TOP 10 EPek - wyzwanie - Schizoid

Zbiór ankiet i Waszych opinii dotyczących innych zespołów.

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12230
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

TOP 10 EPek - wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

Tak jak się odgrażałem, przyszła pora na moją listę 10 EPek, które z jakiegoś powodu są miłe memu sercu.

Winien jestem wyjaśnień na temat tego, jak to się stało, że wybrałem akurat te płyty i czym kierowałem się podczas dokonywania selekcji.
Przede wszystkim poruszyć należy temat tego, czym jest EPka. Generalnie wszyscy to wiemy: pomniejsze wydawnictwo, obejmujące kilka kompozycji. Za krótkie na to, by być longplayem, za długie na to, by być singlem. Problemy zaczynają się jednak w momencie, kiedy artysta określa dane wydawnictwo mianem EPki, ale czas trwania i/lub tracklista wskazują na to, że dana płyta jest czymś innym. Myśląc o swojej liście, natrafiałem na różne tytuły, które wymykają się klasyfikacjom „na papierze”. Ostatecznie w zestawieniu znalazło się kilka tytułów, których przynależność do kategorii EPek postrzegam za możliwie kontrowersyjną, ale w takich przypadkach starałem się wytłumaczyć, dlaczego uwzględniłem je w poniższej topce.

Wybrane płyty są ponumerowane, jednakże nie ma co zwracać na to uwagi. Oczywiście pozycje 1 i 10 dzieli pewien dystans, ale nie spędziłem 50 godzin na kminieniu, co podoba mi się w tytule A bardziej, a co podoba mi się w tytule B mniej – i jak się mają do krążka C ;) Nostalgia też niekiedy odgrywała tu pewną rolę.

Wspomnieć też muszę o tym, że narzuciłem sobie pewien rygor w kwestii doboru płyt. Otóż chciałem wyszczególnić te EPki, które same w sobie mogą poszczycić się jakąś artystyczną wartością. Często zdarza się, że dany wykonawca wydaje krótszy materiał, który ma jednak za zadanie promować kolejną, większą już płytę (tym samym redukując rolę EPki jako autonomicznego wydawnictwa). Generalnie chciałem uniknąć wskazywania tytułów tego rodzaju w swojej topce, bo po prostu nie widzę w tym najmniejszego sensu. Oczywistą konsekwencją tego podejścia było także olanie wszelkich rerecordów i nagrań live. Przykładowo więc: wydawnictwa pokroju Sacred Warpath od Sodom nie mają u mnie czego szukać.

No, a teraz do rzeczy…

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12230
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 10 EPek - wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

10. Mayem – Wolf’s Lair Abyss

Obrazek

Mogę sobie tylko wyobrazić ciężar oczekiwań, który spoczywał na barkach muzyków Mayhem po wydaniu legendarnego De Mysteriis Dom Sathanas. Płyta, która z miejsca stała się obiektem kultu, jeden z absolutnych drogowskazów dla innych kapel parających się black metalem… Kolejny krok to musiało być cholernie duże wyzwanie dla Norwegów odpowiedzialnych za tak ważny gatunkowo tytuł. W zasadzie logicznym byłoby pójście za ciosem i wydanie czegoś, co stylistycznie korespondowałoby z De Mysteriis Dom Sathanas. Tak w podobnym czasie robił Emperor, Darkthrone, Dissection… No ale nie Mayhem. Oni nawet nie kontynuowali współpracy z wokalistą z debiutu. Zamiast tego wrócili się do sprawdzonego zresztą Maniaca i wspólnie z nim stworzyli Wolf’s Lair Abyss.

