tak więc jestem już którymś z kolei po przesłuchaniu tegóż gigu, więc podzielę się z Wami moimi refleksjami na ten temat. pierwszą rzeczą, jaka mnie nieprzyjemnie zaskoczyła to setlista. aż siedem numerów z 'the Glorious Burden' nie licząc hymnu Stanów. to coś jak na IE nowego, bo nigdy wcześniej nie grali tyle nowych numerów na koncertach promujących album, z którego one pochodzą. to jest tradycja Maiden

najprawdopodobniej jest to podyktowane nowym wokalistą, jakim jest Tim; wiadomo, że w 'swoich' kompozycjach czuje się najlepiej. ale dobór owych budzi moje lekkie zastrzeżenie... nie wiem, czemu zabrakło fenomenalnego 'Attila', czy choćby promującego album 'the Reckoning'... jest za to niezły 'Greenface', którego możnaby zastąpić którymś z wymienionych wcześniej. dalej uderza symboliczny udział 'Horror Show' w postaci 'Dracula'... no dobrze, ale czemu tylko jeden i tylko ten? jest wiele dobrych numerów, jak np. 'Wolf', 'Im-Ho-Tep', 'Frankenstein' czy 'Jack', które mogły by wystąpić obok Hrabii... dalej irytuje mnie duży udział numerów z 'Something Wicked...'; po cholerę zagrali nieIcedEarthowy 'Burning Times'?

lubię ten numer, ale jak na koncerty to jest toto za mało dynamiczne... zamiast tego możnaby zagrać 'Stormrider', którego rówinież zabrakło. przyczyną tego jest to, że Schaffer i reszta na 'koniec' serwują dwa półgodzinne kolosy w postaci 'Something Wicked' i 'Gettysburg'... sześć numerów, które łącznie trwa godzinę

możnaby zrezygnować z 'Something Wicked', w którym Ripper 'nie domaga' na rzecz klasyków... bo właśnie przez to zabrakło miejsca na wcześniej wymienione kawałki, oraz na 'Desert Rain', 'Path I Chose' czy 'When the Night Falls'

się chłopaki trochę zagalopowali... a i tak wersja live 'Gettysburga' nie miażdży tak, jak na płycie... imo to nie jest rzecz na koncerty.
i na koniec zostawiłem rzecz najważniejszą - Tim 'the Ripper' Owens. wiadomo - wokalista pierwsza klasa, ale kurde... po wysłuchaniu tego konertu odczuwam dość spory żal... żal, że już nie dane będzie usłyszeć Matta, którego charakterystyczny głos nadawał głębi tym numerom. mimo, iż (wg zapewnień Schaffera) Owens jest technicznie lepszym wokalistą od Barlowa, to jednak głos tego drugiego jest lepszy... po prostu... Matt też był lepiej przygotowany na koncerty, bo wchodził na scenę już rozśpiewany. Tim widać miał słaby dzień, albo się nie rozgrzał, bo 'Declaration Day' tak za przeproszeniem spierdolił, że aż czasem uszy bolą... śpiewa tu w dużo niższym rejestrze i czasem nie dociąga (ale pod koniec koncertu już jest świetnie

)... a co do numerów mattowskich w wykonaniu Tima - z niektórymi lepiej sobie radzi, z niektórymi gorzej. dał radę w 'Angels Holocaust', 'Melancholy' jako tako w 'Vengance is Mine'. Położył natomiast całkowicie całe 'Something Wicked', o ile w na początku 'the Prophecy' nic tego nie zapowiada, to jak już się rozkręci to po prostu... brak słów...

momentami go ratują jego wysokie 'zawycia i wydarcia' czyli uruchomienie rezonansu czołowo-piersiowego

... za to największą pochwałę ma za wykonanie 'Iced Earth'... po prostu bajka!

bardzo mi się podoba... brzmi trochę pod Adama, śpiewa wersję Barlowa oraz czasem po swojemu... to ze starych numerów wyszło mu najlepiej...
tak więc imo największym mankamentem gigó jest źle ułożony set... są numery, w których Ripper sprawił by się lepiej jak np. 'Travel in Stygian'... więc w skali szkolnej (a jak!) -
4+
jeszcze jak ktoś ma boota z Greely'm to niech zapoda, bo mnie ciekawi jego interpretacja 'Iced Earth'
