Słuszna inicjatywa Schizoida, myślałem ostatnio nawet by samemu może skubnąć jakieś podsumowanie albumowe za ten rok. Skoro okazja stworzyła się sama, to proszę:
Ogólnie sam rocznik nie ujął specjalnie poza dosłownie kilkoma pozycjami. A fajnie to świadczy o obecnych realiach, bo nie licząc singli czy teledysków, to wysłuchałem w tym roku – po drobnych kalkulacjach z RYM – coś koło 150 tegorocznych LP i EP. Spośród tej ławicy, kilka długograjów naprawdę mogę z czystym sumieniem ukoronować za jakość. Dość typowego top 10 tutaj nie zapodam, także raczej polecę podium z dwiema pozostałymi pulami tegorocznych płyt i do tego sekcja wydawnictw live.
Podium:
Złoto:
Swans – Birthing
Zapowiadało mi się na album, który będzie co najwyżej takim okej wpisem do dyskografii łabędziej. A jednak, Birthing wciągnęło mnie bez reszty od czasu premiery i towarzyszyło mi przez większość roku. Jedna ze zgrabniejszych płyt w dyskografii Swans. Z utworów w oczach mi co najwyżej po czasie straciło trochę I Am a Tower, reszta siedzi niezmiennie doskonale. Piękny kolos, takich płyt brakuje ilościowo. Stąd płyta poniżej pozytywnie mnie zaskoczyła.
Srebro:
Ciśnienie – (angry noises)
Nie rozumiem zbytnio, czemu na siłę jest to opisywane w sieci jako album live. Ciśnienie wydaje wszystkie LP z materiału zaprezentowanego premierowo na żywo. Mniejsza. Po czteropłytowej podróży, ekipa ze Śląska nareszcie wydała jazzowo-awangardowy kombajn, który nie zostawia miejsce na żadne ‘ale’ pod względem kompozycji i wykonania. Jest tu tyle siły, szorstkiego saksofonu i natłoku dźwięku, a nie kończy się to wcale a wcale free jazzową, głośną papą. Z jednej strony jest tu muzyka w całym okazałym żywiole, z drugiej jest uczucie porównywalne do wsadzenia głowy na prasę drukarską. Praktycznie bezbłędny materiał, tu się już nie dało bardziej dosłodzić.
Brąz:
Geese – Getting Killed
Udzielił mi się ten Gęsi hype train panujący obecnie w internecie. Przekonała mnie ta płyta samoczynnie od początku. Jest to zestaw pomyślnie zrobionych piosenek, który wieńczy Long Island City Here I Come, coś na co tylko zacniejsze płyty mogą sobie pozwolić przy finałowej kulminacji. Niewątpliwie stanowi to dla tego zespołu mocny krok na przód. Zespołu jak zespołu - Geese na moje jeszcze trochę pobędzie, ale przyszłość tak naprawdę należy tutaj do ich frontmana, czyli Camerona Wintera (którym zresztą już się zainteresowali Wes Anderson z Bennym Safdiem, tam się szykuje większa kariera).
Ex aequo
Ghost – Skeleta
Tegoroczny Ghost powszechnie i zasadnie trafia wysoko na liczne tegoroczne topki rockowe (szkoda, że najczęściej jakoś obok Sraj Token). Nie doszło tu w sumie stylistycznie do powtórki z Impery, a do zdecydowanego i udanego przesunięcia w jeszcze bardziej 80sowe rejony. Bo jak dotąd Tobias aż tak przaśnie w AOR nie wszedł jak tutaj, a widać po Skelecie, że eksperyment powiódł się doskonale - Bon Jovi zawsze działa. To dla mnie trzecia najlepsza płyta Ghosta, która nawet bardziej niż poprzedniczka zachęca do odpalenia jej z powrotem. Naprawdę, wjechały tu jedne z najlepszych ghostowych kawałków od lat.
Loża:
Black Country, New Road – Forever Howlong
Peter Gabriel odszedł z zespołu i tak oto dostaliśmy A Trick of the Tail… nie, nie, moment, nie ten zespół. Isaac Wood odszedł z zespołu i tak oto dostaliśmy Forever Howlong. To nawet nie jest zasadniczo pierwsze wydawnictwo bez jego udziału, bo już wydany w 2023 roku live z Bush Hall jest samodzielną przygodą bez byłego lidera, zresztą została bardzo dobrze odebrana przez fanów. A tutaj nastąpiło doniosłe chrząknięcie. Zabrakło żałobnego post rocka opartego na indie, zamiast niego jest bardziej pocieszny prog pop/folk. I wyszła z tego naprawdę przyjemna płyta, która na tle wydawnictw od całej gamy młodych zespołów bawiących się w rockowy artyzm, robi to przynajmniej w sposób umiejętny.
Niechęć – Reckless Things
Znowu polska płyta, znowu jazz. I tym razem mamy do czynienia z pomyślnym wydawnictwem, które nie boi się zrobić szybszego jazz fusion, do którego na tę płytę wprosili do stylu elementarium brzmieniowe rodem z The Comet is Coming. Podziałało pięknie, a na żywo to już w ogóle. Do tej szamotaniny z nutą psychodelii z całą pewnością będę wracał, tudzież ona do mnie wróci na kolejnym koncercie Niechęci.
