożone podobnie jak na poprzednich albumach, teksty raz lepsze raz gorsze, ale ogólnie pomijając pojedyncze wiersze, gdzie użyte sformułowania trochę rażą, poprawne. Moi faworyci to chyba 63 dni pod kątem śpiewania koncertowego oraz Obudź się. Może tekstowo nie ma takiego poziomu jak Łza dla cieniów (porównując do utworu o podobnej tematyce), ale jak on fantastycznie pędzi. Płytę przesłuchałem jeszcze raz wracając z Rzeszowa i zasadniczo nie korciło mnie, żeby coś przeskipować. Chyba mogę dać tu 4 (może z minusikiem). Ogólnie materiał bardziej w stylu Imperium Zapomnienia i Czasu niż pierwszych płyt. Ciekawe co z niej utrzyma się secie na dłużej (o ile panowie znowu nie "odwieszą gitar").
DO RZESZOWA
Gdy Monstrum ogłosiło koncert, mocno się napaliłem na wyjazd do Rzeszowa. To jeden z moich ulubionych polskich zespołów, a że jest "z daleka" i rzadko koncertuje, to miałem okazję ich widzieć dopiero 3 razy (w Krakowie, Warszawie i... Książu Wielkopolskim). Google twierdził, że spod domu do klubu Pod Palmą mam 3,5 godziny jazdy, więc bez tragedii. Droga do Rzeszowa najgorsza nie jest (a przynajmniej nie była jak ostatnio nią jechałem), więc jakby udało znaleźć się towarzystwo, to taka wycieczka nie wyglądała tragicznie pod względem transportowym. Niestety, towarzystwo się wykruszyło i czekała mnie potencjalnie samotna podróż. Do tego nagromadzenie innych wydarzeń spowodowało, że wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Co prawda czwartkowy koncert Wishbone Ash miałem pod domem i mogłem wcześnie iść spać, ale w piątek byłem umówiony z kolegami. Niby miałem posiedzieć krótko, ale do domu wróciłem o 1. O 5 rano się obudziłem, bo dzieciaki szykowały się na wyjazd. Raczej ciężko było mnie nazwać wyspanym człowiekiem. Długo się wahałem, aż wreszcie o 15:30, siedząc na kiblu, kupiłem bilet.

Potem szybko zrobiłem sobie kawę na drogę i jakąś kanapkę z herbatą na powrót i ok. 16 pojechałem.
Od mojej ostatniej wizyty w Rzeszowie trasa z Warszawy przez Lublin zdecydowanie się poprawiła. Zniknął długi kawałek drogi w układzie 2+1 od strony Rzeszowa. Jedynie ostatnie 16km było (chyba) w budowie. Niewiele było widać, ale zakładam, że budują tam drugą nitkę ekspresówki z prawdziwego zdarzenia. Cała reszta trasy dwujezdniowa i dwupasmowa. Sprawnie poszło. Zbliżając się do Rzeszowa zaniepokoił mnie trochę widok solarek obficie sypiących trasę solą. Na noc zapowiadane były opady i to zwiastowało potencjalne problemy podczas powrotu. Ostatni odczyt z termometrów nad drogą pokazywał +1.8 powietrza i +3.5 asfaltu. Pozostało mieć nadzieję, że się nie rozpada lub nie ochłodzi zbyt szybko.
KONCERT
Wejście do klubu przebiegło sprawnie, bo ochroniarz zeskanował mi kod QR oczami. Obok jakaś para kłóciła się, że powinna być na liście gości (dość długiej). W końcu interweniował Wacław, który powiedział, żeby ich wpuścić

W drodze na salę kupiłem nową płytę, żeby po koncercie nie tracić na to czasu. Na scenie instalował się właśnie W Ramionach Wiedźmy. Nie wiedziałem czy to pierwszy (tak obstawiałem, bo była 19:30) czy drugi support. Panowie zagrali 45 minutowy set, raczej poprawnej muzyki z pogranicza heavy, thrashu i jakiegoś ryczenia. Było kilka fajnych momentów, wokalnie nawet spoko. Perkusja momentami zbyt prosta(-cka), ale jakieś fajne przejścia też się trafiły. Kilka lat temu może nawet kupiłbym ich płytę, żeby postawić ją na półce w drugim rzędzie. Na krótki support było ok. Poza swoimi numerami zagrali też pierwszą część Diabelskiego Domu. Fajnie, że decydując się na cover zagrali polską klasykę i jednocześnie nawiązali do Romana, ale to było słabe wykonanie tego numeru. O 20:25 z boku pojawił się gość, który chyba robił za organizatora imprezy (a na pewno był konferansjerem