Jest to materiał zdecydowanie nietypowy dla ówczesnej sceny blackmetalowej. Mayhem wyszło z piwnicy, cmentarza, lasu, czy gdziekolwiek chłopaki sobie wtedy siedziały, i weszło prosto w wir urojeń, bólu i dźwiękowego brutalizmu. Wolf’s Lair Abyss nieco ciężko opisać, jednakże słowa, po które sięgnąłem w zdaniu poprzedzającym, wydają się stosunkowo trafnie rysować charakter tej EPki. Jest to wydawnictwo niesamowicie wręcz agresywne. Duża w tym zasługa nowego-starego wokalisty, będącego muzykiem zupełnie innym niż Węgier z Tormentora. Tutaj nie uświadczymy podniosłych partii wokalnych z De Mysteriis Dom Sathanas; Maniac celuje bowiem w znacznie inną sferę, znacznie brudniejszą i bardziej agresywną. Nie ukrywam, jak najbardziej można mieć problem ze zrozumieniem, o co mu w tych śpiewanych tekstach chodzi i na pewno nie jest to muzyka dla wszystkich. Jednakże właśnie to postawienie na skrajną wręcz żywiołowość, ten brak ogłady, powodują, że tak cenię sobie ten materiał. Już samo intro zapowiada, że kroi się coś dziwnego: to hasło "Militant men in peaceful times attack themselves", powtarzane kilka razy, a w końcu wypowiedziane przez samego wokalistę, który brzmi, jakby doznawał jakiegoś strumienia świadomości, sugeruje podróż w nieznane - i to być może taką w jedną stronę. A potem robi się jeszcze bardziej srogo, ale nie zamierzam tego nawet opisywać.

Jest to materiał poniekąd przejściowy między albumem debiutanckim i Grand Declaration of War (które już nieszczególnie mnie interesuje), jednakże jednocześnie będący płytą zupełnie oddzielną i jedyną w swoim rodzaju. Dobrze, że to tylko EPka, bo na dłuższą metę taka konwencja mogłaby stawiać słuchaczowi zbyt duże wyzwanie – a i tak nie jest łatwa w odbiorze.

9. Mgła – Mdłości

Obrazek

Miałem spore obiekcje co do uwzględniania Mdłości w niniejszym zestawieniu. Powód jest prozaiczny: jest to płyta zawierająca jedynie dwa utwory – i to o standardowym czasie trwania. Uważam, że co do zasady takim wydawnictwom bliżej jest do formatu singla, który… No właśnie taką tracklistę przewiduje w swoim założeniu. Po małej rozkminie uznałem jednak, że Mdłości mimo wszystko można uznać za EPkę. Black metal nie lubi singli. To znaczy, one jak najbardziej istnieją w tym gatunku, jednakże rzadko kiedy wychodzą poza rolę materiału pilotażowego względem większego wydawnictwa. W okresie Mdłości, Mgła miała na koncie splita i jeszcze jedną EPkę (Presence), zaś od debiutanckiego longplaya dzieliły ją dwa lata. To skłania mnie do przemyślenia, jakoby Mdłości były wydawnictwem przemyślanym, dokumentującym Mgłę „tu i teraz”, a nie zapchajdziurą lub wyłącznie zwiastunem innej płyty.

Sam materiał uważam zaś za jedne z najlepszych kompozycji w dorobku krakowskiego projektu. Mgła słynie z absolutnego profesjonalizmu. To jest muzyka, w której nie ma miejsca na niedociągnięcia, a ich płyty muszą być „zwarte”. Tyle, że kiedyś tak nie było, a raczej nie było to wtedy słyszalne w takim stopniu jak obecnie. Mdłości są więc nieco luźniejszym materiałem, choć bez dwóch zdań słychać w nich elementy składowe Mgły.

