Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Zbiór ankiet i Waszych opinii dotyczących innych zespołów.

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

HM#2

Miles Davis – Bitches Brew (1970)

Obrazek

Trochę cienko z mojej strony, bo Milesa powinno w tej topce być nieco więcej. Z miejsca powiem, że BB jakościowo to na pewno jedna z 10 najlepszych płyt nie klasycznych, jakie w ogóle ujrzały świat. Co do tego wątpliwości nie mam żadnych. No ale już mija trochę lat, od kiedy nie katuję Milesa tak jak wcześniej, przez co czuję jakieś odłączenie od tej muzyki. I może przez to nie mogę na czysto dać tej płyty do swojej topki. W zasadzie, jak tu w ogóle pisać o dokonaniach tego człowieka? Szczególnie o tych w latach 50 i 60. Trochę mnie chyba przerasta jednak jego muzyka. Mniejsza o to: wszystko od czasu wydania Bitches Brew, przez takie On the Corner, Get Up With It, Aghartę, Pangeę aż po Grand Magus, to najwyższa liga jazz fusion. I w ogóle, spektakularne osiągnięcia muzyczne.

Chore rzeczy się wydarzyły po In a Silent Way. Do nagrania Bitches Brew, Miles zebrał absolutnie najpotężniejszy skład z dostępnych opcji. Lista jest długa, ale niech wybrzmią w szczególności Zawinul, Shorter, Corea, Lenny White, Larry Young… no nadzwyczajna liga.

A samo Bitches Brew to miażdżący muzyczny kolos. Wiele, wiele razy puszczałem ten album, z samego tylko niedowierzania, jak doskonale to brzmi.

Pora chyba wrócić do staruszka Milesa w najbliższym czasie :D



Slayer – Hell Awaits (1985)

Obrazek

Trochę się kręciłem z tą opcją. Gdzieś tam z początku miałem ten album w topce, potem wyleciał… no i jest z powrotem, tylko że w honorable mentions :lol:

Nie analizując tzw. wielkiej czwórki, do której Slayer w zasadzie najmniej pasuje i winien być zaliczany jako osobny kanon amerykańskiego thrash/death metalu, jeżeli już go tam zaliczyć, to jest moim ulubionym zespołem z tej grupy. I przy okazji tym najbardziej "wyrazistym".

Grupa z Kalifornii była już po swoim świetnym debiucie, nagranym za drobne i odłożone z pensji muzyków pieniądze. Hell Awaits to już bardziej jakościowa kontynuacja, wydana przed Reign in Blood, które przyniosło im oczywiście największą sławę. Tylko tak w sumie, to właśnie te dwie pierwsze płyty stanowią najlepszy Slayer. A Hell Awaits jest dla mnie dodatkowo jego esencją. Czymś, na czym brzmią najokrutniej, najwstrętniej i… najbardziej Slayerowo ;)

Jest tu w zasadzie najlepszy balans wszystkiego, co w Zabójcy lubię. Hell Awaits to po prostu kawał pierwszoligowego metalu. Jak wjeżdża tytułowy kawałek to wiadomo, że piekło stoi otworem ;).



The Caretaker – Everywhere at the End of Time (2019)

Obrazek

„Małe” oszustewko. Podany tutaj album jest tak naprawdę kompilacją sześciu albumów o tej samej nazwie, tylko z dodatkiem kolejnego „Stage” na końcu. Z uwagi jednak na fakt, że albumy te stanowią jedną, większą całość, to EatEoT należy mówić, jako o jednym. I może przez tą niejasną zależność nie próbowałem go umieszczać w topce. Acz całkowicie pominąć jej nie mogę.

Świat powojennej muzyki przyniósł szereg przeróżnych wpływów, technik i aranżacji muzycznych, których ilość ciężko zgromadzić, a uczynienie tego lepiej zostawić muzykologom z odpowiednim dyplomem. Ale wracając trochę do Eno i jego odkryć w muzyce. W latach 60 i 70 rozwinięto technikę czegoś na kształt audio dystorsji, której są poddawane nagrania taśmowe. Efektem tego jest mieszanie istniejących dzieł muzyki, rozwarstwianie ich tonacji, a wręcz uszkadzanie samego materiału – czyli tzw. tape music.

Lata temu, angielski muzyk James Leyland Kirby przeprowadził się do Krakowa, gdzie postanowił dokonać swojego ostatniego wielkiego projektu pod pseudonimem The Caretaker. Po wydaniu albumu An Empty Bliss Beyond This World, dotykającego tematów demencji i choroby Alzheimera, doszedł on do wniosku, że chce ten motyw zrealizować w masywniejszej skali. Tak też powstało gdzieś w krakowskich zakamarkach EatEoT, w latach 2016-2019, inspirowane po części The Disintegration Loops autorstwa Williama Basinskiego.

Everywhere at the End of Time to dosłownie próba nakreślenia przebiegu tej wstrętnej choroby, za pomocą sześciu faz ujętych na osobnych płytach. Oryginalnie albumy te wychodziły co pół roku. W oryginalnym założeniu, ten model wydawniczy ukazywał oczekującym co sześć miesięcy na nowe wydanie „aktualizację choroby”. Na pierwszych płytach słyszymy międzywojenną muzykę niczym z balu wieczorowego lub sali kinowej. Coś, co może się kojarzyć starszej osobie z młodością. Utwory na pierwszej płycie są dłuższe, słychać na nich pełny zakres tych kompozycji, trwają one dłużej i da się słyszeć wszystkie instrumenty. Jak nie trudno się domyślić, z płyty na płytę jest coraz gorzej. Taśma zaczyna się psuć, zrywać, coraz bardziej trzeszczy. Na stage 5 słyszalne dźwięki kompletnie szeleszczą, są przerażające i ledwo przypominają już muzykę, gdzie na stage 6 nic już jej w zasadzie nie przypomina. W ostatnich minutach finalnego "etapu", na dosłownie kilka minut, słyszymy ponownie zwarty, spokojny motyw, jak coś z pierwszej płyty. Po tym zapada cisza.

Dla mnie, jako dla osoby, w której rodzinie Alzheimer niestety zebrał swoje żniwo, doświadczenie tych 7h muzyki było dość zatrważającym doświadczeniem. Obserwowanie latami osoby bliskiej, która coraz bardziej znika nam w oczach, gubi wspomnienia, traci możliwość orientacji w terenie, chodzi z coraz większym przerażeniem lub obojętnością na twarzy, aż po zapomnienie przez nią, kim właściwie jest, to los gorszy niż sama śmierć. The Caretaker stworzył przybijający kolaż marności, jaka dotyka człowieka, który stał się więźniem własnego umysłu. To nie jest zupełnie zestaw do polecenia komukolwiek, ale jako dzieło ambientowo-awangardowe pozostaje zasadniczo najlepszym w swojej kategorii.

Mocno przemawiające do człowieka wydawnictwo.
Ostatnio zmieniony wt lut 10, 2026 11:56 am przez manichean, łącznie zmieniany 2 razy.
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 9886
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Zajzajer »

Slayer, klasyka - niestety nie było mi dane nic słyszeć na żywo z tej płyty nigdy, widocznie za mało gigów Slayera zaliczyłem :/ bo tylko dwa.