) i gwałtownie zamachał rękami. Chłopaki (chyba mieli jeszcze coś na setliście), stwierdził w tej sytuacji, że "to był ostatni numer, dzięki" i zeszli ze sceny.
Konferansjero-organizator zapowiedział, że za chwilę na scenie Monstrum, a panowie pojawili się ustawiając instrumenty. Jakiś najebany debil próbował intonować na przemian "Monstrum grać kurwa mać" i "napierdalać", ale na szczęście znajdował góra 2-3 towarzyszy. Że też takich nie można uśpić.
Monstrum zaczęło o 20:35 od starych, dobrych hitów. Za horyzontem ciszy, Wolności smak i Kapłani metalu szybko rozgrzali publiczność i można było zacząć prezentować trochę nowego materiału. Ponieważ płytka od przynajmniej tygodnia była dostępna na streamingach, część publiczności była przygotowana i przynajmniej refreny nowych numerów były śpiewane grupowo. Nie są zbyt skomplikowane. Mi udało się je zapamiętać z odsłuchać w samochodzie

Na początek poleciały 63 dni i Granda-banda. Potem powrót do staroci, przeplatanych nowymi numerami. Nowa fajnie wpisywały się w seta, flow koncertu w żaden sposób nie został przez nie zaburzony. Ogólnie na 18 numerów dostaliśmy 6 nowych (z 10 na płycie). Tak powinna wyglądać promocja. W secie dominowały oczywiście numery z horyzontu i ósmego dnia. Imperium dostało jednego przedstawiciela, Czas został pominięty. Wasz reporter zasilił danymi amerykański portal. W sumie w secie znalazły się prawie wszystkie numery, które chciałem usłyszeć. Odważnie główną część zakończyli dwoma nowymi numerami (Obudź się i Wirtualny Trol) i zeszli. W tym momencie brakowało jeszcze przynajmniej jednego numeru w siecie, a biorąc pod uwagę, że byliśmy w Rzeszowie, to nawet dwóch. Konferansjer coś pogadał, że musimy go przekrzyczeć, to wrócą (ble, ble, ble) i po chwili usłyszeliśmy (a w zasadzie publiczność odśpiewała) Hymn Stali Rzeszów. Znowu zejście, znowu konferansjer, tym razem z gadką, że zaraz nas wyrzucą z klubu i na koniec poleciały oczekiwane Słowa.
Świetny koncert, bardzo energetyczny, dając możliwość podarcia ryja i pomachania łbem. Jak na razie zdecydowanie najlepszy w tym roku. Fajnie, że duża reprezentacja nowych numerów. Klub pełny. Publiczność żywo reagująca. Dźwięk nie powalający, ale stałem na barierce 2 metry od głośników, więc może sam jestem tu sobie winien. Zespół grał na dwóch basistów, którzy zmienili się w środku występu. Kilka numerów zagranych na 2 basy. Nic nie rzucano ze sceny, więc nic nie złapałem

.
DO DOMU
Koncert skończył się o 22:10, więc zrezygnowałem z planu wypicia kawy przed trasą. Przed klubem stała duża grupa młodzieży, więc podejrzewam, że, podobnie jak w Studio w Krakowie, następowała szybka wymiana "publiczności" i zaczynało się jakieś disco. Na dworze powitało mnie
obficie padające mokre białe gówno, więc droga zapowiadała się ciężka. Aż do Kraśnika padał mokry śnieg. Momentami na jezdni nie było widać linii rozdzielających pasy, a włączenie długich świateł powodowało się, że czułem się jak Han Solo przekraczający prędkość światła. Nie było mowy, żeby zgodnie z planem wrócić "trochę szybciej". Na szczęście termometry cały czas pokazywały dodatnią temperaturę asfaltu, a opad był mokrym śniegiem, a nie marznącym deszczem, więc jechało się sprawnie. Jednocześnie wymagało to większej koncentracji, więc nie chciało się spać. Na wysokości Kraśnika opad się skończył, a droga zrobiła się czarna, więc można było przyspieszyć. Miałem też trochę farta, bo na tej wysokości trafił się jakiś konkretny dzwon i droga w stronę Rzeszowa była zablokowana przez policję i straż pożarną, a za miejscem wypadku utworzył się już spory korek. Tutaj muszę pochwalić tą pierwszą formację, bo 3km dalej był ostatni zjazd z ekspresówki przed miejscem wypadku i radiowóz blokował tam drogę i kierował wszystkie samochody na zjazd. Po mojej stronie na szczęście bez niespodzianek. Śmieszną sytuacją miałem po zjechaniu do kibelka na MOPie. Zamknąłem samochód i składające się lusterka wydały dźwięk pękania. Okazał się, że z zawiasów wykruszył się konkretne bryły lodu, które tam zebrałem i domroziłem na poprzednich 100km trasy. Wjeżdżając do Warszawy podjechałem zatankować i licznik pokazywał mi równe 666km (dobra, naciągam, było 665.

. Wczesne zakończenie koncertu i w miarę dobra trasa pozwoliło o 1:30 położyć się łóżku. Jestem bardzo zadowolony, że jednak zdecydowałem się na ten wyjazd. Teraz czas wrócić do polowania na bilety na White Lies