To, za co cenię tę EPkę, to fakt, że jest ona dość brutalna w swej wymowie. Często słyszy się, że Mgła to taki „zespół dla ludzi, którzy nie słuchają black metalu”. Nie podzielam tego zdania, ale wiem, skąd się bierze. Faktycznie, Mgła to zespół celujący w melodie i względnie przyswajalne formy. Uważam jednak, że jego rdzeniem jest szczery black metal, wywodzący się w linii prostej ze Skandynawii i kolejno z Francji (LLN). Na Mdłościach jest to słyszalne prawdopodobnie lepiej niż na którymkolwiek z pełnych albumów. Osobliwa pozycja w ich dyskografii, bardzo krótka (aż za bardzo!), ale jakże przyjemna.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12230
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 10 EPek - wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

8. Behemoth – And the Forests Dream Eternally

Obrazek

Jest to jedna z pierwszych dwóch blackmetalowych płyt, jakie kupiłem w życiu (drugą, kupioną tego samego dnia, był Grom – oczywiście również Behemotha). Miałem wtedy ledwo 14 lat i wtedy nie zrozumiałem tej muzyki. Od Gromu się odbiłem, natomiast And the Forests Dream Eternally w jakiś sposób zakotwiczyło się w mej podświadomości.

Tematu Behemotha nie ruszałem jakieś dwa lata, ale nigdy nie zapomniałem riffu z Pure Evil and Hate. Kiedy w końcu wróciłem do tego materiału – posiadając już lepszą wiedzę w zakresie black metalu – zauważyłem, że ta EPka to w istocie naprawdę bardzo solidny materiał, który serio trafnie ujmował materię drugiej fali black metalu. Tym samym nie jest to rzecz szczególnie oryginalna, bo wczesny (i w sumie nie tylko wczesny) Behemoth generalnie nie bał się czerpać z twórczości innych kapel, ale na pewno jest to wydawnictwo mocne. Te pięć utworów to bardzo klasyczny black metal, ale na szczęście nie jest to nijaki black metal. Wspominałem wcześniej o Pure Evil and Hate, utworze – hołdzie dla Bathory (przy czym nie jest to cover, a kompozycja napisana na modłę szwedzkiego zespołu), ale muszę też poczynić wzmiankę w przedmiocie Moonspell Rites: potężnego, zimnego, „kroczącego” skurczybyka, który z jakiegoś nieznanego mi powodu nie jest powszechnie określany jako jedno z najlepszych dokonań Nergala. Jednocześnie przyznam, że chyba mimo wszystko wolę bardziej brutalną i dosadną wersję Moonspell Rites z późniejszych czasów, ale to niczego nie ujmuje oryginałowi. Pozostałym kawałkom nie sposób niczego zarzucić, ale te dwa numery to kluczowe punkty płyty.

And the Forests Dream Eternally na pewno stanowi ważny punkt w historii Behemotha i wydaje mi się, że przez całkiem wiele lat było to najlepsze wydawnictwo, pod jakim podpisał się Darski. Generalnie Behemoth lat 90. nie ma się czego wstydzić, ale jakoś tak wyszło, że najjaśniej zabłysnął w 1994, a pozostałe płyty z tego okresu nie wspięły się na poziom Lasów. Szczęśliwie się składa, że w ostatnich latach Behemoth regularnie wydawał reedycje tamtych krążków, dzięki czemu AtFDE, Grom i Sventevith otrzymały nowe, lepsze brzmienie – co akurat w tych przypadkach jest mile widziane, bo oryginalnie ten aspekt był zwyczajnie kulawy, a sam materiał zasługiwał na coś lepszego.

7. Slayer - Haunting the Chapel

Obrazek

Haunting the Chapel to wydawnictwo, którego w zasadzie nigdy nie traktowałem jako dzieła autonomicznego. To zawsze był w moich oczach suplement do Show No Mercy (i Live Undead, edycja tej koncertówki, którą posiadam, bonusowo zawiera numery z EPki). Natomiast to już wyłącznie moje wyobrażenie na temat omawianego materiału, bo Haunting the Chapel oczywiście figuruje jako osobny tytuł w katalogu Zabójcy.