Na Bitches Brew gra jeszcze np wielki John McLaughlin,ja tej płyty posłuchałem głownie z jego powodu, ale już taka muzyka mi wychodzi bokiem, ostatni artysta z okolic jazzowych którego mogę słuchać to Al Di Meola, ale i jego płyty sprzedałem, teraz stawiam na prostsze formy ;)
Zajzajer on the Road 2026:
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

10. Mercyful Fate – Melissa (1983)

Obrazek

No więc jesteśmy w top 10 :D

Mercyful Fate to praktycznie najlepsze co się muzyce metalowej przydarzyło. Nie, że "w" muzyce metalowej. Po prostu, jedna z największych dobroci dla całego heavy metalu i jemu pochodnych. Zespół z Kopenhagi odcisnął na tej muzyce, głównie swoimi pierwszymi wydaniami, niebywałe piętno, które wielu późniejszych mistrzów w tej muzyce doceniło, adaptując inspiracje z ich dokonań u siebie.

Nastoletni King poszedł, jak twierdzi, w 1974 na koncert Genesis, jeszcze w erze Petera Gabriela (PS: ten Kopenhaski koncert z trasy Lamb był w 1975, ale no już mniejsza :lol:), doprawił to znajomością klasyki hard rockowej, Alicem Cooperem, a w szczególności Judas Priest i ich inicjacją heavy metalową lat 70, po latach porzucił plany kariery piłkarskiej, zebrał się z pozostałymi członkami duńskiej ekipy, po czym… zmienili oblicze metalu. Co tam zmienili. Rozbili bank.

Będąc już po pierwszych dokonaniach w postaci debiutanckiej EPki i nagrań pod The Beginning, Mercyful Fate mogło dokonać wszystkiego. I tak też zrobili. Nagrali płytę, która zmieniła więcej, niż kręcącym głową na koncertach nu metalowych kid metalom i 40 letnim noise rockowym hipsterom po rozwodzie z kolczykiem w nosie, mogło się kiedykolwiek wydawać. O ile w ogóle wiedzą, czym Mercyful Fate jest ;)

Melissa jest ALBUMEM… Naprawdę, to jest zamknięty w płycie, bezwzględny bangier. Zespół miał na ten album absolutnie genialny pomysł, który równie wybitnie zrealizowali. Denner z Shermannem zrobili tu na wiosłach jesień z dupy średniowiecza. Technicznie ten album to poezja od A do Z, do tego wylewający się po bokach urodzaj w materiale jest wciąż zaskakujący, nawet po dwudziestym którymś puszczeniu Melki. Tracklista spina się w świetną, szybką i istnie diaboliczną jazdę, do której chce się wracać. Niewątpliwe, największym osiągnięciem na płycie jest Satan’s Fall. Nieliczne utwory na żywo wywołały u mnie to, co ten ponad 11 minutowy bicz kilka lat temu. Legendarny kawałek.

W ogóle, oba koncerty MF z 2022 nie zostawiły mi żadnego pola do innej interpretacji, niż tej, że jest to dla mnie drugi najważniejszy zespół, jakiego doświadczyłem w metalu. I tak definitywnie pozostanie.

Tak na dobrą sprawę, to myślałem gdzieś na początku o wrzuceniu tu również Don’t Break The Oath. No trudno, nie ma. Także wspominam o nim teraz. DBTO też jest mocarną płytą i tylko potwierdza status klasycznych Mercyfuli.

Mercyful Fate jest ZESPOŁEM. A niewinni kochankowie KŁAMSTWEM ;)
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

9. Talk Talk – Laughing Stock (1991)

Obrazek

Nie spodziewałbym się jeszcze z trzy lata temu, że status tego krążka może mi tak urosnąć z biegiem lat. Taki był mu chyba pisany los. O Talk Talk już trochę napisałem przy okazji Spirit of Eden, dawnego faworyta w ich dyskografii. Dawnego, bo mam wrażenie, że po prostu mi ta finałowa forma zespołu Marka Hollisa przeważyła szalę.

W mojej topce raz po raz występuje, powiedzmy, specyficzny balans. Od płyt głośnych, mocnych, pędzących ile wlezie, po te stonowane, ciche, delikatniej częstujące swoim klimatem. Laughing Stock jest zarówno jedną z tych najbardziej organicznych i delikatnych w mojej topce, jak i tą, która potrafi się na moment wyrwać znienacka szorstkim akordem gitary. Większość czasu głaszcze, po czym drapie jedynie przy odpowiedniej okazji.

Laughing Stock jest innym szczepem muzycznego misterium. Zasiada z człowiekiem do stołu przy zgaszonym świetle, pozwala mu mówić, wyjaśniać, wątpić, po czym zostawia na kartce najbardziej oczywistą i klarowną odpowiedź, jaką prawdopodobnie ktokolwiek był w stanie na te zagadnienia udzielić. To wczesnoporanny spacer, na który idzie się po raz pierwszy, orientując się wnet, że ścieżka z niego jest nam dobrze znana. Aż nazbyt dobrze. To dźwięki spoza czasu, spoza definicji wczoraj, dziś i jutro. Wysublimowane wstawki jazzowe, eksperymentalne dodatki minimalizmu, ciche, nastrojowe organy. Wszystko odpowiednio stonowane i intymne w swej formie. Perfekcja wyrazu.

To ostatni album, który został wydany przez Talk Talk. Idealnie pasującym do tego faktu motywem jest to, jak notorycznie rozmyte są dźwięki tła na praktycznie całym Laughing Stock. To dość ciekawy zabieg. Słuchanie tego albumu zaczyna po jakimś czasie przypominać coś na kształt kąpieli w wannie, przypominającej jednak w odczuciu wejście do wielkiej rzeki. Wedle Herkalita z Efezu rzeka nie jest tym samym za drugim razem, tak jednak w przypadku Laughing Stock, czas i miejsce przebywania w niej pozostają niezmienione, od samego początku, aż po koniec.

Jedno z najpiękniejszych muzycznych doświadczeń w formie płyty. Arcydzieło.
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

8. Slowdive – Just For a Day (1991)

Obrazek

Tak się składa, że nie opuszczamy jeszcze roku 1991. To właśnie w nim, młody zespół z Reading dał światu płytę, mówiąc wprost, niczym ze świata snów – stąd zresztą nazwa gatunku, do którego jest ona domyślnie zaliczana: dream pop. Niech jednak nie zmyli to nikogo. W szczególności na tej płycie, gitara lubi być mocna ;)

Trochę tu już było idyllicznych, chłodnych, zanurzających człowieka w innym świecie płyt. Żadna z nich nie robi tego jednak w tak niebywały sposób, jak Just For a Day. To podróż do znacznie bardziej rozległego i odległego świata – zmysłowego dźwiękiem, wynoszącego na szczyty gór do wspomnień, zarówno tych znanych człowiekowi, jak i tych kompletnie wyśnionych, fikcyjnych. Debiut Slowidive, jako jedna z nielicznych płyt, była w stanie odebrać mi mowę przez większość razy, kiedy jej słuchałem. Żaden album, z tych które znam, nie robi tak pięknego echa dźwięków, jak ten mosiężny krążek.

