Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Zbiór ankiet i Waszych opinii dotyczących innych zespołów.

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

36. Rush – Grace Under Pressure (1984)

Obrazek

Rush. Rushydło. Rushycisko przecudne. Jaki to jest niesamowity zespół. Taki, że aż człowiek chciałby by zobaczenie go (które ma być w 2026 roku prawdą najprawdziwszą) za oceanem, było za ludzkie pieniądze. No ale, jest jak jest, czyli nieciekawie.

Pomijając ten smutny, choć związany z pięknym powrotem akcent z poprzedniego akapitu – Rush jest jedną z najlepszych rzeczy, które kiedykolwiek wydarzyły się w ROCKu. To jest tak genialny patent na granie, taka trójca, że dajcie spokój. Bije temu pokłony i nie mogę nigdy się przyzwyczaić, jak żrą ich utwory za każdym razem. To wręcz pewne niedoszacowanie, że wrzucam tu tylko jedną ich płytę.

Trio z Kanady dostarczyło od Moving Pictures do Power Windows jedną z najlepszych roszad wydawniczych, jakie kiedykolwiek miały miejsce. Więcej – przecież już nawet od Farewell to Kings jest mega, z przystankiem na jeden z największych geniuszy w dyskografii Rush, czyli Hemispheres (o którym pierwotnie miałem tutaj napisać). W tym chyba leży problem, że jakbym miał pisać o więcej niż jednej płycie Rush, to skończyło by się dość podobnymi zachwytami. Więc postanowiłem to zawęzić do jednej płyty. A że mam freewill :wink: , to wybór padł na Grace Under Pressure – do której wychodzi w najbliższym czasie spory box z koncertówką.

W sumie to na temat Grace mam też ostatnio jakoś więcej przemyśleń w głowie. Niby MP najbardziej mi pasuje w swojej konstrukcji, Hemispheres spełnia progowe sny a Signals ma moje ulubione rushowe hiciory, tak chyba GUP po prostu imponuje tym, jak wszystko idealnie w sobie balansuje, bez potrzeby dosładzania konkretnych elementów ponad miarę. A jednak, niektóre elementy działają tutaj najlepiej z całej dyskografii.

Grace rusza niewątpliwe z kopyta. Distant Early Morning przechodzące do Afterimage, kontynuowane przez fantastyczne Red Sector A, zestaw marzeń. Potem dostajemy absolutnie hiciarskie The Enemy Within, zalatujące The Police, po nim jakże zgrabne The Body Electric a dalej Kid Gloves. Płyta sięga zenitu przy Red Lenses, jaki tam bije power, matuchno. Wersje live Between The Wheels działają na mnie jak afrodyzjak, przy słuchaniu choćby takiego SNAKES AND ARROWS LIVE. Świetny domykacz, podtrzymuje cały power tej płyty do ostatnich sekund.

"Experience to extremes..."

Genialne klawisze Geddyego i w zasadzie jego najpełniejsza forma wokalna, gitara Alexa w jednym z najbardziej kreatywnych wydań w karierze, a Neil, komentarza chyba nie trzeba. Doskonałe płycisko.



35. Watain – Lawless Darkness (2010)

Obrazek

"Nicość nie boli. Ona pochłania" - Sylwia Peretti

Chaos, i piękne rzeczy z nim związane. To mogłaby być nazwa książki napisanej na podstawie doświadczeń z Lawless Darkness. Żadne dzieło literatury pisanej nie byłoby jednak w stanie oddać w pełni żaru, jaki bije z tej płyty.

Jak w ogóle tłumaczyć tę nazwę? Biorąc pod uwagę jak opisywał swego czasu motywy przy tworzeni tego albumu Erik Danielsson, mamy tutaj do czynienia z czymś na kształt „Otchłani Bezprawia”. Z tymże bezprawie przeważnie kojarzy się z przestępstwami (słusznie), nie z jakimś stanem pierwotnym. A w LD chodzi właśnie o stan świata, w którym wyzwolenie pochodzi z faktu nie powstania żadnych praw – porządek pochodzi z otchłani i otchłań rządzi się swoim porządkiem.

Tarno… Uppsalski zespół był koło 2010 roku już po trzech longplayach, zwiedzając przy tej trzeciej (Sworn to the Dark) swoje najdziksze brzmienia. Jak to nakreślił Erik, Sworn było niejako sztalugą, którą kilka razy rzuciło się o ścianę, by dopiero położyć na niej płótno – na którym następnie powstało Lawless Darkness.

Nie mogę wyjść z podziwu jak na początku poprzedniej dekady, lata po szczytowym, wydawałoby się, okresie sceny bm, mogła powstać tak esencjonalna, bogato zdobiona i wgniatająca w siedzenie płyta. Słuchanie kompozycji jak Malfeitor, Wolves Curse… a w zasadzie każdego utworu z tej płyty, podnosi temperaturę krwi o dziesiątki stopni C. Bogactwo instrumentalne dokonane tutaj przez szwedzką grupę jest nieosiągalne dla sporej większości black metalowych wydawnictw. Cóż to jest za „bandycka” jazda.

To też dość długa płyta jak na black metal, jest na to jednak bardzo słuszne uzasadnienie w postaci finałowego Waters of Ain. Widziałem trzy koncerty Watain zamykane tym utworem i przysięgam, że jego obecność przemienia każdy koncert Szwedów w coś… absolutnego. I to nie analizując pod kątem muzycznym.

Wielki akt ROCKa XXI wieku. Lawless Darkness to dla mnie ścisła topka w świecie black metalu, tak powinien ten gatunek po prostu brzmieć. Watain (zespół, który ma już datę „zakończenia” działalności) i ich dyskografia, to ważne przypomnienie, że Mefisto istnieje i tak się składa, że bardzo lubi palić czerwone Malboro jadąc na Harleyu.

… and Hell followed with him
Ostatnio zmieniony śr sty 28, 2026 11:02 am przez manichean, łącznie zmieniany 2 razy.
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4930
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Zajzajer »

Ciekawy wybór tej płyty Rush, u mnie jest ona na 7 pozycji, ale uważam, że jest bardzo dobra, po prostu sześć innych mi się bardziej podoba. No nic czekamy co będzie dalej :)
Still Reigning...
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12230
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Schizoid »

Byłem przekonany, że napisałem tu komentarz odnośnie Mgły, ale chyba się nie wysłał 🧐

EiF to w zasadzie chyba największe wydawnictwo w black metalu zeszłej dekady. W skali mikro jest to po prostu ostateczne ugruntowanie statusu Mgły na scenie. W skali makro - rzadki przypadek płyty z podziemia, która nagle trafia na języki słuchaczy dookoła świata i zaraz potem na dobre rozpoczyna trend na atmoblack.

Rush - no piękny płyt to jest, zdecydowanie mój faworyt, niczego nie ujmując pozostałym albumom z okresu Farewell-PW. Właśnie tak jak piszesz, ta lekkość przemieszczania się przez te meandry muzyki, stosowania ciekawych zabiegów aranżacyjnych, do tego przy brzmieniu w teorii odstającym od prog rocka sprawia, że jest to materiał unikatowy. No i koniec końców te numery to są po prostu przeboje.