Mógłbym w zasadzie napisać po prostu „Chemical Warfare” i zamknąć temat tej płyty, ale… Zasługuje ona na więcej uwagi. Bo oczywiście wspomniany utwór to żelazny klasyk Slayera i jeden z kluczowych momentów ich koncertów (niekiedy nawet bolesny xD), jednak każda z czterech kompozycji prezentuje wysoki poziom. Captor of Sin to echo debiutanckiego długograja, w najlepszym tego słowa rozumieniu, numer tytułowy napędzany jest „opętanym” riffem (dość charakterystyczny, według mnie jeden z ciekawszych w całej twórczości zespołu), a Aggressive Perfector jest… No cóż, agresywnie rock ‘n’ rollowy do bólu :D Czy Slayer byłby wielki bez tego wydawnictwa na koncie? Na pewno. Czy Slayer byłby uboższy bez Haunting the Chapel w swej dyskografii? Zdecydowanie.

Jak wspominałem, stylistycznie jest to muzyka zasadniczo zbieżna z tym, co znalazło się na Show No Mercy, a dla mnie Zabójca z debiutu i Hell Awaits to najlepszy Zabójca, więc Haunting the Chapel stanowi dla mnie ważny odcinek ich historii. No jak tu nie kiwać głową podczas tych hiciorów?

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12230
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 10 EPek - wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

6. Ghost - If You Have Ghost
Obrazek

EPka, od której zaczęła się moja przygoda z Ghostem. Ciekawe, że chwycił mnie materiał prawie w pełni oparty na coverach, ale to też dowodzi tego, jak dobrze Duch radzi sobie z opracowywaniem istniejącego już materiału innych twórców. Wiele tu własnej inwencji twórczej i nieoczywistych rozwiązań; If You Have Ghosts, oryginalnie Roky’ego Ericksona, zyskuje za sprawą Ghosta drugie, dalece inne niż wcześniej życie. Crucified, utwór Army of Lovers, został przeobrażony w coś zupełnie odmiennego od pierwowzoru. Waiting for The Night pozostaje dość blisko temu, co na Violator zaprezentowało Depeche Mode, natomiast – z jakiegoś dziwnego powodu – I’m a Marionette w wykonaniu ABBY brzmi bardziej złowieszczo niż w interpretacji Ghosta, która wciąż jest jednak bardzo udana i nosi w sobie DNA drugiego pełnograja zespołu. Lubię w Ghost zabawę konwencją i pomysłowość. Niezależnie od płyty, niezależnie od prezentowanego stylu, zawsze staram się wyłapywać wszelkiego rodzaju ciekawostki kompozytorskie, które da się zauważyć w twórczości Tobiasa Forge’a. Czy to dlatego, że zacząłem go słuchać od wskazanego materiału, a następnie porównywać covery z oryginałami? Możliwe, że tak. To, co wiem na pewno, to fakt, że IYHG pozostaje najlepszym coverowym wydawnictwem Ghosta. Zestaw coverów sam w sobie jest bardzo sycący, a na dokładkę (aczkolwiek już pozakonkursowo) dostajemy zdecydowanie przyjemny wykon live utworu Secular Haze. Słowem uzupełnienia napisać muszę o uroczej okładce, jawnie odwołującej się do Nosferatu z 1922. 14-letni ja, który zasłuchiwał się w IYHG, nie wiedział, że przywołany film ostatecznie stanie się jednym z jego ulubionych, a być może nigdy by nawet go nie obejrzał, gdyby nie ta okładka.