Z debiutami jest tak, że albo trafiają się gigantyczne "inauguracje", na których autorzy tych wydawnictw świetnie ugryźli swoją wczesną formę lub takie, których wykonawcy byli jeszcze daleko od zdefiniowanie sobie czegoś poważnego, a jakość nieraz pozostawiała wiele do życzenia. Ale są też takie, które chwytają za coś w miarę aktualnego, wykręcając to po swojemu w o wiele bardziej odkrywczy i imponujący sposób, niż robi to w tym samym czasie konkurencja. W moim zestawieniu nie znalazło się choćby Heaven or Las Vegas autorstwa Cocteau Twins. Album, który jest określany jako najwyższe osiągniecie we wspomnianym wcześniej dream popie. Jakkolwiek bardzo lubię tę płytę, tak – pomijając już fakt, że jej tu nie ma :lol: – album wydany rok przed debiutem Slowdive, nie zrobił w temacie sennego popu takiej magii, jak Just For a Day. To właśnie ci, młodsi stażem muzycy, wyselekcjonowali, drogą masywnego, shoegazowego brzmienia, wszystko co mogło być w tej muzyce najlepsze. Zostali po latach ukoronowani najbardziej za ich następny krążek, na nim jednak zabrakło już tak ewidentnego i sukcesywnego zabierania człowieka w daleką podróż – Souvlaki są bardziej przyziemne.

Jest wiele wybitnych finałów płyt: momenty podniosłe, wybitne przejścia lub nieoczywiste zagrania, które zmieniają sposób postrzegania wcześniejszego materiału słyszanego na danym albumie. W przypadku JFaD, domykający duet w postaci The Sadman i Primal nie jest tylko zwyczajnym finałem, ale czymś definiującym ten album. W zasadzie, doświadczenie tej klamry zaliczam jako coś wywierającego znaczy wpływ na dalsze życie. Dosłownie, przeżycie tego duetu po raz pierwszy zmieniło mi - a może jedynie potwierdziło - moje podejście przy odbieraniu zarówno nowych, jak i znanych mi płyt. Od tego momentu wygrywa u mnie przeważnie miara klimatu i siły nastroju danego albumu. Nie technika, nie warstwa liryczna, nie powykręcana ile wlezie solówka. Wygrywa syte, rozpuszczające duszę przeżycie. I to następuje tutaj w sposób głośny, rozbrzmiały we wszystkie możliwe strony, zamiast cichego, smutnego pogrywania po kątach. A samo finałowe Primal domyka to wszystko niczym eksplozja - praktycznie najlepsze outro albumowe, jakie dotąd poznałem.

Ceremonialnie dobre wydawnictwo, jedno z tych, które mogę po prostu nazwać jednym z ulubionych. Do tego wszystkiego lubię słuchać w kompilacji do niego trzech EP zespołu z lat 1990-1992. Kontynuują brzmienie z debiutu w równie fenomenalny sposób.
Ostatnio zmieniony pt lut 20, 2026 11:50 am przez manichean, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

7. Pink Floyd – Animals (1977)

Obrazek

Album z elektrownią Battersea jest z całą pewnością jedną z moich dwóch ulubionych inkarnacji Floydów. No i oczywiście nie tylko PF. Chwalę tę płytę od samego początku znajomości z nią. To jeden z filarów najlepszej passy albumowej w dziejach, który stał się zwieńczeniem tego, na co zespół nie zdecydował się wydawniczo w 1975, wspomagając się przy produkcji siostrzanego krążka Wish You Were Here nowym materiałem.

Co tu dużo mówić. Animals gniecie jak nieliczne. Za każdym razem walcuje od stóp do głów, robiąc to niemożebnie dobrze. Ale już bez takiego przyzywania na myśl prasy drukarskiej. Wbrew pozorom, na tle innych albumów z dyskografii PF, Animals wyróżnia się moim zdaniem większą lekkością materiału. Tutaj nie ma szarpanej psychodelii, zajadliwych jazzowych eksperymentów, czy mroczniejszych wstawek elektronicznych. To czyściuteńki, łatwo wchodzący rock - acz nadal ambitny swą formą. Dlatego mam wrażenie, że u większości osób sporadycznie słuchających PF, to właśnie Animals wychodzi najlepiej. Nie posiada żadnych luk, popyla w najlepsze i nie eksperymentuje niepotrzebnie. Po prostu, daje frajdę i efekt "wow" na tacy.

A to niewątpliwe zasługa trakclisty tego albumu, która na tle większości albumów, może pochwalić się wyjątkową zwięzłością materiału. Dwie klamry w postaci pierwszego i drugiego Pigs on The Wing to zgrabny, jasny do zrozumienia zabieg stylistyczny. Świetne, ponad dziesięciominutowe Pigs i Sheep, które stoją wysoko w skali całego dorobku PF. No i oczywiście Dogs. Fenomenalna petarda i mój drugi ulubiony utwór w katalogu Floydów. Ustępuje ono tylko Echoes - a ten zarazem jest, śmiem twierdzić, najlepszym nieklasycznym utworem, jaki w ogóle kiedykolwiek powstał.

Albumowa adaptacja Folwarku Zwierzęcego Orwella okazała się być strzałem w dziesiątkę. I nadal nim jest. Co jak co, ale przesłanie tej płyty jeszcze długo nie straci na znaczeniu. To bardzo dobrze ujęty lirycznie format, który idealnie realizuje się w formule trzech głównych, tematycznych utworów. Całość jest bardzo zwarta ze sobą, przez co przesłanie z albumu, tożsame temu z książkowego oryginału, na temat tych czujących się lepiej od innych, tych którzy im służą, i tych, którym jest to obojętne, działa tutaj w sposób bezbłędny. Jaki Waters jest, taki jest, tak jednak na tym albumie wyjątkowo dostarczył lirycznie. Dostarczyli (instrumentalnie) zresztą praktycznie wszyscy, a Gilmour był tu w zasadzie w szczytowej formie. I w ogóle, w jakiś sposób jest to ostatni w pełni klasyczny album PF - pomijając fakt, że Waters "wyrzucił" Richarda Wrighta z zespołu przed rozpoczęciem nagrań do Animals :lol:

Wielka płyta, naprawdę wielka.
Ostatnio zmieniony pt lut 20, 2026 11:54 am przez manichean, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

6. Judas Priest – Painkiller (1990)

Obrazek

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller. Takie wersy witały nas na trasie Shield of Pain. I powiem wam, że słusznie się od nich mógł włos jeżyć na skórze.

Painkiller. Co to jest za album. Jaki to jest agregat mocy, bezkompromisowego kopa i zniszczenia cisnącego z głośników. Mateńko. Ciężko w sumie używać schludnych słów na ten album. To niebywała sieka, buchające ogniem. Brutalne, bezduszne kin-geri.