Lawless Darkness - u mnie wygrywa Casus Luciferi, ale mowa o absolutnej ekstraklasie gatunku, to bez znaczenia.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

34. Judas Priest – Stained Class (1978)

Obrazek

Pora na łakocie. Judasi stworzyli naczelne brzmienia heavy metalu, wczesne, ze złotej ery, zwieńczające ją, i te na współczesne standardy. W początkowym okresie dźwięk ten dostrajał się wstępnie na SWOD i Sin After Sin, natomiast dla mnie faza właściwa dla tego okresu, kiedy również Motorhead wypuściło swój debiut a po nim Overkill, ruszyła wraz z wydaniem Stained Class.

Zadziwiające historie mam z tą płytą. Już nie raz stawiałem ją w moim top 3 JP, gdzie raz po raz znikało z niego i wracało z powrotem. Od roku jest ponownie czas, kiedy znowu tam gości, także z czystym sumieniem mogę się o niej rozpisać ciut więcej.

Pierwsza płyta drugiego chronologicznie wielkiego zespołu z Birmingham, która ma okładkę i logo autorstwa Rosława Szaybo. To też płyta, w której Judasi opuścili bardziej gotyckie motywy i obrali kurs na świat sci-fi (chociaż jeszcze nie tak dosadnie, patrząc na motywy bohatera rodem z legend, czy „Stained Class króla”) co zresztą było kontynuowane jeszcze długo później aż po piekielny i post-apokaliptyczny Painkiller. Stained Class ma ten urok, że robi wszystko bardziej ozdobnie i koncepcyjnie niż poprzednie albumy Judasów, a nawet te późniejsze wydawnictwa. Można odnieść wrażenie, że wpływy w świecie brytyjskiego rocka progresywnego trochę dotarły do studia nagraniowego… a może to oni inspirowali dalej? W końcu James Guthrie parę miesięcy po nagraniach kończących Stained Class poszedł pracować przy The Wall Floydów :D

Dobra, a co my tu zasadniczo mamy? Szybki, świetny wjazd w postaci Exciter, genialny cover Better By You, Better Than Me lubiący ciągnąć po sądach dekadę później, tytułowe Stained Class, które brzmi coraz lepiej z biegiem lat czy najdonioślejsze jak dla mnie na płycie Beyond the Realms of Death. Wszystko to i inne utwory z płyty zapewniają idealną przejażdżkę w świecie wczesnego heavy metalu. Każdy z nich jest bardzo dobrze dobrany z sąsiadami, co wiążę się z kluczową dla mnie cechą tej płyty – jest niezwykle spójna. Zadziwia mnie, jak bardzo Stained kusi do odpalenia go przy zestawieniu z innymi, od debiutu do Screaming. Dobra, Sin After Sin też jest kusicielem, wszak mamy tam SINNER, Dissident Agressor czy też Starbreaker, ale ta płyta nie daje jeszcze tego dopiętego po brzegi posmaku stali, którego człowiek by się spodziewał. Stained robi to jednak całkowicie bez zarzutów, czego, nomen omen, najbardziej kojarząca się ze stalą płyta Judasów do końca nie potrafi :wink:

Stained Class to płyta wino. Z biegiem lat tylko zyskuje. Nie widzę na horyzoncie sytuacji, by miało mi nagle stracić na smaku.


33. Black Sabbath – Master of Reality (1971)

Obrazek

A skoro już jesteśmy w Birmingham...

Black Sabbath to bez wątpienia praktycznie najważniejsza nazwa w rocku przełomu lat 60 i 70, od którego w sumie wszystko się na dobrą sprawę zaczęło. Debiut był płótnem dla wielu zespołów, ale nie tylko on jeden z katalogu Sabbatów miał silny wpływ na granie metalowe, czy inne okołorockowe w późniejszych czasach. Paranoid, Vol. 4, SBS, nie wspominając później o tym jak wpływowe były dokonania z Dio czy Martinem – a zarazem, jak bardzo były te wpływy silne na fali lat 80. Ja jednak wrócę tu do korzeni mojego poznania BS. Do płyty, która niewątpliwe kojarzy mi się wprost z tym konkretnym zespołem i była możliwe głównym punktem, przez który chciałem zgłębić więcej metalu te ponad 11 lat temu. A mowa o Master of Reality.

Debiut to oczywiście ponadczasowy fundament brzmienia BS i nie tylko samego zespołu. Sam w sobie jest monolitem, który nie potrzebuje być stawiany jako punkt odniesienia do późniejszych płyt, by funkcjonować jako absolutnie autonomiczny, wielki twór. Tak samo jest z MoF, jednak tutaj mamy do czynienia z wyklarowaniem brzmienia zespołu po dwóch pierwszych płytach i zastosowaniem szczególnie działających patentów wokół siły w całym brzmieniu płyty. To po prostu album, poprzez który ich dźwięk z lat 70 stał się, jak wnet się okazało, nieśmiertelny.

Wjazd jaki robi ten album w pierwszych momentach Sweet Leaf to moment tak doniosły, że nie trzeba go nawet tłumaczyć. Children of the Grave i Lord of this World to dwa najważniejsze punkty tej płyty, w brzmieniu, sile i diabli wiedzą w czym jeszcze. W całym tym pokazie mocy i koszernego doomowego uderzania w uszy słuchacza, w czym główna zasługa Tonego i wtórującego mu na basie Geezlera, jest jednak miejsce na bardzo lubiane przeze mnie Solitude – utwór znienacka przechodzący w brzmienia łagodne i dość melancholijne, które zadziwiająco dobrze balansują kompozycję tej płyty. To zresztą tyczy się też Orchid, choć nie ma tam żadnego melancholijnego elementu. Into the Void straja całość w pełni klarowny i optymalny sposób, bez głośnych i przedługich uniesień. Kawał płyty.

Miałem po 2017 czas, kiedy na ładne parę lat Sabbaci zniknęli mi dość z radaru. Powrót do dyskografii BS nastąpił już trochę temu, zresztą niejeden raz, dzięki czemu poukładałem sobie masę rzeczy na temat ich płyt, danych okresów czy wpływu ich na wszystko inne. W całym tym odświeżaniu, chyba najwięcej blasku odzyskało MoF – acz równie dobrze chyba po prostu potwierdziło moją dawną fascynację tym albumem. Bije z niego nadal masa świeżej energii pomimo aż 55 letniego stażu w domenie ROCKa. A to wprost świetnie świadczy o wpływach Sabbatowych.
Awatar użytkownika
Cold
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 7083
Rejestracja: śr wrz 14, 2005 6:27 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Cold »

U mnie także Master of Reality zawsze był najwyżej wśród tych wszystkich wspaniałych płyt BS.
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

32. Talk Talk – Spirit of Eden (1988)

Obrazek

Mark Hollis to jedna z najwybitniejszych postaci w muzyce ostatnich kilku dekad. Gość miał nieprawdopodobne wyczucie w muzyce, dar komponowania dźwięków zarówno rozrywkowych, jak i tych sentymentalnych, skierowanych ku zgłębianiu emocji i przeżywaniu jej, czego niewątpliwą zaletą był również jego charakterystyczny wokal. Zrealizował się centralnie w ramach współtworzonego przez niego Talk Talk oraz na swoim jedynym solowym albumie. Ale cóż to jest za dorobek. Nieskazitelny dźwiękiem, dojrzały i nie do zdarcia.

