10. Mayem – Wolf’s Lair Abyss
Mogę sobie tylko wyobrazić ciężar oczekiwań, który spoczywał na barkach muzyków Mayhem po wydaniu legendarnego De Mysteriis Dom Sathanas. Płyta, która z miejsca stała się obiektem kultu, jeden z absolutnych drogowskazów dla innych kapel parających się black metalem… Kolejny krok to musiało być cholernie duże wyzwanie dla Norwegów odpowiedzialnych za tak ważny gatunkowo tytuł. W zasadzie logicznym byłoby pójście za ciosem i wydanie czegoś, co stylistycznie korespondowałoby z De Mysteriis Dom Sathanas. Tak w podobnym czasie robił Emperor, Darkthrone, Dissection… No ale nie Mayhem. Oni nawet nie kontynuowali współpracy z wokalistą z debiutu. Zamiast tego wrócili się do sprawdzonego zresztą Maniaca i wspólnie z nim stworzyli Wolf’s Lair Abyss.
Jest to materiał zdecydowanie nietypowy dla ówczesnej sceny blackmetalowej. Mayhem wyszło z piwnicy, cmentarza, lasu, czy gdziekolwiek chłopaki sobie wtedy siedziały, i weszło prosto w wir urojeń, bólu i dźwiękowego brutalizmu. Wolf’s Lair Abyss nieco ciężko opisać, jednakże słowa, po które sięgnąłem w zdaniu poprzedzającym, wydają się stosunkowo trafnie rysować charakter tej EPki. Jest to wydawnictwo niesamowicie wręcz agresywne. Duża w tym zasługa nowego-starego wokalisty, będącego muzykiem zupełnie innym niż Węgier z Tormentora. Tutaj nie uświadczymy podniosłych partii wokalnych z De Mysteriis Dom Sathanas; Maniac celuje bowiem w znacznie inną sferę, znacznie brudniejszą i bardziej agresywną. Nie ukrywam, jak najbardziej można mieć problem ze zrozumieniem, o co mu w tych śpiewanych tekstach chodzi i na pewno nie jest to muzyka dla wszystkich. Jednakże właśnie to postawienie na skrajną wręcz żywiołowość, ten brak ogłady, powodują, że tak cenię sobie ten materiał. Już samo intro zapowiada, że kroi się coś dziwnego: to hasło
"Militant men in peaceful times attack themselves", powtarzane kilka razy, a w końcu wypowiedziane przez samego wokalistę, który brzmi, jakby doznawał jakiegoś strumienia świadomości, sugeruje podróż w nieznane - i to być może taką w jedną stronę. A potem robi się jeszcze bardziej srogo, ale nie zamierzam tego nawet opisywać.
Jest to materiał poniekąd przejściowy między albumem debiutanckim i Grand Declaration of War (które już nieszczególnie mnie interesuje), jednakże jednocześnie będący płytą zupełnie oddzielną i jedyną w swoim rodzaju. Dobrze, że to tylko EPka, bo na dłuższą metę taka konwencja mogłaby stawiać słuchaczowi zbyt duże wyzwanie – a i tak nie jest łatwa w odbiorze.
9. Mgła – Mdłości
Miałem spore obiekcje co do uwzględniania Mdłości w niniejszym zestawieniu. Powód jest prozaiczny: jest to płyta zawierająca jedynie dwa utwory – i to o standardowym czasie trwania. Uważam, że co do zasady takim wydawnictwom bliżej jest do formatu singla, który… No właśnie taką tracklistę przewiduje w swoim założeniu. Po małej rozkminie uznałem jednak, że Mdłości mimo wszystko można uznać za EPkę. Black metal nie lubi singli. To znaczy, one jak najbardziej istnieją w tym gatunku, jednakże rzadko kiedy wychodzą poza rolę materiału pilotażowego względem większego wydawnictwa. W okresie Mdłości, Mgła miała na koncie splita i jeszcze jedną EPkę (Presence), zaś od debiutanckiego longplaya dzieliły ją dwa lata. To skłania mnie do przemyślenia, jakoby Mdłości były wydawnictwem przemyślanym, dokumentującym Mgłę „tu i teraz”, a nie zapchajdziurą lub wyłącznie zwiastunem innej płyty.
Sam materiał uważam zaś za jedne z najlepszych kompozycji w dorobku krakowskiego projektu. Mgła słynie z absolutnego profesjonalizmu. To jest muzyka, w której nie ma miejsca na niedociągnięcia, a ich płyty muszą być „zwarte”. Tyle, że kiedyś tak nie było, a raczej nie było to wtedy słyszalne w takim stopniu jak obecnie. Mdłości są więc nieco luźniejszym materiałem, choć bez dwóch zdań słychać w nich elementy składowe Mgły.
To, za co cenię tę EPkę, to fakt, że jest ona dość brutalna w swej wymowie. Często słyszy się, że Mgła to taki „zespół dla ludzi, którzy nie słuchają black metalu”. Nie podzielam tego zdania, ale wiem, skąd się bierze. Faktycznie, Mgła to zespół celujący w melodie i względnie przyswajalne formy. Uważam jednak, że jego rdzeniem jest szczery black metal, wywodzący się w linii prostej ze Skandynawii i kolejno z Francji (LLN). Na Mdłościach jest to słyszalne prawdopodobnie lepiej niż na którymkolwiek z pełnych albumów. Osobliwa pozycja w ich dyskografii, bardzo krótka (aż za bardzo!), ale jakże przyjemna.