5. VADER – Sothis
Obrazek

Sothis to mój ulubiony krążek ekipy z Olsztyna. Nie zamierzam tutaj niczego ujmować innym wspaniałym dokonaniom Petera i załogi – mają przecież na koncie co najmniej kilka innych tytułów zasługujących na miano klasyków, jednakże Sothis mimo wszystko góruje nad resztą. Można podnieść argument, że to dziwne, bo przecież utwory z Sothis pojawiły się też na innych, pełnoprawnych już albumach zespołu. Oczywiście jest to prawda, ALE! Sekwencja, w jakiej ułożono tracklistę Sothis sprawia, że jest to dzieło szczególne. Tutaj nie ma chwili wytchnienia, bo nawet miniaturki-przerywniki budują atmosferę zbliżającego się zagrożenia. Sądzę też, że Sothis otrzymało lepsze brzmienie od słynnego De Profundis. Tutaj wszystko brzmi jakoś bardziej… Kosmicznie. Co świetnie zresztą współgra z tematyką utworów, bowiem EPka ta jasno odwołuje się do Wielkich Przedwiecznych, egzystujących poza czasem i przestrzenią, cierpliwie szykujących się do swego powrotu. Klimat potęguje okładka, zwłaszcza w interpretacji niezawodnego Zbigniewa Bielaka. To stosunkowo prosta grafika, ale jakże efektywna! Czy to Shoggoth, jakiś jego fragment? Amulet? Nie mam pojęcia. I kocham nie mieć tego pojęcia. Oko z okładki patrzy się na mnie podczas każdego odsłuchu, skrywając w sobie tajemnice, które nie powinny być poznane przez człowieka… A temu wszystkiemu towarzyszy muzyka, death metal zagrany na najwyższym z możliwych poziomów. Sothis to zdecydowanie jedna z lepszych rzeczy, jakie wyszły w tym kraju.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12230
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 10 EPek - wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

4. Sodom – In the Sign of Evil

Obrazek

In the Sign of Evil to ważne wydawnictwo dla ekstremalnego metalu. Zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli chodzi o Sodom, najwięcej uwagi skupiają na sobie późniejsze dzieła Niemców. Sam bardzo cenię sobie tytuły pokroju Agent Orange czy M-16, to wspaniałe płyty. Natomiast osobiście czuję szczególną więź z ich wczesnymi nagraniami: pełniakiem Obsessed By Cruelty i właśnie In the Sign of Evil.

Siarczysty thrash metal, jaki proponują tutaj muzycy, nie jest dziś zjawiskiem rzadkim. Co chwilę ukazuje się jakiś album utrzymany w tej stylistyce, jednakże bardzo niewiele z nich wytrzymuje porównania do EPki Sodom (czy ogólnie: wczesnego Sodom), którą sam uznaję za jeden z wyznaczników poziomu muzyki tego rodzaju. Dlaczego tak? Połowa mej odpowiedzi jest łatwa do odgadnięcia: to po prostu cholernie dobre kompozycje, które mają własny charakter (co uważam za znaczące osiągnięcie w tej niszy) i które powodują, że nie przełącza się ich po pierwszej minucie trwania. Jest tu też inny wątek, zupełnie kluczowy dla mojej oceny: atmosfera. Pierwsze kompozycje Sodom cechowały się wręcz opętanym, ekstremalnie złowrogim klimatem. Ponownie: to nie jest coś bardzo oryginalnego, w zasadzie w blackthrashu właśnie o to chodzi… I ponownie powiem, że tylko nieliczni robią to w sposób przekonujący. A In the Sign of Evil z jakiegoś powodu brzmi zajebiście wręcz przekonująco. To wszystko to oczywiście estetyka, zresztą niespecjalnie wyszukana; sama okładka razi swą infantylnością, ale czy jako koneser horrorów niekoniecznie najwyższych lotów powinienem na to narzekać? Absolutnie nie. Duet In the Sign of Evil i Obsessed By Cruelty to dla mnie swoisty ideał muzyki tego rodzaju.

Są oczywiście krążki, które mogą konkurować z tymi płytami, ale zazwyczaj podczas odsłuchów kolejnych kapel obracających się w artystycznych rejonach wskazanych tytułów, łapię się na tym, że… Wracam do wczesnego Sodom. Tak właśnie raczkował black metal i były to dni pełne pasji, zaangażowania i nieskrywanej chęci podpalenia świata. Czasami lubię odpalić sobie The Final Sign of Evil - czyli płytę, którą In the Sign of Evil pierwotnie miało być, ale którą się nie stało. Fajny materiał, ale czuć w tym już rekonstrukcję. A oryginalna EPka to jednak sam nieposkromiony żywioł.