Talk Talk to ideał od debiutu po ostatni album. 11 lat rzadko spotykanej ewolucji brzmienia, które zarówno przeszło przez lata 80 na swój sposób, jak również było przyczółkiem dla dźwięków bliższych latom 90. To zadziwiające, jak można przejść przez synthpop, art pop, art rock, kończąc jako pionier post rocka. Co każdy album, pełnowymiarowa ewolucja liryczna, instrumentalna i nastrojowa. Dyskografia Talk Talk jest u mnie jednym z najzupełniejszych, bezbłędnie poprowadzonych katalogów muzycznych, jakie kiedykolwiek powstały. A najlepszymi w nim są dwie ostatnie płyty spod tego szyldu, zanim zespół zakończył nagle działalność.

Spirit of Eden było latami moim ulubionym albumem Talk Talk. Ledwo poznałem ten zespół, a wraz z nim sam album, kiedy padła informacja w internecie, że Mark Hollis opuścił ten świat. W jakiś sposób mnie to dotknęło, będąc w sumie punktem, po którym obrałem kierunek na jeszcze dogłębniejsze zżycie się z dyskografią TT. I to właśnie Spirit stało się w trakcie tego płytą, która imponowała mi spośród reszty najbardziej.

Jakiż ten album jest piękny. Niewiele znam płyt, gdzie stonowane brzmienie trzyma tak delikatnie zmysły człowieka, nie próbując pobrzmiewać wyłącznie po cichu, tylko dawkować swój dźwięk dokładnie w takiej ilości, jaka jest bezwzględnie potrzebna do zachowania urokliwego minimum. To po prostu muzyczna przystań, która koi dźwiękiem troski i pozwala na dłuższą chwilę wytchnienia. To trudna sztuka, ale Spirit opanowało ją w sobie bezbłędnie.

Nadal uważam ją za jedną z moich ulubionych płyt, chociaż ku mojemu zaskoczeniu nie stawiam jej aż tak bardzo na piedestale jak wcześniej, nie jest też już moim #1 w dyskografii Talk Talk. Po części jest to związane z inną płytą zespołu w tej topce, przy której będę miał trochę więcej do powiedzenia :) .



31. Black Country, New Road – Ants From Up There (2022)

Obrazek

Oryginalnie nie miało być tej płyty w tym zestawieniu. Poprzez podmianę wylądowała znacznie wyżej, niż byłbym skłonny ją faktycznie umieścić, więc jej pozycję należy traktować z przymrużeniem oka. Płytę wymienioną ewentualnie umieszczę i wyjaśnię w honorable mentions.

W dniu premiery, przesłuchałem drugie LP brytyjskiego pioniera windmill scene i, podobnie wówczas jak Sard, nie byliśmy – porównując do debiutu – specjalnie przejęci tym albumem. Widziałem jednak w następnych latach, że jej ocena wystrzeliła w internecie w kosmos, a od dwóch innych znajomych dostawałem na jej temat wyłącznie psalmy pochwalne. Więc ponowne spotkanie wisiało tak czy siak w powietrzu.

Przy premierze ostatniego, trzeciego studyjniaka BCNR, zebrało mi się po latach na odświeżenie ich dyskografii wraz z Ants From Up There. Puściłem ją raz, dwa, czując coraz bardziej, że jej chyba jej nie doceniłem przy premierze. Ostatecznie w trakcie podróży na finałowe Swans do Berlina, dotarło do mnie, że zaiste mam do czynienia z jedną z płyt mojego pokolenia. Bo Ants From Up There to album stworzony przez ludzi w podobnym do mnie wieku, a czas między 25 a 30 rokiem życia to okres, kiedy wydaje się w muzyce przeważnie swoje wizytówki, które definiują epokę.

AFUT powstało będąc po części reakcją i konkluzją pandemii z początku tej dekady. To takie współczesne Lamb od Genesis, gdzie wokalista i lider dokręcił wraz z resztą członków zespołu temat ile wlezie i odszedł z niego (chociaż w jego przypadku powody były natury smutnej). I porównanie tutaj do Genesis nie jest przypadkowe*, bo grupa odejście lidera przetrwała zadziwiająco dobrze - czego dowodem może być Live at the Bush Hall i kolejne LP. BCNR to zespół prowadzony przez kolejne młode pokoleniem Anglików, próbujących stworzyć swoje własne, doniosłe wydanie rocka (jako poprzednie pokolenie w tym temacie można zaliczyć np. Radiohead… które też tutaj pobrzmiewa miejscami). Nie jest to oczywiście płyta prog rockowa, bo tzw. windmill scene to wariacja na temat indie i art rocka. A jednak, zawiera się w tym wszystkim laurka dla ostatnich 50 paru lat w brytyjskiej muzyce. I nie tylko. To również puszczenie oka do wschodniego wybrzeża USA z lat 90-tych.

Jest to piękna płyta, pełna zarówno żalu w miłości, wzruszenia, przeżywania rozdroży w młodości, godzenia się z jej odejściem, jak i szarżowania w jej trakcie przez życie. Radzenia sobie zarówno ze zwykłym i tym nadzwyczajnym; nierozwiązywalnym i beznadziejnym. Mając takie kreacje jak Concorde czy The Place Where He Inserted the Blade, nie można być płytą przypadkową. A ostatnie minuty Basketball Shoes będą za wiele lat uchodzić za jedną z definicji brzmienia tej dekady.

Nie wiem gdzie ją dać w mojej topce, nie jestem z nią aż tak obyty. Będzie dla mnie najpewniej w przyszłości czymś silnie sprzężonym z obecnymi czasami. Nie polecę jej każdemu, wiele osób pewnie odbierze znajdujące się tutaj linie wokalne jako pretensjonalne, a instrumenty miejscami jako zbyt fikuśne. Dla mnie wszystko jest tu na miejscu, pasując do siebie nawzajem jak ulał.
Spoiler
*Na ostatniej płycie BCNR, Forever Howlong, brzmienia z Tresspass i Nursery Cryme są akurat nade wyraźne
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

30. Judas Priest – Defenders of the Faith (1984)

Obrazek

Dość szybki powrót do Judasów - nie ostatni tutaj ;)

Po wydaniu i promocji SfV, nasz ukochany GLAM METALOWY zespół był w gotowości bojowej, o jakiej najpewniej im się jeszcze kilka lat wcześniej nie śniło.

DOTF to na swój sposób zarówno żywa symfonia lat 80 (bo kopie nadal niezmiennie dobrze) jak i historyczny monument tego, jak heavy metal lat 80 potrafił roznieść po kątach innych wykonawców tamtej epoki. Domyślnie to absolutnie radiowy, napisany pod bycie płytą-hitem blockbuster, ale należy go również zaliczyć jako album próbujący bardziej kombinować w swej konsrukcji.