Moja historia z Judasami miała, umówmy się, symboliczne tempo na samym początku początku. Jakieś YGATC, najpewniej Breaking The Law. Do tego nie były to jeszcze czasy koncertowania z mojej strony, więc nie miałem szans wybrać się na koncerty z 2015. Ale to właśnie mniej więcej wtedy, odpalenie sobie z CD seniora tego potwora, było punktem zwrotnym. We wszystkim, co było związane z moim podejściem do metalu i założeniem, że mogę tą muzykę tak polubić. To był też dla mnie ewidentny sygnał, że w przyszłości bardzo się zaprzyjaźnię z Judasami. Wówczas metaforycznie – jak mogłem się wtedy spodziewać, że dekadę później Rob zaliczy mnie ze sceny do grona „stałych bywalców” na ich koncertach :lol:

Painkiller to dosłownie początek i koniec. Początek, bo od niego ciężkie granie stało się dla mnie czymś naprawdę znaczącym. Koniec, bo wraz z jego poznaniem miałem już przed sobą maksimum możliwości tego gatunku. Płyta Judasów z 1990 roku to najlepsze metalowe wydawnictwo, jakie zostało wydane. Koniec, kropka. Było u mnie na pierwszym miejscu przez wszystkie te lata i potrafiło tylko swój status potwierdzić przy okazji takiego Shield of Pain. Może miałem okres, kiedy SfV było bardziej przeze mnie lubiane pod względem samej częstotliwości słuchania. Pod względem formy jednak, król był zawsze jeden.

Każdy z Painkillerowych utworów w odbiorze jest biczem ukręconym z lawy, którą widać na okładce. Agresywność i siła formy, jakie biją z tej płyty, to absolutnie niespotykana rzecz. To heavy metal dawkowany dożylnie, na czczo, bez popity. Nawet nie próbuje się rozpisywać o tych kawałkach. Z pewnością takie A Touch of Evil czy Between The Hammer and The Anvil zrobiło mi na żywo najlepszą robotę. Ale już poza odbiorem live, w trakcie słuchania albumu, wszystko jest na nim jedną, wielką wagą ciężką.

Wyszukany w wybraniu go za najlepszy nie jestem. To bardzo popularny faworyt ogromnej ilości fanów ciężkiego brzmienia - i to nie jako top JP, tylko całego gatunku. Czasem mogę się tylko zastanawiać, na ile reszta jest faktycznie świadoma skali fenomenu i piętna, jaki po sobie ten album ciągnie od prawie 36 lat. Bo jest to na dobrą sprawę trudne do pojęcia.

Album wojna. Kocham ten zespół, za stworzenie tej płyty i wszystko inne.
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

5. Peter Gabriel – Peter Gabriel 3 (Melt) (1980)

Obrazek

Czy mogę nazwać ten album rewolucyjnym? Mogę. Czy mam na myśli konkretną kliszę, w której jest bądź był rewolucyjny? Nie do końca. To co spowodował sobą trzeci solowy album Petera Gabriela podchodzi raczej pod swobodną interpretację. Dla mnie jednak, co spróbuję tu nakreślić, jest to płyta na kilka sposobów przełomowa. Dźwiękiem, zaangażowaniem artysty i wybrzmiewającym pomiędzy tekstami przesłaniem.

Naczelną zasadą, którą kierował się PG przez cały proces twórczy związany ze swoim trzecim długograjem, był rytm. Najpierw on, potem instrumenty, potem wszystko inne. To podejście było początkiem całej charakterystyki jego późniejszego brzmienia. Muzyka ma nieść, podnosić człowieka, nadawać mu tempa w trakcie słuchania muzyki. Zabieg ten był możliwy dzięki eksperymentowaniu przez niego z modulowanymi dźwiękami oraz automatyczną perkusją, na długo zanim do studia przyszedł Phil Collins. Ten drugi zresztą dokonał w trakcie nagrań Melt kultowych w jego przyszłym warsztacie partii perkusyjnych – największą sławę przyniosły one fellow muzykowi z Genesis przy okazji wydania przez niego In The Air Tonight. Ale nie tylko Collins wniósł tu innowację. Tony Levin rozkręcał się tu przed Discipline na chapmanie, a Fripp (producent drugiego LP PG) również gościnnie zamieścił swoje nowatorskie partie gitarowe. Narodziła się wtedy również u Gabriela fascynacja muzyką afrykańską, a w szczególności membranofonami z tamtego kontynentu i chórami plemiennymi. Użycie tych wpływów ma zresztą ciekawy dualizm na tym albumie i kolejnych Gabriela. Po pierwsze, prawdziwe instrumenty zostały dostarczone do studia i użyte na wieloraki sposób, po drugie, PG otrzymał z różnych stron świata dziesiątki, jak nie setki sampli muzyki world, użytych następnie na różny sposób. I to właśnie spina Melt, jak również jej następczynię, w niezwykle oryginalny miks dźwięku naturalnego i syntetycznego. Coś, co było na początku lat 80 jeszcze bardzo pionierskim zabiegiem (kolejnego etapu można szukać w wydanym rok później albumie My Life in the Bush of Ghosts autorstwa Davida Byrne i, zgadliście, Briana Eno ;) )

Melt jest pod względami kosmetycznymi, jak również tymi brzmieniowymi całkiem „mroczną” płytą. Pomijając tu warstwę liryczną takiego Intrudera i Family Snapshot, spora część elektronicznych zabiegów na albumie, niejednokrotnie daje nutę niepokoju. Jest to dosyć uzasadnione, jako że płyta ta zwiedza swoim dźwiękiem i teksami całe spektrum złej oraz słabszej natury człowieka. Niepanowanie nad sobą, zagubienie, osamotnienie, odrzucenie… zawiść. To jedne z kilku motywów wylewających się pomiędzy wierszami w trakcie słuchania Trójki, można je też interpretować szerzej. Ale wbrew pozorom, cała ta otoczka jest wyjątkowo łatwa do przyswojenia. Tak naprawdę Melt nie próbuje nastręczyć człowiekowi myśli swoim klimatem. Towarzysząca temu bogata rytmika, zachęca raczej większość czasu do ruchu i zżycia się z tym materiałem, dając bardzo ożywioną nastrojowość. Czuć to szczególnie na No Self Control i Games Without Frontiers (przy okazji, na obu śpiewa Kate Bush, która wtedy współpracowała już jakiś czas z PG).

Wraz z rozpoczęciem prac nad Melt, PG po raz pierwszy mógł odpiąć wrotki w swojej karierze solowej, w taki sposób, w jaki chciał - bardziej, niż było to możliwe w czasach Genesis. To tak naprawdę ten album był finalnym znalezieniem przez niego po pierwszych 11 latach muzycznej aktywności swojego muzycznego „ja”. Artysta, który zdobył doświadczenie i mógł nareszcie się zrealizować się jak chciał, to przepis na sukces I o ile Melt nie było sukcesem komercyjnym (Atlantic Records nie chciało tej płyty nawet wydać w USA :lol:), tak w całym dorobku muzyki jest niesamowitym osiągnięciem. A przy okazji było albumem stawiającym pytania i udzielającym odpowiedzi niechętnie tykanych przez świat muzyki rozrywkowej w tamtych czasach. Finał albumu w postaci Biko to niebywały hymn polityczny, mający wszelkie cechy bliskie temu typu kompozycji, zbliżając go duchowo do tworzonych na przełomie XIX i XX wieku przyśpiewek komponowanych przez ludzi walczących o swoje prawa. Po całej gamie utworów opisujących raczej wewnętrzne przeżycia, dostajemy jeden, który każe nam spojrzeć na świat, a konkretnie na południe Afryki lat 80 i zetknąć się z widmem mordu politycznego. Zresztą, o politycznej agresji jest już częściowo w Family Snapshot. Wybór takiego finału to rzadko spotykany zabieg, stanowi jednak dowód na wysoką dojrzałość artysty, który się na coś takiego zdecydował.

