Miles Davis – Bitches Brew (1970)

Trochę cienko z mojej strony, bo Milesa powinno w tej topce być nieco więcej. Z miejsca powiem, że BB jakościowo to na pewno jedna z 10 najlepszych płyt nie klasycznych, jakie w ogóle ujrzały świat. Co do tego wątpliwości nie mam żadnych. No ale już mija trochę lat, od kiedy nie katuję Milesa tak jak wcześniej, przez co czuję jakieś odłączenie od tej muzyki. I może przez to nie mogę na czysto dać tej płyty do swojej topki. W zasadzie, jak tu w ogóle pisać o dokonaniach tego człowieka? Szczególnie o tych w latach 50 i 60. Trochę mnie chyba przerasta jednak jego muzyka. Mniejsza o to: wszystko od czasu wydania Bitches Brew, przez takie On the Corner, Get Up With It, Aghartę, Pangeę aż po Grand Magus, to najwyższa liga jazz fusion. I w ogóle, spektakularne osiągnięcia muzyczne.
Chore rzeczy się wydarzyły po In a Silent Way. Do nagrania Bitches Brew, Miles zebrał absolutnie najpotężniejszy skład z dostępnych opcji. Lista jest długa, ale niech wybrzmią w szczególności Zawinul, Shorter, Corea, Lenny White, Larry Young… no nadzwyczajna liga.
A samo Bitches Brew to miażdżący muzyczny kolos. Wiele, wiele razy puszczałem ten album, z samego tylko niedowierzania, jak doskonale to brzmi.
Pora chyba wrócić do staruszka Milesa w najbliższym czasie
Slayer – Hell Awaits (1985)

Trochę się kręciłem z tą opcją. Gdzieś tam z początku miałem ten album w topce, potem wyleciał… no i jest z powrotem, tylko że w honorable mentions
Nie analizując tzw. wielkiej czwórki, do której Slayer w zasadzie najmniej pasuje i winien być zaliczany jako osobny kanon amerykańskiego thrash/death metalu, jeżeli już go tam zaliczyć, to jest moim ulubionym zespołem z tej grupy. I przy okazji tym najbardziej "wyrazistym".
Grupa z Kalifornii była już po swoim świetnym debiucie, nagranym za drobne i odłożone z pensji muzyków pieniądze. Hell Awaits to już bardziej jakościowa kontynuacja, wydana przed Reign in Blood, które przyniosło im oczywiście największą sławę. Tylko tak w sumie, to właśnie te dwie pierwsze płyty stanowią najlepszy Slayer. A Hell Awaits jest dla mnie dodatkowo jego esencją. Czymś, na czym brzmią najokrutniej, najwstrętniej i… najbardziej Slayerowo
Jest tu w zasadzie najlepszy balans wszystkiego, co w Zabójcy lubię. Hell Awaits to po prostu kawał pierwszoligowego metalu. Jak wjeżdża tytułowy kawałek to wiadomo, że piekło stoi otworem
The Caretaker – Everywhere at the End of Time (2019)

„Małe” oszustewko. Podany tutaj album jest tak naprawdę kompilacją sześciu albumów o tej samej nazwie, tylko z dodatkiem kolejnego „Stage” na końcu. Z uwagi jednak na fakt, że albumy te stanowią jedną, większą całość, to EatEoT należy mówić, jako o jednym. I może przez tą niejasną zależność nie próbowałem go umieszczać w topce. Acz całkowicie pominąć jej nie mogę.
Świat powojennej muzyki przyniósł szereg przeróżnych wpływów, technik i aranżacji muzycznych, których ilość ciężko zgromadzić, a uczynienie tego lepiej zostawić muzykologom z odpowiednim dyplomem. Ale wracając trochę do Eno i jego odkryć w muzyce. W latach 60 i 70 rozwinięto technikę czegoś na kształt audio dystorsji, której są poddawane nagrania taśmowe. Efektem tego jest mieszanie istniejących dzieł muzyki, rozwarstwianie ich tonacji, a wręcz uszkadzanie samego materiału – czyli tzw. tape music.
Lata temu, angielski muzyk James Leyland Kirby przeprowadził się do Krakowa, gdzie postanowił dokonać swojego ostatniego wielkiego projektu pod pseudonimem The Caretaker. Po wydaniu albumu An Empty Bliss Beyond This World, dotykającego tematów demencji i choroby Alzheimera, doszedł on do wniosku, że chce ten motyw zrealizować w masywniejszej skali. Tak też powstało gdzieś w krakowskich zakamarkach EatEoT, w latach 2016-2019, inspirowane po części The Disintegration Loops autorstwa Williama Basinskiego.
Everywhere at the End of Time to dosłownie próba nakreślenia przebiegu tej wstrętnej choroby, za pomocą sześciu faz ujętych na osobnych płytach. Oryginalnie albumy te wychodziły co pół roku. W oryginalnym założeniu, ten model wydawniczy ukazywał oczekującym co sześć miesięcy na nowe wydanie „aktualizację choroby”. Na pierwszych płytach słyszymy międzywojenną muzykę niczym z balu wieczorowego lub sali kinowej. Coś, co może się kojarzyć starszej osobie z młodością. Utwory na pierwszej płycie są dłuższe, słychać na nich pełny zakres tych kompozycji, trwają one dłużej i da się słyszeć wszystkie instrumenty. Jak nie trudno się domyślić, z płyty na płytę jest coraz gorzej. Taśma zaczyna się psuć, zrywać, coraz bardziej trzeszczy. Na stage 5 słyszalne dźwięki kompletnie szeleszczą, są przerażające i ledwo przypominają już muzykę, gdzie na stage 6 nic już jej w zasadzie nie przypomina. W ostatnich minutach finalnego "etapu", na dosłownie kilka minut, słyszymy ponownie zwarty, spokojny motyw, jak coś z pierwszej płyty. Po tym zapada cisza.
Dla mnie, jako dla osoby, w której rodzinie Alzheimer niestety zebrał swoje żniwo, doświadczenie tych 7h muzyki było dość zatrważającym doświadczeniem. Obserwowanie latami osoby bliskiej, która coraz bardziej znika nam w oczach, gubi wspomnienia, traci możliwość orientacji w terenie, chodzi z coraz większym przerażeniem lub obojętnością na twarzy, aż po zapomnienie przez nią, kim właściwie jest, to los gorszy niż sama śmierć. The Caretaker stworzył przybijający kolaż marności, jaka dotyka człowieka, który stał się więźniem własnego umysłu. To nie jest zupełnie zestaw do polecenia komukolwiek, ale jako dzieło ambientowo-awangardowe pozostaje zasadniczo najlepszym w swojej kategorii.
Mocno przemawiające do człowieka wydawnictwo.









