Dream Theater - Six Degrees of Inner Turbulence (2002)
Bezsprzecznie najbardziej eksperymentalny album w karierze DT. Nawet Image muzyków się zmienił pierwszy raz od FII, Pietrucha ściął włosy na krótko, JMX skrócił włosy, Serek przytył, co nawet na koncertach tej trasy dało się zauważyć bo forma była gorsza i sam Portnoy chciał go wtedy wyrzucić z zespołu (pierwsza cała trasa na trzeźwo tego ostatniego) The Glass Prison - ciężki walec (aktualnie mój faworyt na albumie) wałek w stylu Megadeth czy Mety, mamy też skrecze, absolutnie wspaniały numer, potem numer LaBrie czyli Blind Faith - największy popis Jordana chłop zamiata mną o glebę, kapitalne partie i solo, a unisono? chyba najlepsze jakie popełniło DT a już na pewno najlepsze w 21 wieku, po tak obiecujących utworach pora na Misunderstood, jeden z najpiękniejszych refrenów jakie w życiu słyszałem, jedynie te końcowe solo mogli już sobie chłopacy darować. Czwartą kompozycją jest The Great Debate - refren trochę przynudza, ale to dalej swietny nr, poza bardzo wysokim poziomem DT nie schodzi, wałek ma fajne sample, doskonałe solo Johna i świetne partie Mike'a (jego tata Howard uderza w gong podczas outro) ostatnim już kawałkiem (nie zmieścił się na wersji kasetowej) jest piękny Disappear (utwór grany tylko dwa razy na żywo!!!) ta balladka Jamesa jest prześliczna, całość mi się kojarzy z Radiohead, nie ma gitarowej solówki a i tekst znam w całości na pamięć, zresztą nie tylko ten, lubię sobie go śpiewać jak leżę na łóżku. Całe życie wolałem dysk drugi (do którego zaraz opisu przejdziemy) ale od ostatnich 2 lat stawiam wyżej na dysk pierwszy, właściwie od ostatniego pół roku albo i dłużej słucham go niemal codziennie i nigdy nie nudzi, tak się grą muzykę Proszę Państwa. Dysk drugi to tytułowa 42 minutowa suita, wałek mówi o różnych chorobach/schorzeniach psychicznych, dla mnie ten utwór sporo stracił, kiedyś był w top 10, a teraz nie wiem czy by do top 60 się załapał, nie zrozumcie mnie źle, to świetny nr, poszczególne części do siebie pasują i spajają to wszystko klamrą w jedną ładną całość, instrumentalna overtura, trochę przynudza, orkiestra z klawiszy, potem mamy About to Crash - świetny solo Johna i tekst, dwie metalowe części są następne i dla mnie one odstają trochę od reszty, Goodnight Kiss z jednym z najlepszych popisów Johna, palce lizać, następnie Solitary Shell o autystycznym chłopaku, znakomite solo Johna po raz kolejny, Jordan też gra świetnie (to imo jego najlepszy płyta na której zagrał) About to Crash (Reprise) klawisze niczym Rick Wakeman z Yes, doskonale no i na koniec Losing Time/ Grand Finale, piękny śpiew Jamesa. I to właściwie 96 minut muzyki mija jak z bicza strzelił, pamiętam jak dawałem w opolu do podpisania Portnoyowi Six Degrees na winylu, nie był wtedy już członkiem DT i pierwszy raz widział taki winyl, musiałem mu powiedzieć, że DT wypuśćiło po raz pierwszy ten album na winylu. Złote czasy. Ostatnia wielki album DT.
Jako bonus dodaje płyty którymi się inspirowali muzycy Teatru podczas tworzenia tej wyśmienitej płyty
U2, Achtung Baby
Alice in Chains, Dirt
Béla Bartók
Galactic Cowboys, Space in Your Face
Kevin Gilbert,Thud
King's X, Faith Hope Love
Maria Tipo, Chopin Nocturnes.[9]
Megadeth, Rust in Peace[9]
Metallica, Master of Puppets
Nine Inch Nails, The Downward Spiral
Pantera, Far Beyond Driven
(and the song "Mouth for War")[9]
Radiohead, OK Computer
(and also a Radiohead bootleg Portnoy brought in)
Rage Against the Machine, The Battle of Los Angeles
Soundgarden, Superunknown
Tool's Ænima
Ocena końcowa - 8,5/10