3. Deus Mortem – The Fiery Blood

Obrazek

Deus Mortem poznałem właśnie w okolicach niniejszej EPki. Czy miało to wpływ na moją ocenę materiału? Myślę, że nie, aczkolwiek nie mogłem życzyć sobie lepszego wprowadzenia w twórczość wrocławskiej hordy. The Fiery Blood to niejako wyciąg ze wszystkiego, co sprawia, że muzyka Deus Mortem postrzegana jest przeze mnie za niezwykle wartościową. Nie jest to nowy rozdział w dyskografii grupy (utwory te wręcz powstały w czasie sesji poświęconych wcześniejszemu długograjowi, Kosmocide), stanowi jego uzupełnienie. Nie oznacza to jednak, że należy traktować The Fiery Blood po macoszemu.

Jak już wspomniałem, to jest krążek typu „najlepszy z najlepszych”. Nieczęsto zdarza się, bym za najwybitniejsze osiągnięcie danej grupy uważał tak krótki materiał, jednakże Deus Mortem stanowi tu wyjątek. W zasadzie po słuchaniu tej EPki nawet nie mam wrażenia „Ale ja chcę więcej!”, bo jest to płyta doskonale wyważona. Pozbawiona słabszych momentów, wypełniaczy i półśrodków – czysta jazda bez trzymanki. Pełniaki Deus Mortem uważam za prawdziwych mocarzy, jednakże rozumiem, że przez swą intensywność mogą być ciężkostrawne dla osób postronnych. Atutem The Fiery Blood jest to, że wszystko, co Deus Mortem powinno pokazywać w swej muzyce, jest zawarte w tej EPce, ale jednocześnie z uwagi na niedługi czas trwania nie powinno odczuwać się znużenia ani przesytu. Tytułów poszczególnych utworów Deus Mortem zwykle nie pamiętam (jestem zwolennikiem słuchania płyt w całości), poza wyjątkami. Jednym z nich jest zamykająca The Fiery Blood kompozycja Nod. Pierwszy (ale nie ostatni) numer zespołu z polskim tekstem. Małe arcydzieło, które dosadnie podsumowuje całe wydawnictwo.

Dla mnie jedna z lepszych rzeczy w temacie polskiego black metalu, a w kategorii EPek, chyba najlepsza.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12230
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 10 EPek - wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

No i dwa ostatnie tytuły na podsumowanie zabawy:

2. Emperor – Emperor

Obrazek

Kiedyś napisałem tutaj, że wskazana EPka Emperora (będąca jednocześnie połową splitu z Enslaved) to idealna wizytówka gatunku. Podtrzymuję to zdanie. Te zaledwie cztery utwory to nie tylko wyraźne podwaliny pod kolejne wyczyny Norwegów, to także zwięzła (choć pewnie nieszczegółowa) charakterystyka gatunku. Jednym słowem jest tu wszystko, co kojarzy się ze Skandynawią lat 90., dodatkowo zagrane na bardzo wysokim poziomie i z brzmieniem, które nie powinno odstraszać nowicjuszy. To wciąż tytuł bardziej surowy niż późniejsze wydawnictwa Cysorza, ale już nie piwniczny (a takie było demo Wrath of the Tyrant).

Co zaś się tyczy samych kompozycji, de facto każda z nich uchodzi za klasyk w dyskografii Emperora i to nie bez powodu. Oczywiście można dyskutować, czy to z uwagi na samą obecność na EPce, czy może przez to, że w kolejnych latach część z nich nagrano ponownie i trafiły na legendarny debiut In the Nightside Eclipse, ale bezsprzecznie ściągnęły na siebie uwagę już na etapie EPki. Co my tu mamy? I am the Black Wizards – no w zasadzie obok The Freezing Moon chyba największa kompozycja II fali black metalu. Wrath of the Tyrant – absolutny killer i jeden z moich ulubionych numerów Emperora. Night of the Graveless Souls – bezpośredni obrotowy kop w splot słoneczny a la Dolph Lundgren. Cosmic Keys to My Creations – esencja zespołu. Co ważne, Emperor jest znany m.in. z symfonicznego elementu swoich dzieł. Tutaj aspekt klawiszowy ograniczony jest do minimum. Klawisze się pojawiają, ale generalnie schowane są daleko w tle. Nie żebym uważał późniejsze nagrania Emperora za jakąś niemiecką popelinę ze stodoły przyozdobionej lukrowanym gównem, Emperor zawsze zgrabnie balansował w tym temacie, ale to ograniczenie pod względem klawiszy wyróżnia EPkę na tle następnych dokonań. No i kurdebele, to że ci goście byli wtedy naprawdę młodymi nastolatkami, a nie typami z dużym doświadczeniem, robi serio duże wrażenie.