W momencie jak piszę tą recenzję, jestem nieźle wytyrany po nartach, więc na rozpisywanie mi się nie zanosi dzisiaj :oops: :mryellow: W zasadzie to nie mam nawet większych przemyśleń o DOTF po latach. Ta płyta po prostu kopie i buja jak nieliczne. Kiedyś preferowałem bardziej SfV, nawet miałem je uwzględnić zamiast Stained Class, wszakże SfV to też super album, ale DOTF bierze mnie jednak mocniej takim Sentinelem, Night Comes Down, czy finałem w postaci Heavy Duty/DOTF. Cudowna jazda.



29. Peter Gabriel – Peter Gabriel 4 (Security) (1982)

Obrazek

No to robi się gęsto :D

Peter Gabriel to nie tylko mój ulubiony muzyk, ale także jeden z większych pionierów w rocku oraz wyjątkowo zdolny innowator w mieszaniu wpływów i robieniu koncertów, na których kontakt fan-artysta był niejednokrotnie kluczowy. To oczywiście tyczy się bardziej jego solowej kariery, chociaż początki w Genesis były pod tym względem całkie tożsame. Wraz z trzecią płytą miał w końcu skompletowany zespół marzeń, a także nietuzinkowy zestaw rozwiązań studyjnych pod dalsze rozkręcanie swojego warsztatu solowego. Modulowanie dźwięków Fairlightem, genialne sekcje perkusyjne Collinsa i motywy muzyki afrykańskiej. Taki podkład był gotowy do dalszej eksploracji, a Gabriel nie zamierzał próżnować - na tyle, że prawie zbankrutował przez organizację pierwszego WOMADu ;)

Security to klasyczny przykład kontynuacji udanych patentów z pierwszego dzieła takiego typu, które zostają na następnym albumie podtrzymane niemalże tak samo idealnie, oferując zarazem kolejne pamiętliwe utwory.

Otwarcie „Czwórki” w postaci Rhythm of the Heat, to jeden z bardziej charakterystycznych otwieraczy jakie znam. Rosnące napięcie budowane przez pulsującą perkusję, która kończąc ostrymi uderzeniami przenosi bezbłędnie do następnego utworu, San Jacinto. To jeden z lepszych kawałków PG, może się poszczycić rewolucyjnym brzmieniem syntezatorów oraz gęstym klimatem, który na koncertach jest jednym z bardziej magicznych punktów gabrielowego show. Dalej przechodzimy do I Have the Touch, które niedawno nawet załapało się na wielki ekran za sprawą Wielkiego Martyego. Płyta w dalszym repertuarze oferuje choćby Shock the Monkey - jeden z bardziej „radiowych” kawałków PG - Wallflower i fajnie kontrastujące z otwieraczem Kiss of Life. Piękny zestaw.

Security to na pewno jedna z najczęściej słuchanych przeze mnie płyt. Zapewnia topowe doświadczenie rytmiczne, zwiedzając szereg nurtów muzyki ludowej z całego świata połączonych ze wschodzącymi wpływami elektronicznymi. A wszystko to nadal okraszone jest rockowym sznytem wczesnych lat 80. Takie płyty zapisują się w historii :)
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

28. My Bloody Valentine – Loveless (1991)

Obrazek

To kolejna album, który nie był u mnie pierwszą miłością. Ale z każdym kolejny dodanym utworem do playlisty, z każdym kolejnym odsłuchem całości, z totalnego średnika Loveless poszybowało mi wysoko w moim rankingu. A to wszystko w nieco ponad dwa lata, samoczynnie - nie z własnej woli. Kiedy pierwszy raz się z nią zetknąłem, a było to w trakcie zwiedzania dyskografii Slowdive, Loveless odebrałem jako dziwny, świergoczący shoegaze, który jednak za mocno walił przestrami i nie oferował żadnego punktu zaczepienia. Po prostu, odbijałem się od tej płyty jak od tafli wody i nijak nie zapowiadało się na zmianę w tej kwestii. Tak jednak się to wszystko potoczyło, że w przeciągu następnych parunastu miesięcy wrzuciłem na swoje playlisty prawie każdy kawałek z tej płyty, katując je w osobnych odstępach czasu, aż do momentu, kiedy spojrzałem na okładkę w kolorze fuksji i uświadczyłem myśli – „Cholibka, uwielbiam tę płytę”.

Pisać mi o Loveless jest dość problematycznie, jako że płyta ta dociera do synapsów na swój sposób, powodując, że przeniesienie tego na słowa rodzi dość zasadniczy problem. Rozbijanie tutaj tracklisty na części jest średnio praktyczne, biorąc pod uwagę, że każdy z nich mógłby funkcjonować w zasadzie autonomicznie od płyty. A mimo to, jest to jedna z bardziej zwartych, jednolitych i zmyślnie nagranych płyt, jakie kiedykolwiek zostały wydane.

Ciężko przedstawić te utwory. only shallow (pisownia w dyskografii mbv jest specjalnie z małych) robi perfekcyjne intro. when you sleep to monotonny hicior, sometimes to mój faworyt z płyty. Soon, jako zamykacz, zasługuje jednak na szersze wspomnienie. Ten jeden kawałek daje nagle blisko końca prędki, rozkręcony nastrój, który robi śmieszną rzecz, mianowicie brzmi jakby zupełnie nie miał kończyć tej płyty. Nie że ma po nim być zaraz coś następnego. To po prostu jasna sugestia, że trzeba zaraz przewinąć ponownie do samego początku.

W tym chyba jest największy czar tej płyty. Jest ona niezwykle podatna na ponowne powroty do odtwarzacza :). Daje wrażenie, jakby odstęp pomiędzy only shallow a soon był kwestią minuty.

Loveless albo całkowicie odrzuci, albo pochłonie bez reszty. A nie jest to - na moim choćby przykładzie - rozdział bezwzględny. Bardziej początek i koniec etapu poznawczego. Najpierw odrzuca, a potem staje się jednym z hymnów życia. To właśnie magia tego co robił w tamtych czasach shoegaze i dream pop. Magia, która wylewa się tutaj szczególnie w takim blown a wish, pełnym „czarodziejskiego” nastroju.

Irlandczycy wydali płytę bez dwóch zdań niezniszczalną w spektrum upływu czasu. Ciekawostka? Planowałem obskoczyć szkocki koncert mbv na dzień przed finałem Swans w Berlinie. Wykonalne, ale nie czułem jednak bym chciał wydać na te wojaże ponad dwa kafle. Chcę wierzyć, że trafi się okazja by ich jakoś złapać, poza czymś tak drogim Primavierą. A że lubię ścianę dźwięku od czasu poznania Swans (fun fact, ci potrafią być GŁOŚNIEJSI https://www.instagram.com/reel/DLGVx_TyPSJ/) to tym bardziej mnie na nich korci ;)



27. Dissection – The Somberlain (1993)

Obrazek

„To jest dla mnie czarna magia, tak jak i czarny lakier do paznokci” – Dorota „Doda” Rabczewska

Szwedzi dokonali w muzyce niesamowitych rzeczy przez ostatnie 40 lat (o tym jeszcze będzie dalej!). I nie mam tu na myśli wyłącznie metalu. Dali światu dość zaskakująco obszerny zasób muzyków popwych, rockowych i wielu innych w ostatnich kilku dekadach. Ale oczywiście w kontekście omawianej tu płyty, metal był tam szczególnie płodny - w szczególności ten z końca lat 80 i całości 90.

