na poczatku moze najpierw - witam

co prawda nie jest to moj pierwszy post na forum, ale do tej pory chyba sie nie przywitalem (wstyd!).
po 1,5 tyg przesluchiwan postanowilem w koncu popelnic jakas recenzje nt. AMOLAD i w zwiazku z tym troszke sobie popisze...heh
jestem z IM od 18 lat i kazda ich plyta, ktora miala sie pojawic wywolywala u mnie zawsze dreszczyk emocji.
nie inaczej bylo z AMOLAD - po bardzo przecietnym (jak dla mnie) DoD i szumnych zapowiedziach zespolu oraz producenta czekalem na cos, co mnie zaskoczy.
musze przyznac ze TROBB wlasnie to zrobil - zupelnie nie-maidenowy singiel, poteznie brzmiacy, ze swietnym riffem glownym.
apetyt na album zostal baaardzo rozbudzony.... przesylka w koncu dotarla, sluchawki na uszy i 'play'.
krotko (subiektywnie i ze sluchawkami na uszach) o kazdym z numerow:
Different World
typowy maidenowy otwieracz i wlasnie z tego powodu jeden ze slabszych na plycie - nie pasuje do albumu jako calosci. calkiem ciekawy pierwszy riff ale na tym koniec.
These Colours Don't Run
niezly poczatek, ale w zwrotce juz mamy 'gdzies slyszany' schemacik (ech Steve)... w refrenie brawo dla Nicko i jego ultraszybkiej stopy

od 3:10 zaczyna sie wreszcie cos wspanialego... cala czesc instrumentalna jest jak najbardziej na plus
Brighter Than A Thousands Suns
pamietam ze przy pierwszym przesluchaniu mialem ciary na calym ciele.
poteznie brzmiacy riff, dosyc ciekawy rytmicznie. utwor znakomicie sie broni az do nieszczesnego 'patataj' - po co ten motyw... nie wiem. na szczescie po chwili solo i zwolnienie do glownego riffu.
caly kawalek na duzy plus
The Pilgrim
coz... na dzien dobry zerzniety zywcem riff z 'Revelations'... a w zwrotce ponownie schemacik pt. 'gdzies juz to slyszalem'.
refren ratuje sytuacje - jest swietny, a nastepujace po nim orientalne zagrywki wrecz genialne (i ta china!!).
The Longest Day
mialo byc kolejne po 'Paschendale' 'wojenne' dzielo... zaczyna sie obiecujaco, mozna sobie nawet wyobrazic barki zblizajace sie do wybrzezy Normandii.
napiecie narasta, wchodza dudniace bebny i ..... tragedia. kolejny schemat typu 'gdzies juz to slyszalem'. ni w piec ni w dziewiec.
zwolniony refren ratuje sytuacje. wokal wysoko i czysto. od 4:30 zaczyna sie robic juz ciekawiej a od 4:48 wrecz genialnie. ciezko oj ciezko chlopaki graja...
swietny podklad pod solo. gdyby nie schematyczny i bardzo nijaki 'mostek' byloby swietnie.
Out Of The Shadows
utwor ktory spokojnie moglby znalezc sie na solowym albumie Bruce'a. nie przepadam za balladami wiec w tym miejscu czasem na pilocie ozywa przycisk 'skip'.
od 3:30 robi sie calkiem ciekawie - nietypowy rytm, elektryczne gitary wymieszane z akustykami, ale ogolnie bez rewelacji.
The Reincarnation Of Benjammin Breeg
pierwszy raz gdy go uslyszalem poczulem sie wbity w podloge - niektorzy psiocza na intro... wg mnie bardzo pasuje do kawalka uspokja przed tym co ma nastapic.
pauza... i wejscie gitar na glisach - potega, ciezar, muzyczny walec prowadzony przez 6 muzykow. zupelnie nie-maidenowy, cos nowego, swiezego i dlatego jak dla mnie genialnego.
Dave moze na calym albumie nie blyszczy, ale tu panowie czapki z glow. geniusz tkwi w prostocie. riff powala, wielka zaleta jest brak, jak to niektorzy mowia, typowego refrenu.
swietny podklad pod solo, a i samo solo swietnie wpasowane w numer. brawo.
For The Greater Good Of God
poczatek ma cos z 'Sign Of The Cross'. zwrotka to znowu schemat pt. 'gdzies juz to slyszalem'. Steve ma manie uzywania ciagle tych samych akordow - drazniace.
i na dodatek tyle tych zwrotek.
za to refren.... swietny, swietny, swietny. jeszcze ciekawiej robi sie dopiero pozniej - dobijamy do 4:20, bardzo udane akcenty na 'God'.
w koncu mamy 5-ta minute i znowu partie instrumentalne moga sie podobac.
od 6:00 podklad pod solowki pierwszej klasy.... tak IM nigdy nie gralo. ok , konczymy na refrenie. jak dla mnie numer moglby otwierac album.
Lord Of Light
poczatek mamy calkiem nietypowy, z 'tykajacym' w tle Nicko. zwrotka, mimo ze daleko jej do geniuszu nie drazni, moze sie podobac.
natomiast referen to juz przeblysk geniuszu wlasnie. swietne bebny, ciezko to brzmi, Bruce doskonale dobral tu linie wokalna.
sporo sie dzieje, mamy odrobine delikatnego grania, po czym nagle dynamika idzie ostro w gore. znowu wspanialy podklad pod solo. od 5:50 mamy juz typowe IM, ale jednak utrzymane w klimacie numeru - no i konczymy refrenem (o dziwo bez outro!).
The Legacy
perelka, utwor pokazujacy wszystkim malkontentom, u ktorych 'strange yellow gas, has played with their minds', ze IM ciagle potrafia komponowac ambitne utwory.
pomysly tu wprowadzone naprawde mnie zaskoczyly. ostre akcenty elektrycznej gitary na tle akustykow, bardzo ciekawe i zroznicowane granie.
od 3:10 mamy pieknie rozwijajacy sie utwor. umiarkowane tempo, ponownie brawa na Bruce'a, nawet Steve momentami dosyc ciekawie gra.
ponownie w okolicach 6-tej minuty bardzo ciekawie zaaranzowane partie instrumentalne ze zmianami tempa. duze brawa.
skala od 1 do 6:
1 gniot
2 miernota
3 przyzwoity
4 dobry
5 bardzo dobry
6 genialny
ocena: 4,5
najlepsze numery to BTATS, TROBB i TL.
punkty urwalem przede wszystkim za ciagle powtarzajace sie w zwrotkach, tudziez mostkach motywy pt. 'gdzies juz to slyszalem'.
poza tym to dla mnie najlepsza, najbardziej rowna plyta po 'reunion' i chyba jednak najlepsza od czasow 'Seventh Son....'
howgh.
If 50 million people say a stupid thing, it's still a stupid thing.