Potem Emperor zabłysnął na dobre wydając kultowe In the Nightside Eclipse, a następnie wspiął się na metalowy Olimp za sprawą Anthems to the Welkin at Dusk, by potem na IX Equilribium raz jeszcze przedefiniować swój styl i zachęcić odbiorców do mieszania black i death metalu, ale ta EPka zdecydowanie nie znajduje się w cieniu wspomnianych tytułów. Świeci własnym blaskiem.

1. Mercyful Fate - Mercyful Fate

Obrazek

Ta płyta musiała trafić na pierwsze miejsce, wiedziałem to od początku. W pełni zasłużenie. Zbyt wiele razy jej słuchałem, zbyt wiele razy robiłem „ciche karaoke” do tych utworów, żeby teraz było inaczej. Debiutancka EPka Mercyful Fate to coś więcej niż tylko zwiastun tego, co miało wydarzyć się rok później na legendarnym pełniaku. To arcydzieło samo w sobie. Materiał na Nuns Have No Fun (nie jest to oficjalny tytuł wydawnictwa, a nazewnictwo fanowskie, powszechnie przyjęte) powstawał dość długi czas. Standardem u Mercyful Fate było najpierw komponowanie i ogrywanie utworów na żywo, a dopiero potem rejestrowanie ich w studio. Oczywiście pieśni tworzone w ten sposób przechodziły różnego rodzaju ewolucje i jeśli ktoś jest zainteresowany tym, jak ów proces wyglądał, to zachęcam do lektury kompilacji Return of the Vampire, gdzie znajdują się rozmaite nagrania demo z pierwszych lat historii zespołu.

Wracając jednak do wskazanej EPki… Słychać tutaj zespół z bardzo jasnym pomysłem na siebie, choć jednocześnie będący konsekwencją działalności starszych kolegów po fachu. Fundamenty dla muzyki Mercyful Fate są co do zasady dwa i jest nimi Uriah Heep oraz Judas Priest. Niekiedy jest to jasne od razu, niekiedy dopiero po wsłuchaniu się w szczegóły kompozycji, ale dyskusja z tym faktem jest bezsensowna. Natomiast Mercyful Fate nie chciało być grupą rekonstrukcyjną i już na EPce słychać, że Duńczycy wzięli to, co było przed nimi i wynieśli te formuły na kolejny poziom, tworząc coś autorskiego. Nuns Have No Fun – pomimo skąpej tracklisty – jest ewidentną zapowiedzią tego, co działo się później na albumach Melissa i Don’t Break the Oath. Różni się od dwóch pierwszych longplayów (a zwłaszcza DBtO) głównie tym, że jest tu mniej teatralności, a więcej bezpośredniości. To nie są skomplikowane numery, choć na tle ówczesnego heavy metalu na pewno można mówić o wybiciu się ponad średnią. Nie brak tu swego rodzaju luzu, który potem ustąpił bardziej wyrafinowanym formom i jeszcze bardziej agresywnemu uderzeniu (ponownie: jest to pokłosie wzorców Hanka Shermanna i Kinga Diamonda).

