MaidenFan pisze: ↑wt maja 07, 2019 11:19 pm
Też często wracając do czegoś, czego lata nie słuchałem mam to dziwne uczucie „kurczę, kiedyś to jakieś cięższe było”
No nie? Jest coś takiego, szczególnie, gdy odbiorcami ostatni raz byliśmy jako osoby mniej osłuchane lub dzieci. Ahhh. KIEDYŚ TO BYŁO
17. Diamond Head - Borrowed Time (1982)
Debiut Diamond Head jest okryty ogromnym kultem, świetna heavy metalowa płyta, jednak to właśnie następcę LttN wolę. Za każdym razem, gdy słucham tego albumu mam wrażenie, że jest to najlepsza metalowa płyta świata. Oczywiście tak nie jest, ale w tej płycie jest coś tak magicznego, klasycznego i wdzięcznego, że umysł sam kieruje mnie na podobne myśli. Album absolutnie bez żadnego słabego momentu. Pojawiły się tu też dwa utwory z debiutu. Ulubione numery: In The Heat Of The Night, Don't You Ever Leave Me
16. Deep Purple - Machine Head (1972)
Sporo tych głów dzisiaj... Było już wcześniej trochę o DP, więc nie będzie długo. Płyta rozkłada mnie za każdym razem na łopatki. Już od pierwszego utworu jest genialnie. Pamiętam, gdy po raz pierwszy usłyszałem solo z Highway Star, tego nie da się opisać słowami. Świetne riffy, solówki, gra perkusji (intro do Pictures Of Home

), bardzo dobre wokale. Kolejny album bez słabego momentu. Ulubiony numer: Highway Star, Pictures Of Home.
15. Queensryche - Empire (1990)
Kocham i wielbię bez wyjątku wszystko co QR zrobili przez pierwsze 4 albumy i EP. Najchętniej postawiłbym między wszystkimi znak równości, jednak mam wybrać, a to z Empire mam najwspanialsze wspomnienia. Na pierwszym roku studiów urozmaicałem sobie tą płytą bardzo często życie, zajmowała mi naprawdę dużo czasu. Płyta jest jedynie troszkę za długa. Obciąłbym ostatnie 3 numery + Della Brown, które trochę odstają według mnie od reszty. Ulubione numery: Jet City Woman, Empire, Anybody Listening?
14. Pink Floyd - The Division Bell (1994)
Wiem, że tym wyborem podpadnę paru wielkim słuchaczom Floydów i prog rocka, ale to ranking, który ma przedstawić albumy dla mnie istotne, a ten jeśli chodzi o PF jest dla mnie kluczowy. Z tym zespołem związana jest pewna dłuższa historia, którą skrócę. Gdy założyliśmy pierwszy zespół w gimnazjum okazało się, że gitarzysta lubi Floydów. Oczywiście, każdy ich kojarzy, a ja poza przebojami nie znałem nic. Gościu był mega nakręcony i udawał wielkiego znawcę męcząc ciągle Floydami. Okazało się, że nie zna wiele poza mną, a ja zacząłem mieć dość tych samych kawałków i tego zespołu, który wówczas mnie nie interesował, a ciągle musiałem o nim słuchać. Czarę goryczy przelała podróż do Radomia, która odbywaliśmy z rodzicem owego kolegi. Było to trochę po premierze The Endless River. Przez cały czas w odtwarzaczu siedziała ta płyta. Ciągnęło się jak glut, myślałem, że to ciągle jeden utwór, aż mną trzęsło. ILE MOŻNA?! Znienawidziłem Pink Floyd. Nie chciałem o nich słyszeć. Zmienił to @Schizoid. W 2015 roku (wow to już tyle minęło

) zachęcił mnie do posłuchania Division Bell. Zakochałem się. Mimo że nie jest to może reprezentatywny album, jeśli chodzi o ich bardziej progresywne czasy, to z resztą albumów poszło gładko. Oczywiście nie wszystko co Floydzi nagrali mi wchodzi bez wazeliny. Krówka do nie tak dawno była dla mnie rzeczą nie do przełknięcia, ale robimy postępy. @Schizoid, dziękuję. Mało o albumie, ale jego ważność została podkreślona. Dodatkowa zabawna sytuacja związana z albumem, a właściwie z okładką - pewnego dnia ustawiłem ją jako tapetę telefonu, gdy spotkałem się z @Sardim, okazało się, że ma identyczną tapetę. Przesympatyczna sytuacja, śmialiśmy się do rozpuku

Ulubione numery: High Hopes, Wearing The Inside Out, Coming Back To Life, Keep Talking.