And the eyes of the world are watching now

Wielkie wrażenie zrobił na mnie ten album. Bez względu na treści doniosłe, jest to niezwykle przyjemny do słuchania krążek.
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

4. Swans – Soundtracks for the Blind (1996)

Obrazek

To może być, nie powiem, lekkie zaskoczenie. Ale jak tu definiować zaskoczenie? Jako coś niespodziewanego, niepasującego? Domyślnym modelem tego zestawienia są płyty, które w swoim mniemaniu wysoko cenię lub po prostu bardzo lubię – tudzież jest to jakaś synteza tych zależności. Mhmmm… to do czego to zmierza w kontekście tej płyty? Że jej nie lubię, lub że jej nie doceniam? Oba? O to chodzi? No właśnie, nie. Nie wiem nawet, jak określić moje odczucia do tego „czegoś”. Jedyne co mi przychodzi na myśl, to wstrząs. Szok, dezorientacja… przerażenie? Powód dla którego potworek zmontowany przez M Girę i Jarboe na koniec pierwszego wcielania Swans znalazł się tak wysoko, jest dla mnie równocześnie mało zrozumiały, jak i całkiem zgodny. Soundtracks for the Blind to po prostu najbardziej wstrząsające wydawnictwo, z jakim miałem dotąd do czynienia. Nie jakieś wydania power electronics, dudniący drone czy inne krzyki do mikrofonu. To właśnie ten maszkaron najbardziej mnie zszokował. A możliwym jest, iż wynika to z faktu, że z całej tej symfonii niepokoju, miejscami, lekkim strumykiem, wylewa się tu coś na kształt… piękna.

Są różne powody powstawania płyt. Potrzeba zadebiutowania, stworzenia udanej kontynuacji, wydania produkcji życia, coś na momenty pożegnań – w zgodzie i niezgodzie – czy nawet drogą wymuszenia ze strony wytwórni. No i jest SftB. Czym jest ten album? Wszystkim z wyżej podanej listy, a zarazem niczym podobnym. Swans chyliło się ku końcowi. W 1995 pewna część materiału użytego na albumie z 1996 była grana live, i stanowiła naturalny w historii zespołu przyczółek pod następne wydawnictwo. Tylko ono miało już nie nadejść. Nie było już powoli z kim nagrywać tej płyty. Pozostało trochę nagrań studyjnych, obok nich te realizowane przez Girę i Jarboe, coraz bliżej końca ich związku. Na solowym albumie Giry (Drainland) zawarli nawet utwór, na którym jest zasamplowana ich kłótnia "małżeńska". Poniżanie się, brak zgody, brak chęci naprawy sytuacji. Świadomie przekazywali na zewnątrz, że koniec tej podróży jest bliski. W obliczu braku normalnych warunków do nagrania płyty z całym zespołem, postanowili zebrać wszystko co było pod ręką (nawet kilka rzeczy z sprzed dekady), dograć przejścia instrumentalne i wydać ostatnie wcielenie Swans. Ponad dwie godziny chaosu. Wydane, żeby cały ten materiał nie pozostał schowany w kredensie na po wsze czasy. Było ono poprzedzone jeszcze wydanym specjalnie w Niemczech Die Tur ist Zu, które prezentowało część nadchodzącego materiału.

Na Soundtracks jest 26 utworów. O niektórych nie da się w zasadzie nic napisać. Przerażają, podnoszą powieki, powodują dziwne zmartwienie na twarzy. I Was a Prisoner at Your Skull, Beautiful Days… mateńko. Vulcano? Szorstkie, taśmowe techno Rozszarpujące w połowie All Lined Up. Wyjęte z otchłani I Love You This Much. Co… co tu się w ogóle dzieje?

Zdecydowanie są to dźwięki do słuchania po ciemku. Zresztą, album dosłownie zwie się "Ścieżki dźwiękowe dla ślepych". Czy jest to miłe doświadczenie dla ślepca. Oj nie wiem :lol:

Soundtracks jest równocześnie objęte posmakiem losowości, jak i przemyślanego procesu twórczego. Tandety i opus magnum. To wydawnictwo uszyte skrajnościami. Mieszania nagrań studyjnych z tymi live. Utworów gotowych z tymi, którym było jeszcze daleko do perfekcji. Jest jak rzeźba, którą Michał Anioł porzucił w połowie, upił się, zwymiotował nań, po czym wyszedł zataczając się bez słowa z pracowni. W części niezwykła, w części niedokończona, w części usyfiona.

Na tym polega dualizm tej płyty. To zarazem zestaw kompletnie szokujących i eksperymentalnych oraz pochodzących z koncertów nagrań, których forma jest szokująca, a z drugiej strony, kilka naprawdę imponujących i donośnych kreacji post-rockowych, które zostały dokończone. Można do nich zaliczyć choćby Animus i Empathy. W pełni udane i sowicie wyprodukowane utwory. Brakuje mi za to słów i myśli, kiedy słucham największych monumentów tego albumu. Mowa o Helpless Child i The Sound. Są to jedne z bardziej radykalnych aranżacji muzycznych, które dotąd poznałem. Idąc dalej, The Sound zaliczam w zasadzie do mojego Top 5 najlepszych utworów. To rozdzierający, ostry, podpalający każdą emocję znajdującą się akurat w człowieku płomień nuklearny. To możliwe też jeden z ostatnich utworów przeze mnie poznanych, który był w stanie zrobić na mnie jeszcze tak piorunujące wrażenie.

Może to w sumie zabawne, ale gdyby połączyć najlepsze utwory z tej płyty, i nieco lepiej przemiksować przejścia pomiędzy nimi, to powstał by naprawdę wybitny post-rockowy album, przy którym nie dało by się mówić o mirsz marszu zawartej na nim treści. Ale tak się nie stało. I szczerze? Wolę, że tak ten album został właśnie wydany.

Płyta ta to ostatnia klamra w pojawiającej się na mojej liście ścieżce: od The Ascension (na którym pracował Gira), przez ostatnie płyty Talk Talk, aż po Soundtracks, które było przyczyną powstania GY!BE. Historia muzyki to zbiór kolejnych, nadchodzących po sobie etapów. Czerpania z przeszłości i tworzenia nowej teraźniejszości. I często się zdarza, że każdy ten etap jest na swój sposób imponujący.

Dlatego Swans musiało wrócić. Musiało, bo Soundtracks for the Blind nie było ostatecznym rozdziałem w tworzeniu ponad dwugodzinnych albumów-gigantów. Swą brudną formą, stanowiło szkic pod stworzenie czegoś bardziej przemyślanego, a w szczególności możliwego do zagrania w całości przez grupę muzyków. Soundtracks to coś na kształt dwuosobowego arcydzieła DIY, polegającego na ulepieniu ze sprzecznych ze sobą dźwięków pewnej całości, która połączona w jedno robi uderzające wrażenie. Z jakichś przyczyn nie daje tak aż wysoko ich współczesnych, o niebo lepiej wyprodukowanych dzieł. Daje ten album – Piękną i Bestię w jednym. Czasem bowiem, cały czar danego formatu pochodzi z jego niedoskonałości. Wszakże świat byłby nudny, gdybyśmy smakowali jedynie „idealnie” wytworzonych kreacji.