Coroner – Dissonance Theory
Czasem przy powrocie wydawniczym po prawie trzech dekadach, zamiast na siłę próbować zaskoczyć czymś nowym, warto czasem wydoić coś ze starej kobyłki i wypolerować to współczesnym impregnatem. Tylko tutaj kobyłka wcale nie jest stara. Coroner starzeje się lepiej niż Tom Cruise. A najnowsze wydawnictwo jest jedną nogą tu i teraz, drugą totalnie nie pozwoliło zmienić w swoim brzmieniu nic co by zabrało mu organiczny zapach lat 90. Kupuje ten płyt za pierwszym razem. I tak ma być
Nine Inch Nails – Tron: Ares
Mam jakieś wewnętrzne wrażenie, iż przeceniam to wydawnictwo, ale no nie oszukujmy się. Z wszystkich zakamarków mojej głowy bije do mnie jedno wielkie guilty pleasure związane z tą konkretną ścieżką dźwiękową. Lubię NIN, lubię też Trona. W tym poprzednim z 2010 roku Daft Punkt wykonali solidną robotę i ich podkład niemalże zrobił tamten film. Poprzeczka była wysoko, i muszę stwierdzić (będąc już po seansie ma się rozumieć), że Trent temu jak najbardziej podołał. Ta muzyka podkręca akcje, częstuje przesolidną elektroniką i pasuje do świata Trona jak ulał. Możliwe, że w głębi siebie oczekiwałem czegoś niemalże genialnego po tym materiale, stąd może gryzienie się z oceną, ale uczciwie muszę przed sobą stwierdzić, że i tak jest naprawdę nieźle.
Behemoth – The Shit Ov God
Po samej nazwie, promocji i ekscesach najstarszego nastolatka w Polsce, szło niemalże na ślepo stwierdzić – czy to będąc fanem czy antyadasiowcem – że najnowszy Behemoth to będzie nieodzowny kupsztal do spuszczenia w klopie od razu po premierze. No tylko… no właśnie XDD Po zaledwie dwóch moich odsłuchach fekalnego materiału, najbardziej dziwnym do przyswojenia fenomenem tej płyty okazało się to, że poczęstowała nas ona najlepszym materiałem od… The Satanist?? Naprawdę, po słabym otwieraczu jest już tylko lepiej, a druga połowa płyty to najbardziej performatywne Behe od dawien dawna. Niezrozumiałym jest, jak naczelny fan warszawskich żłóbków z ekipą tego dokonali, ale chyba nie można im mieć tego za złe
Lady Gaga – MAYHEM
Nie sądziłem, że będę dorosłym chłopem, który pochwali wydawnictwo autorstwa „Mother Monster”. W całym jej dotychczasowym dorobku, Mayhem po prostu należy z czystym sumieniem pochwalić. To rzadki, naprawdę udany worship staropopwych wpływów rodem z lat 80/90, otoczonym współczesnymi wpływami tanecznymi. Każdy z tych utworów zasługuje na wskoczenie za każdy paszkwil lecący w RMF Maxx, powinien przy tym dostać kilka lat wyłączności na każdej częstotliwości, by te juleczki sanahowo-sabrionowe trochę odchamić. Dobrze, że ten płyt powstał.
Wyróżnienia:
Steven Wilson – The Overview
Mocny w wersji live, nie tak bardzo studyjnie.
Stellar Blight – Eventide: Synod of the Dying Stars
Uwielbiam kiedy Jon przyjeżdża.
Darvaza – We Are Him
Mało blacku w tym roku słuchałem; ta płyta z pewnością jednak zasługuje na wyróżnienie, szczególnie
self-titled na koniec.
Deafheaven - Lonely People With Power
Dałem temu szansę; kupiło przy premierze, ale trochę się z tym odbiorem spieram po kilku miesiącach.
Maruja – Pain to Power
A ci coś nie potrafią jednej solidnej rzeczy wydać, ale póki co wyszło im tu najlepiej.
Omasta – Jazz Report From the Hood
Ostatni polski jazz przysięgam. Ale ten jest krakoski, więc baza szczególnie.
... i wiele innych o których max zdanie bym napisał a nie chcę.
Albumy live:
Tutaj spoglądam wyjątkowo z zadowoleniem, bo kupiłem w tym roku lub przesłuchałem online naprawdę zacne wydawnictwa z datą 2025.
David Gilmour - Live at the Circus Maximus
DZIADKUUUUUUU. Arcymistrz. Udanie się na te koncerty to życiowa godność.
Riverside – Live ID.
Fajnie nagrane show z Torwaru. ID.Entity jest już pięknym wspomnieniem.
Nick Cave & The Bad Seeds - Live God
Śmiesznie był najwyraźniej Tauron nagłośniony, albo mocno przemiksowali tę płytę, bo brzmienie jest tutaj jak dla mnie średnio znajome względem tego co sam zapamiętałem z koncertu xD Ale nadal bardzo ładne.
Peter Gabriel – Taking the Pulse
I/O live machen, a nie 15 letnie koncerty wydajesz dziaduniu.
Underworld - Boiler Room London
Świeżutki, bo nawet w tym roku widziałem ten set live. Tak się robi techno.
Depeche Mode - Memento Mori: Mexico City
Fajne, zawsze przyjmuję ich koncertówki z otwartymi ramionami.
I taki był ten ćwierćwieczny rok