Jon Nodveidt był wizjonerem i stworzył death/blackowe arcydzieła. Debiut, kontynuatorka sukcesu, czy też najczystszy w świecie ROCK AND ROLL w postaci Reinkaos z 2006 roku. Zamknąć w trzech płytach taki przekaz i to w tak bezbłędnej jakości? Niesamowite. W zasadzie, czego Dissection nie stworzyło, jest esencją ROCKa. W najpełniejszym jego wydaniu.

No dobrze, to którą z nich umieścił bym w swej topce? Na dzień dzisiejszy zaznaczam krzyżyk przy debiucie. Woźnica to absolutny bat na plery, uszy i resztę organizmu. Istna uczta wykonawcza. To właśnie słuchanie tej płyty podczas mojej pierwszej wizyty w Szwecji, było dla mnie niezmiernie wymowne i zapadło mi w pamięć. To, jak Dissection działa na szwedzkim zadupiu, to absolutna poezja. Słuchając Somberlain czułem, że ta muzyka jest po prostu stamtąd. Nie z Skandynawii jako z większego regionu, tylko z samej Szwecji. Tego typu zespolenie z miejscem pochodzenia jest w blackmetalu całkiem ważnym elementem. Taka Furia czy Mgła, puszczone przy fjordach lub w Górach Skalistych, nijak nie zadziałają tak jak u nas nad Wisłą.

Użyty tutaj wachlarz brzmienia opartego na ostrym zionięciu gitarą, perką i wokalem Jona, przeplatany co pewien czas akustycznymi instrumentami, jest warty każdego grzechu przy słuchaniu. Somberlain to mój sentymentalny faworyt, ale jeżeli miałbym wskazać najlepszą płytę Dissection (a zarazem blackmetalową) pod względem samej jakości, to jest nią jednak Storm of the Light’s Bane. Bo zrobiła zasadniczo to samo co debiut, tylko jeszcze lepiej.

Ufajcie niebiesko-fioletowym okładkom ;)
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

26. Siekiera – Nowa Aleksandria (1986)

Obrazek

Nie tak dawno w końcu sobie szerzej obczaiłem dyskografię Killing Joke. Choćby Night Time, które znałem wcześniej, to naprawdę mocna płyta. Wcześniejsze (a także późniejsze) wydawnictwa grupy również są całkiem spoko, szczególnie, że Jaz Coleman sięgał po syntezator od samego początku. Ale do rzeczy. Na ich debiucie (i pierwszym self-titled) znajduje się The Wait. Utwór tak dobry, że spowodował powstanie całej osobnej płyty… tylko, że nie jest ona autorstwa Killing Joke, a polskiej punkowej kapeli. W tym konkretnym wypadku, podczepienie się pod jeden bardzo dobry kawałek, zaowocowało w powstanie czegoś o wiele lepszego, w postaci legendarnego albumu – zresztą, jednego z najbardziej przeze mnie lubianych.

Nowa Aleksandria to płyta epoki, tej bardziej lokalnej niż globalnej. To wchłonięcie okołopunkowego chłodu z UK, który został następnie wkomponowany w rzeczywistość blokowisk Polski Ludowej, wśród kominów zakładów przemysłowych, niedogrzanych Konstali wyjeżdżających z zajezdni o szóstej rano, kolejek z kartkami do Supersama…. Dobra, wiem, nie żyłem w tamtych czasach, ale psiakrew, jak ta muza wali tym końcowym okresem PRL, przy znajomości kontekstu, zdjęć i wspomnień z tamtych czasów. Tym najbardziej niepewnym, szarym, pozbawionym perspektyw, który podsyca wyczuwalny na płycie chłodny, niczym niezaspokojony gniew.

Polskę punk nawiedził nieco później niż gdzie indziej na świecie, ale przyjął się nad Wisłą bardzo dobrze w latach 80. Oprócz jednak „kontrolowanych” przez bezpiekę treści uznanych za "wywrotowe", scena tworzyła całkiem eksperymentalne nurty pod względem aranżacji i doboru instrumentów, jak te zapoczątkowane przez Brylewskiego, Kult z Kazikiem, no i właśnie – Siekierę w 1986.

Nowa Aleksandria to arcydzieło zimnej fali. I w tym kontekście akurat nie jest to wyłącznie w skali rodzimej. To album praktycznie równy w dokonaniach klimatem wydawnictwom Cure. Jego motyw przewodni to nie zamaszyste, jak w większości punku, szarpane granie, tylko bardzo zorganizowane wybijanie rytmu perkusją, które jest raz po raz dosycane rozległym, hipnotyzującym brzmieniem syntezatora, do których idealnie podpina się gitara z basem. To w ogóle niezwykłe, jak wpływ odważniejszej - jak na tamte czasy - elektroniki, przerabia album oparty na punku w coś tak ultymatywnego stylem. I ten bijący elektro-metalurgiczny rytm towarzyszy płycie w każdym momencie, ciągle, bez końca.

Już po pierwszych chwilach znajomego bicia w perkę przez Musińskiego, pada legendarne „Idziemy przez las”. Momentalnie przenosimy się do tej chłodnej szarugi sprzed kilku dekad. Po kolejnych utworach mamy coś, co uważam za jeden z najbardziej bezbłędnie wykonanych momentów w muzyce – w ogóle. Jest nim instrumentalne Na Zewnątrz, z absolutnie przewybitnym duo perkusji z syntezatorem, przechodzące gładko w tytułową Nową Aleksandrię – po potężnie esencjonalnym instrumentalu trafiamy do jej głównego hitu i punktu kulminacyjnego. No ekstraklasa muzyki, co tu dużo mówić. Następnie jest nieco bardziej chropowaty w brzmieniu moment w postaci To Słowa i Już Blisko, który przechodzi z powrotem do chłodnych atmosferycznych brzmień w postaci finałowych Tak blisko, tak mocno i Czerwonego Pejzażu. Te ostatnie chwile dopinają całość albumowej esencji, w sposób iście bezbłędny. Genialna przejażdżka.

Lubię bardzo fakt, że w streamingu jest dostępne rozszerzone wydanie z 2012 roku. Te pozostałe utwory Siekiery z podobnego okresu co NA i singiel do Misiów Puszystów, idealnie dobierają się z głównym materiałem albumowym.



25. Coil – The Ape of Naples (2005)

Obrazek

Poznanie i przyswojenie przeze mnie twórczości Johna Balance’a i Petera Christophersona było dość „zjawiskowym” przeżyciem. To nie jest z pewnością muzyka do porannej herbatki, czytania książki czy jechania na rolkach. Ich dyskografia to wypalanie sakrum na profanum i na odwrót, a to głównie za sprawą jednego z bardziej siarczystych wachlarzy brzmieniowych jakie znam. Z pewnością najbardziej zadziwiające twory spod szyldu Coil pochodzą z lat 80, ale tak naprawdę całość tej dyskografii można uznać za jedną z tych najoryginalniejszych, jakie kiedykolwiek powstały. A również za jedną z bardziej poszatkowanych i niepełnych, bowiem ilość materiału archiwalnego, jaka nadal wychodzi po latach, jest intrygująco duża. Ich nagła rewolucja przez industrial, techno, ambient, drone po post-industrial i wiele innych, pokazuje, jak niesamowicie eksperymentalne było podejście pary Anglików co do ich formy przekazu.