Czy polecam ten album? Nie mam zielonego pojęcia. To równocześnie „ściana muzyki” jak i „muzyczna ściana”. Ogrom dźwięków, który dociera w graniczne rejony estetyki i wyrazu. Raczej dla tych, którym nie straszna jest ekstremalna forma.
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

3. Yes – Close to the Edge (1972)

Obrazek

No i wracamy do zespołu Tak :D

Rosnąca w 1972 popularność grupy przekładała się na ich coraz większą pewność siebie i chęć sięgania po ambitniejsze formy. Po wydaniu udanego Fragile, postanowili podkręcić temperaturę wysoko. Bardzo wysoko. Poza skalę.

Blisko krawędzi. Taki był stan Yes przy produkcji tego krążka, stąd wzięła się inspiracja do nazwania tworzonego wtedy przez nich nowego wydawnictwa. Kłótnie, zapominanie materiału, wręcz gubienie go, więcej kłótni. Bruford zresztą nie wytrwał w tym i na trasie promującej album był już Alan White. Nie był to łatwy proces twórczy, ale okazał się być koniec końców owocnym. I to wzorowo.

Na kanwie pojawiających się w tamtych latach dłuższych utworów oraz ciągle trwającej w UK fali rocka progresywnego, zespół postanowił spróbować stworzyć coś bardziej złożonego od niedawno wydanego Heart of the Sunrise z płyty Fragile. Anderson sięgnął po wpływy muzyki klasycznej, inspirując się do tego różnoraką literaturą. Wszystko to stanowiło fundamenty pod stworzenie tytułowej, kilkuczęściowej suity, którą ten album stoi. Oj i nie tylko album. Również zespół i cały rock progresywny stoją tym utworem :D

Tytułowe CttE to nieśmiertelny zapis geniuszu, wykrzesanego przez Yes’owców w londyńskim Advision Studios. Udało im się w stogu chaotycznej produkcji, wyrzuconych do kosza taśm nagraniowych, zrealizować w czterech częściach najlepszy mariaż muzyki klasycznej z rockiem, jaki powstał. Suita CttE zapewnia wgniatające w fotel przeżycia, które są absolutnie unikatowe i pozostają z człowiekiem na lata. To, co osiągnęli tutaj w części trzeciej, jest niespotykaną, trudną do ujęcia w słowa muzyczną transcendencją, która jako pojedynczy utwór, jest najbardziej błyszczącą perłą w całym rocku progresywnym. Moment, który przypieczętował moje "oddanie" temu gatunkowi muzyki. Używać organów piłszczałkowych w rocku należy z głową, na szczęście Wakeman miał pełne kompetencje do chwycenia za ten instrument. Niebywała kompozycja. Definitywnie jeden z moich ulubionych i najbardziej imponujących utworów (jak nie trudno zauważyć na tym etapie, preferuję ponad 15 minutowe kobyły ;) )

Drugą połowę płyty otwiera An You and I, również czteroczęściowa, acz krótsza kompozycja. Kolejny zjawiskowy kawałek. Zawarte na nim The Preacher the Teacher i The Apocalypse tworzą wspólnie fenomenalną klamrę, która czyni drugą kompozycję CttE kolejnym powodem do uznawania tego wydawnictwa za szczególne. A do tego finałowe Siberian Khatru, ostatnia na tym albumie dostawa dobroci. Genialnie wykręca ostatnie minuty drugiej połowy CttE.

Anderson, Howe, Squire, Wakeman, Bruford – chora ekipa. Dali nam absolutnie pieniężną muzykę.

Do tego wszystkie pochodzące z płyty utwory i te poprzednio wydane przez Yes, znalazły swoje fenomenalne aranżacje live na wydanym rok później Yessongs.

Wiele więcej nie muszę o tej płycie pisać. Nie zaskoczyła mi co ciekawe przy pierwszym podejściu. Rzuciłem się na nią i Relayer dopiero jakiś czas po koncercie „właściwego” Yes w 2018. Od tego czasu Close to the Edge należy do mojego głównego kanonu muzycznego.

No zespół Tak to było… jest wielkie wydarzenie w muzyce. Może nie to pod kierownictwem samego Steve’a Howe’a, ale pozostałe po grupie nagrania to wielki dorobek muzyczny. Czapki z głów.
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 9886
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Zajzajer »

Yes to potęga, u mnie 6 pozycja plyt wszech czasow ostatnio, a na 3 też i była, to już się domyślam jakie 2 plyty zostaly, tzn jednej jestem pewien, druga to strzał :)
Zajzajer on the Road 2026:
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

2. Pink Floyd – Wish You Were Here (1975)

Obrazek

Wish You Were Here nie zostało moim natychmiastowym faworytem w dyskografii Pink Floydów. W zasadzie z początku nie było dla mnie w ogóle jasnym, którą z ich płyt mógłbym uznać za swoje #1. Dopiero pewnego razu, za jednym przesłuchem, uderzyła we mnie majestatyczność tego wydawnictwa. Pomimo takiego stanu rzeczy, nie powoduje to obecnie z automatu, że mógłbym o WYWH pisać godzinami. Więcej, to w sumie płyta, którą dość mało potrafię sam przed sobą uzasadnić własnymi słowami, na temat żywionego do niej uznania. To chyba ten typ relacji z danym albumem, że pochodzący z niego materiał tak wrasta w człowieka, na tyle podświadomie buduje swój status, że potem słowa stają się mało treściwe przy opisywaniu tego a nie innego dzieła. Nie mniej jednak, o Wish można napisać sporo w kontekście produkcji płyty czy też jej wpływu na muzykę. Ja jednak ograniczę się jedynie do moich własnych odczuć.

Wish jest dla mnie najbardziej klarownym dowodem na wybitność Floydów. Krążek ten cechuje zadziwiająca schludność, imponujący format materiału i najbardziej wyrazista prezentacja kunsztu tego zespołu. Album zaczynający się pierwszymi częściami Shine on you Crazy Diamond i kończący tymi ostatnimi, był doprawdy prostym przepisem na stworzenie płyty dziejowej. Zastosowanie rozdzielonego Shine to jeden z najlepszych patentów użytych w muzyce w XX wieku, będący zarazem wizytówką całej płyty z 1975. Niesamowite jak ten dwuczęściowy utwór podsyca pierwsze chwile przeżywane z albumem, następnie wybijając najbardziej odjechane momenty po tytułowym WYWH i wygaszając finalnie całość w klarowny, stonowany sposób. Piękna przejażdżka bez żadnych niedociąnięć ani niedomówień. To jak płynie ta płyta jest samo w sobie arcydziełem produkcyjnym i aranżacyjnym.

Pomijając już Shine, pozostałe trzy kawałki również robią fenomenalną robotę. Welcome to the Machine wyrosło mi niedawnymi czasy na jeden z najlepszych utworów PF. Niesamowity kawałek - przepełniony gęstym klimatem, ponadczasowy majsterszyk. Po nim mamy ładne i bujające Have a Cigar, a przed powrotem do ostatniego rozdziału płyty leci tytułowe Wish You Were Here, zdecydowanie najbardziej radiowy i przystępny kawałek w dorobku zespołu. Użycie takiej konstrukcji na płycie, doprawione trzema wyjątkowo chwytliwymi utworami pomiędzy, musiało się raczej udać. A wszystko to powstało by "zdissować" przemysł muzyczny :D (po to tylko, by Waters z Gilmourem dali wolną rękę Live Nation 50 lat później :lol: ).

