Dobra, parę razy przesłuchałem całość, coś już się wyklarowało, więc mogę pokusić się o ocenę albumu jako całości. Zacznę od krótkiego opisu poszczególnych piosenek, a potem ewentualnie uwagi dot. całości
Satellite 15...The Final Frontier - coraz bardziej się przekonuję do tego utworu jako całości, ciekawe to intro, podobają mi się dźwięki z niego, świetnie się nada na intro koncertów, sama część właściwa, czyli TFF to solidny rocker, w miarę przyzwoity, dobrze się zgra z intrem na koncertach
El Dorado - aż dziwne, że na początku jakoś nie podszedł mi w wersji mp3, ale im więcej go słucham, tym bardziej zyskuje, jest "zwarty", dobrze skomponowany i w lekkim przyspieszeniu na koncertach brzmi dobrze, taki solidny maidenowy średniak
Mother of Mercy - Kojarzy mi się z TCDR, nie wiem czemu, ale to taki odpowiednik tamtego utworu, bo też niemal od początku dobrze się go słucha, jest dynamiczny, a moment "Why are we here...." to po prostu miazga!!, jeden z trzech najlepszych na płycie
Coming Home - dobra ballada, podchodząca pod solo Dickinsona, przypomina mi Out of the Shadows, w dobrym tego słowa znaczeniu, oba utwory więc cenię na równi, CH brzmi jak wyciągnięty z Tyranny of Souls Dickinsona
The Alchemist - dowód, że jednak Maiden nadal nagrywa dobre, szybkie numery, mam nadzieję, że na następnej płycie znajdzie się więcej tego typu piosenek, bo Alchemist to wprost czyste Maiden
Isle of Avalon - skomplikowany i ciekawy zarazem, z intrygującą warstwą tekstową, jeden z trzech najlepszych na płycie, przypomina mi klimaty "7 syna" ale też trochę BNW, ale nie umiem powiedzieć czemu, moment "Mother Earth, can You hear me..." to majstersztyk Bruce'a
Starblind - słabszy średniak, trochę dziwny i jakby na siłę, mogliby go skrócić i wtedy by zyskał, dodatkowo gitary są jakoś nieskoordynowane, a tekst utworu jak na maiden to trochę mi nie pasuje, jakiś dziwny
The Talisman - ciekawy, jakby następca "Legacy", kontynuuje klimaty z AMOLAD, super tekst piosenki, ciekawie narasta, aczkolwiek nie aż tak jak np. Longest Day, niemniej jednak jest w czołówce albumu
The Man Who Would Be King - najsłabszy na płycie, oprócz genialnego intro, to jakoś nie porywa i właściwie nawet go nie zapamiętałem, kompozycyjnie jakby go wyciągnęli z B-side z czasów z Blaze'm
When The Wild Wind Blows- genialny epik, ze świetnym tekstem, a jednocześnie nietypowy jak na to co do tej pory Ironi robili, inaczej trochę zaśpiewany, z większym luzem, ale jednocześnie trzyma klimat, czuć dzięki temu niemal namacalnie całą historię, jaką opowiada ten utwór, jeden z trzech najlepszych na płycie
Podsumowując, album jest bardzo solidny, aczkolwiek na dzień dzisiejszy AMOLAD cenię bardziej, może za to, że tamte utwory nie brzmiały tak na siłę wydłużenie jak tutaj niektóre, powiedzmy, ze skrócenie każdego dłuższego utworu o 1 minutę pomogłoby płycie. Mam zastrzeżenie do solówek, których jakoś tutaj nie słychać, albo są za słabe by jakoś wpaść w ucho. Oczywiście są od tego wyjątki, było parę fajnych zagrań ale nie pamiętam dokładniej w których momentach

Dziwne, bo nigdy nie zwracałem większej uwagi na solówki i dopiero gdy ich wyraźnie brakuje to dostrzegam to. Co do wokalu Bruce'a nie mam zastrzeżeń, dobrze zaśpiewał, aczkolwiek nie musiał tak wysoko jak w MoM czy Starblind, gdyby trochę niżej śpiewał w refrenach to tylko dodałoby utworom poweru. Produkcja jest ok, ale mam wrażenie, ze na poprzedniej płycie była bardziej ułożona i staranna.
Dla zakończenia podam kolejno utwory według mnie od najlepszych do najsłabszych:
Wild Wind / Mother of Mercy / Isle of Avalon
Talisman / Alchemist
Coming Home
El Dorado / Final Frontier
Starblind
Man who would be king
Ave !!