Po zaiste szalonych latach 90 w historii duetu, Coil w końcu dojrzało do zagrania po raz pierwszy serii koncertów na żywo, prezentując wnet jedne z bardziej oryginalnych pomysłów na wizualia sceniczne w historii muzyki. To właśnie okres od Music to Play in The Dark 1 aż do ostatecznego The Ape of Naples, należy uznać za szczytowy w dorobku zespołu. Niestety, został on przerwany w tragicznych okolicznościach. W listopadzie 2004, kilka miesięcy po udostępnieniu przez Coil świetnego Black Antlers, John Balance ginie tragicznie. Samo The Ape of Naples było w dniu tego zdarzenia czysto na papierze – istniały jedynie niewydane materiały sprzed kilku lat oraz rzeczy zaaranżowane na ostatnich trasach i w studiu. Płytę z pomocą zaprzyjaźnionych muzyków kończy Christopherson, wkładając w to wiele wysiłku, aby ostatni akt przy którym brał udział jego partner był jak najbardziej tożsamy z tym, co miała ta płyta osiągnąć.

The blacker the sun
The darker the dawn


The Ape of Naples miało najpewniej być świetnym kontynuatorem swojej poprzedniczki - ostało się za to jako genialny, ujmujący finał samego zespołu i uroczyste pożegnanie Balance'a. Jest czymś, co w pierwszych latach XXI wieku wychodzi kompletnie poza muzyczne szeregi, czaruje swoją niepodrabialną kliszą i nastrojem. To dźwięki twardo ścierające się z nową epokę (podobnie w tamtym okresie było choćby u japońskiego innowatora, Susumu Hirasawy), z jednej strony korzystające z pełni rozwiązań technologicznych przy modulowaniu dźwięku, z drugiej stające wobec niej na opak, dodając dźwięki akordeonu czy saksofonu.

Większość utworów z płyty wraca do mnie jak boomerang, często w losowych sytuacjach, bez żadnej potrzeby osiągnięcia konkretnej nastrojowości. Jest w tym katalogu coś niesamowicie elektryzującego, powodując, że wraz z poznaniem The Ape of Naples, powstaje na stałe punkt zaczepienia, który trzyma już przy niej na dobre. Fire of the Mind, The Last Amethyst Deceiver, Tattooed Man, Triple Sun, Cold Cell to jedne z najlepszych kreacji Coil. Inny wymiar natomiast stanowi Going Up, absolutnie piękna klamra dla nastroju całego albumu. To arcydzieło swojego rodzaju, nie ma konkurencji. Szczególnie ważnym do dopełnienia jej odbioru jest live album „...And the Ambulance Died in His Arms”, pochodzący z trasy w 2003 roku i prezentujący rozszerzone lub wstępne wersje części utworów z TAoN. Dopina się on z płytą finałową w nieopisywalny wprost sposób.

Peter Christopherson sam opuścił ten świat 5 lat po Johnie, przez co Coil jest już od wielu lat historią. Ale jaką. Pozostawili po sobie wielkie dźwięki, dla których The Ape of Naples jest bardzo godziwym ukoronowaniem.
Awatar użytkownika
Cold
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 7083
Rejestracja: śr wrz 14, 2005 6:27 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Cold »

Czy tu się głowy ścina?
Czy zjedli tu murzyna?
Czy leży tu Madonna?
Czy jest tu jazda konna?
Czy w nocy dobrze śpicie?
Czy śmierci się boicie?


Adamski mistrz!
Coil - piękna płyta. Dawno temu byłem na Coil w Łodzi - industrialne, mroczne misterium.
Mocna ta Twoja topka, manichean, trafia w smak :pijak:
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

Cold pisze: ndz lut 01, 2026 10:17 pm Adamski mistrz!
Coil - piękna płyta. Dawno temu byłem na Coil w Łodzi - industrialne, mroczne misterium.
Mocna ta Twoja topka, manichean, trafia w smak :pijak:
Dzięki! :D
Zobaczenia Coil na żywo mogę tylko i wyłącznie pozazdrościć. Dałby człowiek teraz wiele by na tym choć raz być. Nomen omen, archiwalnego nagrania z Łodzi słuchałem raz, całkiem niezłe. Sporo mieszali w setlistach wtedy, muszę te pozostałe z 2002 kiedyś nadrobić.
Awatar użytkownika
Cold
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 7083
Rejestracja: śr wrz 14, 2005 6:27 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Cold »

Oj, mieszali. Ale tak pięknych, przejmujących melodii jak na The Ape of Naples wtedy nie zapodawali.
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

24. The Cure – Pornography (1982)

Obrazek

W przypadku The Cure, zepsułem sobie niegdyś pełnowymiarowe poznanie ich przy pierwszej nadarzającej się ku temu okazji. Zasłyszałem o nich w 2017 od pewnej osoby z mojej przeszłości, odpaliłem Friday I’m in Love, i w zasadzie momentalnie podziękowałem możliwości dalszej analizy dokonań Roberta Kowala i reszty. Wrong choice, wrong time. Był to spory błąd, patrząc z obecnego punktu widzenia, który przyszło mi naprawić dopiero 5 lat później. Dzięki temu ta płyta może się tutaj znaleźć :D

Zespół z West Sussex, w momencie po wydaniu genialnego Faith, był na etapie, kiedy miał w zasięgu dosłowne sięgnięcie gwiazd. Jak nie trudno się domyślić, skorzystali z tego, i to z naddatkiem. Nagrane i wydane w 1982 Pornography można bez dwóch zdań nazwać albumem legendarnym,. Zawiera w sobie najlepsze post punkowe rzemiosło, będąc jednym z najważniejszych punktów odniesienia w muzyce gotyckiej, zimnej fali i wszelkich nurtach mu podobnych. Do tego zestaw ponadczasowych tekstów Roberta, malujących gorycz w wyjątkowo silnych barwach.

Tracklista na Pornography to zresztą bardzo jasny sygnał, z jak szczególnie solidnym majstersztykiem mamy do czynienia. Płytę otwiera fenomenalne, budujące dość niepokojący nastrój na resztę płyty One Hundred Years; po nim A Short Term Effect, przywodzące lekko na myśl Speed of Life Bowiego. The Hanging Garden, Siamese Twins, The Figurehead, A Strange Day – wielkie, doprawdy WIELKIE rzeczy w swej lidze. Niesamowicie sowity na tle reszty dyskografii kontent, w trakcie słuchania którego nie ma spadków jakości lub czegoś jakkolwiek odstającego od reszty. Grubo szyte konkrety. No ale jest oczywiście jeden, ultymatywny, podwójny zestaw, który wynosi tą płytę do najwyższych annałów muzyki. A mowa oczywiście o utworze, który przywdział w swym nicku znany użytkownik forum ;) przechodzącym w tytułowe i zwieńczające album Pornography. Kiedy pierwszy raz kończyłem Pornography, słysząc, jak absolutnie monumentalnie się ten album domyka, to potrzebowałem sobie usiąść. Totalnie zaniemówiłem od tego siermiężnego, odizolowanego, ale jakże wybitnego i zapierającego dech w piersiach klimatu, jaki bije z Cold i Pornography. Wracam do tej płyty chyba centralnie po to, by usłyszeć ten geniusz po raz kolejny, raz za razem. Coś niesamowitego. Zdecydowanie można to uznać za najlepsze chwile The Cure w całej ich dyskografii.