Rozdała mi ta płyta karty, co by nie mówić. Jest w niej coś szczególnie magnetycznego, coś, co trzyma mnie przy Pink Floydach najbardziej ze wszystkich możliwych zespołów oraz spomiędzy wszystkich wydanych przez nich krążków. Latami uważałem ten album w zasadzie za najlepsze wydawnictwo muzyczne w ogóle i możliwe za moją ulubioną płytę. No ale jednak, przyszła zmiana, o czym już wkrótce ;)

Słowem, MUZA.
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 9886
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Zajzajer »

no tak myślałem, że ona będzie, 1 miejsce nie mam pojęcia co będzie ale stawiam na któregoś z dwóch wokalistów którzy już to byli, u mnie też Wish nie był na 1 miejscu, zawsze wolałem dark side a potem animals a potem znowu dark side, a od jakichś 2 lat to właśnie wish przoduje w dyskografii PF.
Zajzajer on the Road 2026:
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

1. Peter Gabriel – Passion (1989)

Obrazek

Po co istnieje muzyka? Tak serio. Po co nam ona w życiu? Czemu powstała? A może istniała zawsze, nie potrzebując człowieka do swego jestestwa? Czy to po prostu przypadek, że człowiek w reakcji na dźwięk, zafascynowany tym zjawiskiem, począł wydobywać go za pomocą przedmiotów zbudowanych przez niego oraz za pomocą własnego gardła? Czy może jest to od zarania dziejów wewnętrzna potrzeba wyrażenia samego siebie, która po prostu może być między innymi pokazana poprzez elementy foniczne? A może powstała po to, byśmy, jako ludzkość, mogli sięgać gwiazd? Teorie mogą być różne, wiele takowych pewnie też istnieje. Faktem natomiast jest to, że muzyka towarzyszy nam od dziesiątek tysięcy lat, przybierając dopiero bardziej złożone formy od całkiem niedawnego czasu. Pierwsze znane kompozycje pochodzą już z czasów sumeryjskich. Już wtedy pojawiły się pradawna instrumenty, do których tworzono pieśni na temat postaci i zdarzeń legendarnych, jak i tych prawdziwych. Muzyka bliskiego wschodu ukształtowała się już całkiem dawno, mając jedynie sporadyczne modyfikacje spowodowane pojawianiem się nowych kultur i bardziej złożonych narzędzi do urzeczywistniania dźwięku. Była ona obecna przy najważniejszych chwilach tamtych czasów, również w trakcie najbardziej omawianych wydarzeń tamtego okresu, u początku naszej ery.

Ale przenieśmy się do lat 80 dwudziestego wieku. To właśnie w 1983 roku, Martin Scorsese nawiązał współpracę z Peterem Gabrielem. Reżyser miał w planie ekranizację powieści Nikosa Kazantkisa, „Ostatnie Kuszenie Chrystusa”, stanowiącego jego adaptację wydarzeń towarzyszących życiu i śmierci na krzyżu Nazarejczyka. Zamiar ekranizacji tej powieści wywołał niemałe poruszenie, połączone dodatkowo z protestami, przez co film powstał dopiero lata później, mając swoją premierę w 1988. Ukazanie Marii Magdaleny jako kobiety lekkich obyczajów, zakochanej w Chrystusie, który przez nakaz jego Ojca nie mógł oddawać się ziemskim uciechom, czy nawet uczynienie Judasza najwierniejszym uczniem, budziła skrajne emocje. Film na szczęście jednak powstał i jest arcydziełem rąk Scorsese. Taka męcząca Pasja Gibsona nie ma do niego w ogóle podjazdu. No ale wróćmy do meritum, wszak nie jest to recenzja filmu, tylko o stworzonej do niego ścieżce dźwiękowej – a raczej o albumie, stanowiącym rozwinięcie tego soundtracku. Peter skomponował i wyprodukował do Ostatniego Kuszenia Chrystusa score na potrzeby filmu, jednakże zrealizowane do tego dzieła oryginalne nagrania nie były dla niego wystarczającą realizacją tematu. W wyniku dogrania dodatkowych utworów oraz przearanżowania tych użytych w filmie, rok po premierze tego pierwszego, światło dzienne ujrzało Passion - pełnoprawny album Petera Gabriela i jego opus magnum.

Jak to w ogóle jest możliwe? Niecałe trzy lata wcześniej wydajesz popową płytę, która zaskarbia sobie dziesiątki milionów fanów na całym świecie, brylujesz później na salonach, koncertujesz w modnej fryzurze od kontynentu na kontynent, Scorsese pracuje przy twoim wideo-koncercie, po czym twoim następnym dziełem jest ścieżka dźwiękowa do jego filmowej zadumy nad wydarzeniami religijnymi, wyciągająca najgłębszą możliwą esencję z muzyki, która, przeniesiona na album, daje ci twoją pierwszą w życiu nagrodę Grammy. Kto tak robi? To proste, najlepsi.

Passion wykonuje swoją robotę perfekcyjnie. Od pierwszych chwil, kiedy słyszymy The Feeling Begins, muzyka ta przenosi nas do zajętej przez Imperium Rzymskie Palestyny sprzed dwóch tysięcy lat. Do świata spalonego słońcem, skrywającego wszelki mistycyzm i ludzkie bolączki. Zabiera nas w podróż mówiącą o oddaniu, zwątpieniu, stracie, pogardzie, kuszeniu i przeznaczeniu. Jako muzyka stworzona oryginalnie do utworu kinematograficznego, jest jasno sprzężona z podsuwaniem nam odpowiedniego nastroju do jasno określonych scen, nawet, jeżeli ich z faktu nie oglądania samego filmu nie widzimy. Każdy z tych utworów nawiązuje do innego zdarzenia, innych pór dnia, miejsc, emocji, prowadząc nas powoli przez szlaki ziemi Kaan, aż do Jeruszalem.

Nie ma tutaj mowy o tanich zabiegach. Każdy z tych utworów został nagrany z niesamowitą pasją (hehe), przy współpracy dziesiątek muzyków z całego świata. To ponadczasowa uczta muzyczna, korzystająca z niezliczonej ilości prastarych instrumentów, śpiewów świata Azji Wschodniej, pomieszanych z elektroniką schyłku lat 80. Ambitna, imponująca i szlachetna synteza. Potężne bębny, szarpiąca gitara elektryczna, delikatne i zmysłowe dźwięki z keyboardu płynące w tle. Do tego śpiew Youssou N’Doura oraz odkrytych przez PG: pakistańskiego śpiewaka Nusrata Fateha Ali Khana, Baaba Maal i multiinstrumentalisty L. Shankara. Wybitne brzmienia - doniosłe, piękne i pełne wyrazu. Passion to muzyczny ideał. Nie musi wcale mieć dwudziestominutowej suity, by raczyć nas przez cały czas niesamowitą atmosferą i ujmować brzmieniem. Robi to i bez długich utworów, zapewniając pierwszoligowy zestaw jedynych w swoim rodzaju utworów. Nieco ponad godzina muzycznej pełni.

