Rush. Rushydło. Rushycisko przecudne. Jaki to jest niesamowity zespół. Taki, że aż człowiek chciałby by zobaczenie go (które ma być w 2026 roku prawdą najprawdziwszą) za oceanem, było za ludzkie pieniądze. No ale, jest jak jest, czyli nieciekawie.
Pomijając ten smutny, choć związany z pięknym powrotem akcent z poprzedniego akapitu – Rush jest jedną z najlepszych rzeczy, które kiedykolwiek wydarzyły się w ROCKu. To jest tak genialny patent na granie, taka trójca, że dajcie spokój. Bije temu pokłony i nie mogę nigdy się przyzwyczaić, jak żrą ich utwory za każdym razem. To wręcz pewne niedoszacowanie, że wrzucam tu tylko jedną ich płytę.
Trio z Kanady dostarczyło od Moving Pictures do Power Windows jedną z najlepszych roszad wydawniczych, jakie kiedykolwiek miały miejsce. Więcej – przecież już nawet od Farewell to Kings jest mega, z przystankiem na jeden z największych geniuszy w dyskografii Rush, czyli Hemispheres (o którym pierwotnie miałem tutaj napisać). W tym chyba leży problem, że jakbym miał pisać o więcej niż jednej płycie Rush, to skończyło by się dość podobnymi zachwytami. Więc postanowiłem to zawęzić do jednej płyty. A że mam freewill
W sumie to na temat Grace mam też ostatnio jakoś więcej przemyśleń w głowie. Niby MP najbardziej mi pasuje w swojej konstrukcji, Hemispheres spełnia progowe sny a Signals ma moje ulubione rushowe hiciory, tak chyba GUP po prostu imponuje tym, jak wszystko idealnie w sobie balansuje, bez potrzeby dosładzania konkretnych elementów ponad miarę. A jednak, niektóre elementy działają tutaj najlepiej z całej dyskografii.
Grace rusza niewątpliwe z kopyta. Distant Early Morning przechodzące do Afterimage, kontynuowane przez fantastyczne Red Sector A, zestaw marzeń. Potem dostajemy absolutnie hiciarskie The Enemy Within, zalatujące The Police, po nim jakże zgrabne The Body Electric a dalej Kid Gloves. Płyta sięga zenitu przy Red Lenses, jaki tam bije power, matuchno. Wersje live Between The Wheels działają na mnie jak afrodyzjak, przy słuchaniu choćby takiego SNAKES AND ARROWS LIVE. Świetny domykacz, podtrzymuje cały power tej płyty do ostatnich sekund.
"Experience to extremes..."
Genialne klawisze Geddyego i w zasadzie jego najpełniejsza forma wokalna, gitara Alexa w jednym z najbardziej kreatywnych wydań w karierze, a Neil, komentarza chyba nie trzeba. Doskonałe płycisko.
35. Watain – Lawless Darkness (2010)

"Nicość nie boli. Ona pochłania" - Sylwia Peretti
Chaos, i piękne rzeczy z nim związane. To mogłaby być nazwa książki napisanej na podstawie doświadczeń z Lawless Darkness. Żadne dzieło literatury pisanej nie byłoby jednak w stanie oddać w pełni żaru, jaki bije z tej płyty.
Jak w ogóle tłumaczyć tę nazwę? Biorąc pod uwagę jak opisywał swego czasu motywy przy tworzeni tego albumu Erik Danielsson, mamy tutaj do czynienia z czymś na kształt „Otchłani Bezprawia”. Z tymże bezprawie przeważnie kojarzy się z przestępstwami (słusznie), nie z jakimś stanem pierwotnym. A w LD chodzi właśnie o stan świata, w którym wyzwolenie pochodzi z faktu nie powstania żadnych praw – porządek pochodzi z otchłani i otchłań rządzi się swoim porządkiem.
Tarno… Uppsalski zespół był koło 2010 roku już po trzech longplayach, zwiedzając przy tej trzeciej (Sworn to the Dark) swoje najdziksze brzmienia. Jak to nakreślił Erik, Sworn było niejako sztalugą, którą kilka razy rzuciło się o ścianę, by dopiero położyć na niej płótno – na którym następnie powstało Lawless Darkness.
Nie mogę wyjść z podziwu jak na początku poprzedniej dekady, lata po szczytowym, wydawałoby się, okresie sceny bm, mogła powstać tak esencjonalna, bogato zdobiona i wgniatająca w siedzenie płyta. Słuchanie kompozycji jak Malfeitor, Wolves Curse… a w zasadzie każdego utworu z tej płyty, podnosi temperaturę krwi o dziesiątki stopni C. Bogactwo instrumentalne dokonane tutaj przez szwedzką grupę jest nieosiągalne dla sporej większości black metalowych wydawnictw. Cóż to jest za „bandycka” jazda.
To też dość długa płyta jak na black metal, jest na to jednak bardzo słuszne uzasadnienie w postaci finałowego Waters of Ain. Widziałem trzy koncerty Watain zamykane tym utworem i przysięgam, że jego obecność przemienia każdy koncert Szwedów w coś… absolutnego. I to nie analizując pod kątem muzycznym.
Wielki akt ROCKa XXI wieku. Lawless Darkness to dla mnie ścisła topka w świecie black metalu, tak powinien ten gatunek po prostu brzmieć. Watain (zespół, który ma już datę „zakończenia” działalności) i ich dyskografia, to ważne przypomnienie, że Mefisto istnieje i tak się składa, że bardzo lubi palić czerwone Malboro jadąc na Harleyu.
… and Hell followed with him