Your name like Ice, into my heart

Niebywały materiał, aż trzeba rozgrzać po nim dłonie :)



23. Genesis – Wind & Wuthering (1976)

Obrazek

Pora w końcu na stare, czcigodne Genesis.

Po odejściu Petera Gabriela, zespół poradził sobie nadzwyczaj dobrze, wbrew wróżeniu im z fusów porażki przez prasę na przełomie 1974/1975. Ba, wydane wtedy A Trick of the Tail wielu fanów stawia po dziś dzień za najlepszy album zespołu. Pomijając, że za swój ulubiony stawiam pierwszy okres Genesis, to jednak nie ATotT króluje w okresie „post-Gabrielowym” z Hackettem nadal w zespole. To właśnie płyta z drzewem na okładce robi w drugiej erze zespołu najlepszą robotę.

Drugi chronologicznie album zespołu, który powstawał w atmosferze napięcia, bardziej chyba przy komponowaniu niż nagrywaniu (nie, tym razem na szczęście nie nagrywali w osobnych pomieszczeniach, w zupełnie innych studiach jak przy Lamb :lol: ). Hackett optował za patentami pochodzącymi z jego, dopiero co rozpoczętej, solowej twórczości – miało być dłużej i bardziej ekstrawagancko. Reszta członków Genesis postawiła jednak na stworzenie bardziej przystępnej płyty, idąc z jednej strony za ciosem, poprzez skorzystanie z szablonu poprzedniczki, z drugiej, wprowadzając większą melodyczność gitar i większą "piosenkowość", które to jeszcze wyraźniej wybrzmiały dopiero na następnym albumie, ATTW3.

To jednak nadal progowy talerz obfitości i jeden z najlepiej działających albumów Genesis w ogóle. Oparte swym tytułem czy doborem tekstów o Wichrowe Wzgórza (to nie jedyny album z tamtych czasów, który zainteresował się tym dziełem ;) ) jest materiałem zgrabnym, ciekawym i stworzonym pod sukces. Rósł mi z przyczajki przez lata, stanowiąc obecnie ścisłe top 3 w dyskografii zespołu.

Nie rozpisując się, Wind zawiera w sumie naprawdę pierwszorzędny zestaw utworów. Najbardziej lubię Eleventh Earl of Mar, One for the Vine, Your Own Special Way i domykający duet In That Quiet Earth z Afterglow. Pozostałe też robią ma dobrą sprawę super robotę. Kompozycyjne jest tu naprawdę świetnie. To ostatni tego typu album Genesis z konstrukcją, w którym otwieracz bezwzględnie kontrastuje z ostatnim utworem. Urocza płyta, jedna z tych w dyskografii Genesis, do których wraca się najłatwiej.
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4930
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Zajzajer »

Dawno temu był to mój nr 1 Genesis, teraz jest kilka oczek niżej, z tego co wiem jest to ulubiony album Gensis samego Banksa, przynajmniej tak kiedyś mówił w wywiadzie.

Solidna top 50, niektóre zespoły znam tylko z nazwy, może kiedyś się wezmę za przesłuchanie.
Still Reigning...
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12230
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Schizoid »

Wind to w moim przypadku dość ciekawy casus płyty, która w wymowie jest raczej kameralna, a którą uznaję za top zespołu. Zasadniczo preferuję bardziej "rozbuchane" wydawnictwa, natomiast W&W takie nie jest, a pomimo tego określam je jako, jeśli nie ulubiony, to jeden z ulubionych krążków Genesis. Koncertowo wczesna era Collinsa na pewno jest moją preferowaną.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

Zajzajer pisze: pn lut 02, 2026 6:00 pm Dawno temu był to mój nr 1 Genesis, teraz jest kilka oczek niżej, z tego co wiem jest to ulubiony album Gensis samego Banksa, przynajmniej tak kiedyś mówił w wywiadzie.

Solidna top 50, niektóre zespoły znam tylko z nazwy, może kiedyś się wezmę za przesłuchanie.
Ależ to bardzo proste, po prostu Mike i Collins dali jego pomysłom primo na W&W (ma tam chyba aż 6 creditsów kompozytorskich na 9 utworów z płyty, kosztem Hacketta ofc :lol: ) Dlatego pewnie ją tak z rumieńcami wspomina. I dobrze, krążek pierwsza klasa :)
Schizoid pisze: pn lut 02, 2026 6:31 pm Wind to w moim przypadku dość ciekawy casus płyty, która w wymowie jest raczej kameralna, a którą uznaję za top zespołu. Zasadniczo preferuję bardziej "rozbuchane" wydawnictwa, natomiast W&W takie nie jest, a pomimo tego określam je jako, jeśli nie ulubiony, to jeden z ulubionych krążków Genesis. Koncertowo wczesna era Collinsa na pewno jest moją preferowaną.
A na moje W&W właśnie dziwnym trafem mami na pierwszy rzut oka, że jest czymś kameralnym i spokojniejszym, ale wbrew pozorom miejscami jest to całkiem, jak napisałeś, "rozbuchany" album. Eleventh, ostatnie dwa, tam się dzieje dużo instrumentalnie - Collins wokalnie też odpiął wrotki nieraz. Ta płyta wbrew pozorom lubi przykąsić czymś mocniejszym. Dla mnie jej największy czar to właśnie to, jak dobrze dobrane są jej spokojniejsze i szybsze kompozycje, i to, że jest po prostu niesamowicie "enjoyable" do słuchania.
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12230
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Schizoid »

Tak, no ogólnie są takie wyskoki, jak wspomniałeś, ale całościowo to dość stonowany album. Nie, żeby Trick było jego zupełnym przeciwieństwem, ale jest w W&W dość duża dawka nostalgicznego/melancholijnego vibe'u.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Cold
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 7083
Rejestracja: śr wrz 14, 2005 6:27 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Cold »

manichean pisze: pn lut 02, 2026 5:41 pm Kiedy pierwszy raz kończyłem Pornography, słysząc, jak absolutnie monumentalnie się ten album domyka, to potrzebowałem sobie usiąść. Totalnie zaniemówiłem od tego siermiężnego, odizolowanego, ale jakże wybitnego i zapierającego dech w piersiach klimatu, jaki bije z Cold i Pornography.
Listopad 2002, Berlin, Tempodrom. The Cure Trilogy - Pornography, Disintegration i Bloodflowers w całości live. No i pod rząd zagrane A Strange Day, Cold, Pornography - emocjonalne „szczytowanie” nr 3 w moim życiu :mryellow: (a wtedy to nr 1).
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

22. Have a Nice Life – Deathconsciousness (2008)

Obrazek

Hmmm. Mamy tutaj do czynienia z, nie ukrywam, całkiem „odważną” pozycją. Album znany mi od lat. Przyjąłem go już na początku całkiem dobrze, ale bez żadnych zachwytów. Zasadniczo to dopiero moje całkiem niedawne wałkowanie go z dnia na dzień nastawiło mnie, by go zawrzeć w mojej topce. I to, nie ukrywajmy, nade wysoko. A są ku temu powody, jakże że Deathconciousness to jedna z bardziej bezpośrednich w swej formie płyt, jakie istnieją.