Po latach zgłębiania dyskografii PG, to właśnie ta kompozycja wysunęła mi się bezwzględnie na pierwsze miejsce. I to nie tylko w jego katalogu muzycznym. Pamiętacie moje pytania z pierwszego akapitu? Może nie ma na nich jasnej odpowiedzi z mojej strony, ale sądzę, że dwa ostatnie utwory z Passion mogą nam muzycznie nasuwać pewne odpowiedzi ;)

Wierzący, niewierzący. Poniesieni dźwiękami tej muzyki, dochodzimy do momentu najczęściej omawianej śmierci w dziejach świata. Bez żadnych teologicznych analiz, preferencji czy interpretacji, płynąca z płyty i filmu sugestia jest jasna – musiało do niej dojść i była ona słuszna.

I tym oto akcentem, moja topka dobiega końca. Dokonało się :)
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

No i to by było na tyle. Zmieściłem się w niecały miesiąc z tym. Stron mi wyszło jak pod licencjat :lol: Potem wrzucę listę podglądową i jakieś bonusy.
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

1. Peter Gabriel – Passion (1989)
2. Pink Floyd – Wish You Were Here (1975)
3. Yes – Close to the Edge (1972)
4. Swans – Soundtracks for the Blind (1996)
5. Peter Gabriel – Peter Gabriel 3 (Melt) (1980)
6. Judas Priest – Painkiller (1990)
7. Pink Floyd – Animals (1977)
8. Slowdive – Just For a Day (1991)
9. Talk Talk – Laughing Stock (1991)
10. Mercyful Fate – Melissa (1983)
11. Swans – The Seer (2012)
12. Peter Gabriel – So (1986)
13. Yes – Relayer (1974)
14. Genesis – Selling England by the Pound (1973)
15. Brian Eno – Apollo (1983)
16. Pink Floyd – The Wall (1979)
17. Bathory – Hammerheart (1990)
18. Pink Floyd – The Dark Side of the Moon (1973)
19. Genesis – The Lamb Lies Down on Broadway (1974)
20. King Crimson – Discipline (1981)
21. The Cure – Disintegration (1989)
22. Have a Nice Life – Deathconsciousness (2008)
23. Genesis – Wind & Wuthering (1976)
24. The Cure – Pornography (1982)
25. Coil – The Ape of Naples (2005)
26. Siekiera – Nowa Aleksandria (1986)
27. Dissection – The Somberlain (1993)
28. My Bloody Valentine – Loveless (1991)
29. Peter Gabriel – Peter Gabriel 4 (Security) (1982)
30. Judas Priest – Defenders of the Faith (1984)
31. BC,NR – Ants From Up There (2022)
32. Talk Talk – Spirit of Eden (1988)
33. Black Sabbath – Master of Reality (1971)
34. Judas Priest – Stained Class (1978)
35. Watain – Lawless Darkness (2010)
36. Rush – Grace Under Pressure (1984)
37. Mgła – Exercises in Futility (2015)
38. Dead Can Dance – Within the Realm of Dying Sun (1987)
39. Godspeed You Black Emperor! – Lift Yr. Skinny Fists Like Antennas to Heaven! (2000)
40. David Bowie – Low (1977)
41. Nine Inch Nails – The Downward Spiral (1994)
42. Slowdive – Souvlaki (1993)
43. Julee Cruise – Floating Into the Night (1989)
44. Glenn Branca – The Ascension (1981)
45. Ghost – Opus Eponymous (2013)
46. Ulver – Perdition City (2000)
47. Steve Reich – Music for 18 Musicians (1978)
48. Porcupine Tree – Fear of a Blank Planet (2007)
49. Anna von Hausswolff – Dead Magic (2018)
50. Jeff Buckley – Grace (1994)

1991 i 1989 mają po trzech reprezentantów, 13 roczników pojawia się dwukrotnie.

Dekadami:
1970–1979: 13 albumów

1980–1989: 16 albumów

1990–1999: 10 albumów

2000–2009: 5 albumów

2010–2019: 5 albumów

2020–2029: 1 album
Ostatnio zmieniony pn lut 16, 2026 11:02 am przez manichean, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13251
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Schizoid »

No tak żem czuł, że Passion wyląduje na 1 miejscu. Na pewno niestandardowy wybór, ale bez dwóch zdań nie kontrowersyjny. Najdoskonalsze dzieło tego pana.

Ogólnie bardzo ciekawe zestawienie, przyjemnie czytało się te myśli przelane na piksele... Widać, że nie były to refleksje "z pasieki" ;)

Wielu z tych pozycji nie znam, część mnie wstępnie zainteresowała, a część oczywiście jest mi znajoma i sam bardzo sobie je cenię.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1968
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Caracalized »

W sumie nie jest tak źle, kiedy 10% czyjejś listy pokrywa się z moją własną, i to nie licząc Bitches Brew, które dałeś w HM :mryellow: Z jakiegoś powodu spodziewałem się, że uwzględnisz inną płytę Swans po reaktywacji, ale fajnie, że The Seer jest zaskakująco wysoko tutaj cenione. I z tych wszystkich 50 pozycji tylko trzech nie słyszałem (Ulver, Watain i Eno), dużo innych słuchałem po razie czy dwóch i już nie wracałem, chociażby za takie Have a Nice Life zabrałem się chyba w złym momencie w swoim życiu i z miejsca uznałem ten album za absolutnie przereklamowanego kloca, teraz myślę, że bardziej bym go docenił. Ogólnie jest tu trochę fajnych płyt i trochę takich, za którymi najzwyczajniej w świecie nie przepadam, no ale każdy ma inne preferencje.
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1222
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

Caracalized pisze: pt lut 13, 2026 8:30 pm W sumie nie jest tak źle, kiedy 10% czyjejś listy pokrywa się z moją własną, i to nie licząc Bitches Brew, które dałeś w HM :mryellow: Z jakiegoś powodu spodziewałem się, że uwzględnisz inną płytę Swans po reaktywacji, ale fajnie, że The Seer jest zaskakująco wysoko tutaj cenione. I z tych wszystkich 50 pozycji tylko trzech nie słyszałem (Ulver, Watain i Eno), dużo innych słuchałem po razie czy dwóch i już nie wracałem, chociażby za takie Have a Nice Life zabrałem się chyba w złym momencie w swoim życiu i z miejsca uznałem ten album za absolutnie przereklamowanego kloca, teraz myślę, że bardziej bym go docenił. Ogólnie jest tu trochę fajnych płyt i trochę takich, za którymi najzwyczajniej w świecie nie przepadam, no ale każdy ma inne preferencje.
Nie powiem, do nadmienienia w hm o Milesie i samym BB skłoniła mnie twoja topka, bo dawno go nie słuchałem i nieco mi osiadł, nazwijmy, w szufladzie. Ale poczułem inspirację, by jednak coś o nim i jego najlepszej płycie wspomnieć ;)

A co do Deathconciousness, to w sumie „mało pasująca” do mnie płyta, aczkolwiek posiadająca w sobie mechanizm „drugiej szansy”, jako że udało jej się za którymś tam przesłuchaniem przekonać mnie do siebie w dość niedawnym czasie. Ten kult internetowy może odstraszać, ale po samych nagraniach live zauważyłem, że ten materiał umie się obronić bez RYM i innych :)
ODPOWIEDZ