Co tu dużo mówić, jest to minialbum idealny, cieszący się porównywalnym statusem do dwóch pierwszych pełnych wydawnictw Mercyfuli. Płytę nagrywano w dość spartańskich warunkach, nie jest więc dopieszczona, nie było tu tysiąca poprawek… I dobrze. Bo Nuns Have No Fun cechuje żywiołowość i brak dbania o konwenanse. Tutaj gra wszystko i gra wspaniale. Nie dało się lepiej przedstawić światu. Choć jest to krótki krążek, traktuję go niemalże jak pełnoprawne danie. Bardzo sycące danie.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: TOP 10 EPek - wyzwanie - Schizoid

Post autor: manichean »

Spodziewany zwycięzca :D. Ale padły tu też równie mocne typy. Fajnie się czytało. EPki nie są przeważnie tak omawiane jak LP, ale właśnie kilka pozycji z tej listy pokazuje, że potrafiły być kluczowymi wydawnictwami w niektórych dyskografiach, na równi z dłuograjami.
Awatar użytkownika
LukaSieka
-#The Man Who Would Be Spammer
-#The Man Who Would Be Spammer
Posty: 18373
Rejestracja: pt lut 22, 2013 12:35 am
Skąd: Konin

Re: TOP 10 EPek - wyzwanie - Schizoid

Post autor: LukaSieka »

Schizoid pisze: sob sty 31, 2026 1:20 pm Natomiast osobiście czuję szczególną więź z ich wczesnymi nagraniami: pełniakiem Obsessed By Cruelty i właśnie In the Sign of Evil.
Zakładam, że tak jak większość zaznajomiony jesteś jedynie z "Obsessed By Cruelty" wydaną w USA przez Metal Blade. Które wyszło później na cd z "In The Sign Of Evil".
Jeśli tak, to polecam zapoznać się, przesłuchać "Obsessed By Cruelty" w wersji europejskiej, wydaną przez Steamhammer. Ten sam materiał, nagrany trzy tygodnie później, a brzmiący 100 razy lepiej.
So what if the master walked on the water. I don't see him trying to stop the slaughter.
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12230
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 10 EPek - wyzwanie - Schizoid

Post autor: Schizoid »

Właśnie jestem świadomy sytuacji z brzmieniem debiutu i ubolewam nad tym stanem faktycznym. Wersję Steamhammer mam zgraną w mp3, ta powszechnie niedostępna wersja jest dużo lepsza. Przydałoby się jakoś temat zmienić, zwłaszcza że teraz już od jakiegoś czasu wychodzą te reedycje różnych płyt Sodom.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
LukaSieka
-#The Man Who Would Be Spammer
-#The Man Who Would Be Spammer
Posty: 18373
Rejestracja: pt lut 22, 2013 12:35 am
Skąd: Konin

Re: TOP 10 EPek - wyzwanie - Schizoid

Post autor: LukaSieka »

Angelripper w którymś z numerów Mystic Art wspominał, że z wydaniem "Obsessed By Cruelty" na cd jest o tyle problem, że Steamhammer rości sobie jakieś tam prawa względem tego materiału. I chcą za niego jakieś kosmiczne pieniądze.
Jedyna reedycja jaka wyszła w 2016 miała dwie płyty winylowe. Jedna z amerykańską, a druga z europejską wersją.
Na cd pozostają tylko wersje pirackie, które chodzą już za sumy podobne do oryginalnych, pierwszych wydań. Czemu w sumie nie ma się co dziwić. Skoro jest to jedyna możliwość posiadania tego materiału na kompakcie.
W dodatku te ruskie wydania nie dość, że są bardzo dobrze wydane. O wiele lepiej niż większość oficjalnych wydań cd drugiej połowy lat 80tych wydawanych przez Steamhammer. To do tego brzmią na prawdę świetnie.

Niby to wydanie na Discogs nie jest określone mianem "unofficial":

https://www.discogs.com/release/2068482 ... By-Cruelty

Ale nie jestem do końca pewny czy Steamhammer wypuściło taką reedycje w tym 2021 roku.
Trochę za bardzo bez echa przeszło to wydanie...
So what if the master walked on the water. I don't see him trying to stop the slaughter.
ODPOWIEDZ