Są takie albumy, których cel powstania i otoczka, jaką sobą tworzą, nie należą zdecydowanie do sfery ani pochlebnej, ani tym bardziej łatwej do przełknięcia. Mówiąc wprost, płyty których raczej w normalnych warunkach człowiek by raczej nie puszczał. Deathconsciousness to równocześnie potwierdzenie tej reguły, jak i nakreślenie pewnego wyjątku. Z jednej strony, znajdująca się tu warstwa liryczna dość dosłownie wylewa na około ostrą żałość i ponurość, a z drugiej, prezentuje te treści z dość bezpiecznej odległości, takiej, która pozwala to odbierać z przymrużeniem oka. To samo tyczy się dźwięku. Jest z jednej strony bardzo bezpośredni w nastroju, jaki sobą buduje, a jednak pozostawia trochę przestrzeni na oddychanie w tym półmroku.

Płyta powstała zresztą w latach, które pasują do klimatu o tak siermiężnym posmaku. Lata 2007-2009 są w moim obecnym odczuciu, jak i przez pryzmat wspomnień, wyjątkowo pozbawione wyrazu, a jeżeli takowego szukać, to nie byłby on specjalnie pozytywny. Nic się na świecie wtedy nie działo, prócz może tak wesołej rzeczy jak kryzys finansowy. I znowu, w tym wszystkim Deathconsciousness przyszło jako coś w gruncie rzeczy spodziewanego, a jednak przeczącego swoim kunsztem tej wszechobecnej nijakości. Jakkolwiek to nie brzmi, wcale się za pierwszym razem nie przebiła, nawet wśród, nazwijmy to, grup docelowych tego grania. Nie była zresztą robiona jako przepis na hit – produkcja nie kosztowała nawet kafla dolców, a po jej wydaniu duet twórców definitywnie nie zarobił na niej kokosów. Wyszła za to w epoce dość rozwiniętego już internetu, i to właśnie globalna sieć – głównie 4chan – przyniósł jej w następnych latach nietuzinkową sławę na forach muzycznych.

Tracklista jest nade zróżnicowana, dzieląc się na dwie części: The Plow That Broke the Plains i The Future. Ten pierwszy otwiera jeden z bardziej niepokojących utworów, jakie chyba można było stworzyć pod rozpoczęcie albumu. Do tego ma jakże „wdzięczną” nazwę: A Quick One Before the Eternal Worm Devours Connecticut. Po tym ambientowym wysysaczu nadziei jednak, reszta tego 2LP jest nieco żwawsza. Ciężko mi tu wymieniać ulubione utwory, po prostu zdecydowana większość z nich oddziałuje na człowieka co najmniej solidnie. A zresztą pochylanie się nad utworami, które raczej wysysają z człowieka soki, raczej nie daje funu przy pisaniu :lol: Deathconsciousness się po prostu przeżywa; lepiej-gorzej; bezpośredniej-obojętniej. Niemniej, są to wykonawczo rzeczy wielkie. Z czystym sumieniem nazywam Deathconsciousness płytą wybitną za całokształt tego, czym jest. Bo po prostu tego typu płyty, tworzące w danych niszach gatunkowych legendarne przemiany, powstają bardzo rzadko.

W ogóle to niezwykłe, ile tu czuć wpływów ze starszych i znanych mi płyt. Pobrzmiewa tu przecież The Cure, Sonic Youth, shoegazowe dokonania Slowdive i my bloody valentine, czasem American Football, a duchowo można to uznać za kolejne wcielenie Unknown Pleasures i Closer od Joy Division. Na upartego (i na moje) szukałbym też wpływów The Fall, GY!BE i Swans. Innymi słowy, jest to ambitna laurka dla muzyki wiejącej chłodem i rozpaczą.

Zdecydowanie nie dla każdego, ale jeżeli ktoś lubi gęsty klimat w muzyce, to znajdzie tutaj naprawdę wysoką formę.



21. The Cure – Disintegration (1989)

Obrazek

Szybko wracamy do Cure, co może być związane z tym, że Disintegration i Pornography lubią u mnie tańczyć walca w temacie tego, którą z nich doceniam bardziej. Raz po raz się zamieniają, ale chyba przyszedł czas na dominację późniejszego kolosa od Robcia Smitha. A kolos to jest, oj bez dwóch zdań.

Po Pornography dzieje zespołu potoczyły się w dwojaki sposób. Z jednej strony nadal wychodziły bdb rzeczy, przeplatane jednak z tymi mniej ciekawymi. Robert oczywiście dobrze wiedział, że dotychczasowe dokonania TC to nie jest kropka nad „i”, a ostateczne dołożenie do pieca jest dopiero przed nimi, szczególnie, że przesądnie chciał wydać swoje opus magnum u bram swojej trzydziestki. No i kurde, jak powiedział, tak zrobił :D

Disintegration to album u styku dwóch dekad, który sukcesywnie przeciera brzmienia obydwu z nich w wyjątkowo efekciarski sposób. Pożegnanie chłodu lat 80, przeplecione powitaniem 90s melancholii, odważniejszego stosowania elektroniki i bardziej otwartego wachlarzu instrumentów. A mimo to brzmi ona znacznie świeżej niż jak na album sprzed 37 laty. Dość nachalnym by było w ogóle powiedzieć, że się jakkolwiek zestarzała. To materiał, który zadbał sobie o długowieczność ;)

A pod względem utworów? Istna uczta. Palinsong, Closedown, Lullaby, Fascination Street, Prayers for Rain, The Same Deep Water As You i tytułowy. Topowa liga w całym dorobku Cure. Niebywałe są te utwory, nie-by-wa-łe. Nie wspomniałem tu Pictures of You i Lovesong. No cóż, to pierwsze tak naprawdę lubię i spoko, że jest na płycie, ale w przypadku drugiego nie obraziłbym się, gdyby wyszło dopiero na Wish ;) (uwielbiam Wish, żeby nie było :D).

Dezintegracja to nie tylko monument końca pewnej dekady. To też jednorazowa historia, zamknięta w swojej kuli śnieżnej, którą wystarczy każdorazowo potrząsnąć, aby znowu świeciła pełnym blaskiem. Jeżeli chodzi o jej motywy, to stoi ona na swój sposób w opozycji do wspomnianego przeze mnie wczoraj Pornography. Ten z 1982 to doświadczenia przeżywane na twardo, nie analizujące niczego tylko prawiące, jak jest; ten wydany później natomiast jest naczyniem do zbierania refleksji o życiu, stonowaniem przekazu. Zamierzony przez Smitha efekt stworzenia płyty będącej zadumą o upływie czasu, przeżywaniu każdego momentu życia, został spełniony w dwustu procentach. Wzruszająca, wymowna muzyczna proza o miejscu naszym i bliskim nam osób w czasie. Bo nie jest tajemnicą, że prędzej czy później wszystko dobiega końca.

When the both of us knew how the end always is

Dajcie spokój, jak można takie płyty wydawać. Cudo!
ODPOWIEDZ