A, to typowo. Polifonia, Starless i te sprawy. No to lecę dalej.
32. Sun Ra - Omniverse
Moja ulubiona płyta jazzowa. Jest tu wszystko, co najlepsze w tym gatunku, ale równocześnie dzieje się tak dużo, że opisywanie jej zawartości jest bez sensu. Natomiast mogę nakreślić sylwetkę samego Sun Ra, bo ta na pewno jest ciekawa

Gość uważał się za kosmitę, który przybył na Ziemię w celu szerzenia heliocentryzmu, widocznie w jakiś sposób pomagało mu w tym nagrywanie płyt jazzowych, które wydawał we własnym zakresie, w nakładach 75 sztuk. W sumie nagrał ponad 100 krążków studyjnych, z czego wielu z nich nie wznowiono i trudno je dorwać na nośniku fizycznym. No ale wracając do Sun Ra...Nasz bohater twierdził, że urodził się na Saturnie. Jako pierwszy w jazzie wykorzystywał elektronikę, a na jego koncertach pojawiał się moon walk, który kilkadziesiąt lat później stał się znakiem rozpoznawczym Michaela Jacksona. Poza tym Sun Ra upodobał sobie improwizację w pełnym tego słowa znaczeniu, promował afrofuturyzm i wszystko, co kosmiczne (polecam zobaczyć jego image), a swojemu zespołowi zakazywał brania jakichkolwiek używek. Słuchając jego nagrań można się zastanawiać, czy sam z niczego takiego nie korzystał, ale zeznania jego muzyków są jednoznaczne, typ potępiał jakiekolwiek środki odurzające. Ta setka płyt pokazuje wiele twarzy naszego kosmity, nie wszystkie zachwycają, ale Omniverse chwyciło mnie już za pierwszym razem i nigdy potem nie puściło. Ogólnie polecam sobie o nim poczytać, bo to powyższe to tylko mały pogląd tego, kim był. A był zdecydowanie nietuzinkowym muzykiem i przyznam, że poza GG Alinem trudno znaleźć kogoś, kto mógłby mu dorównać w życiorysie i poglądach na sztukę. Sorry za rozmiar grafiki, ale przy chaosie wydawniczym charakteryzującym dyskografię Sun Ra czasami naprawdę trudno znaleźć jakiekolwiek dobre obrazki jego płyt.
Ulubione numery: Dark Lights In A White Forest, Omniverse, Place Of Five Points
31. Joy Division - Unknown Pleasures
Boże, ileż złota jest na tej płycie. Debiut Joy Division to jeden z tych krążków, na których co utwór, to lepszy. Tę płytę się czuje. Słuchając jej zgadzam się z twierdzeniem, że czasami trzeba upraszczać pewne rzeczy, bo zbytne komplikacje w muzyce źle wpływają na jej odbiór. Joy Division grało prosto, ich twórczość wywodziła się z punk rocka i od strony technicznej daleko jej było do ideału, ale na Unknown Pleasures to chyba jest swego rodzaju plus. Strona muzyczna nie gryzie się z wokalną, a ta jest szalenie ważna. Ścieżki Iana Curtisa przywodzące na myśl Jima Morrisona to coś, z czym zespół będzie kojarzony przez kolejne 40 lat. Teksty Curtisa, pełne smutku i wszelkich jego odcieni stały się kluczowe dla kształtu Unknown Pleasures. Płyta jest naprawdę znakomita i nie dziwi mnie, że pojawia się w tak wielu zestawieniach. Cudownie jest się czasem zatopić w tych dźwiękach, ale zawsze pozostaje lekki niedosyt. "We were strangers" rozlega się z głośników jeszcze długo po tym, jak skończy się I Remember Nothing, z którego pochodzą te słowa. Swoją drogą to naprawdę ciekawe. Joy Division wydało zaledwie 2 płyty, a stali się inspiracją tak wielu twórców. Chociaż przy Unknown Pleasures i nieco gorszym, lecz wciąż znakomitym Closer, to w ogóle nie powinno dziwić.
Ulubione numery: Shadowplay, Day Of The Lords, I Remember Nothing
30. Accept - Blood Of The Nations
Fajnie się teraz czyta dyskusje na forach, kiedy to ludzie czekali na Blood Of The Nations. Wszystkie te posty mówiące, że Mark Tornillo nie da rady, że to nie ma sensu - teraz to bawi, szczególnie po przeczytaniu kilku kolejnych, które napisano już po premierze płyty. To prawdopodobnie najlepszy powrót w historii metalu. Zespół nie odcina tu żadnych kuponów, a pokazuje, że pomimo upływu czasu wciąż jest w stanie solidnie skopać. I robi to w najlepszym stylu. Accept mówi bardzo klarownie: "Jesteśmy Accept i gramy metal.". Blood Of The Nations pokazuje, jak powinno się to robić w XXI wieku tak, aby nie na razić się na śmieszność. Ten metal jest być może schematyczny, niezbyt skomplikowany, ale bez wątpienia na poziomie. Każdy numer to kolejna kula wystrzelona z pistoletu niemiecko-amerykańskiej produkcji. Ten krążek pozostawił wszystkie inne zespoły heavymetalowe w tyle i sprawił, że zespół zaczął przeżywać drugą młodość. Świetnie się tego słucha. Swoją drogą, to Kill The Pain było kiedyś na pierwszym miejscu notowania Trójki. Sprawa o tyle, ciekawa, że to raczej nie jest metalowe radio, a Accept nie jest zbyt dużym zespołem na tle tych, które grzeją tam szczyt.
Ulubione numery: Teutonic Terror, No Shelter, Pandemic
29. David Bowie - Low
Generalnie pierwszym hasłem, które kojarzy się z Low, jest "trylogia berlińska". Taka trylogia nigdy nie istniała, ale to już inna kwestia. Prawdą jest, że materiał na Low powstawał (przynajmniej częściowo) podczas pobytu Bowiego w Berlinie Zachodnim. I jaka by prawda nie była na temat genezy materiału zawartego na tym krążku, to na pewno pasował on do ówczesnych realiów tego miasta. Low to płyta, którą Bowie zaskoczył świat. Nie, żeby nie robił tego wcześniej. Lata 70-te to u niego zmiana stylu zachodząca co kilka lat, ale Low było zwrotem w kierunek, którego nikt się nie spodziewał. Pierwsza połowa albumu to praktycznie same piosenki, ale żadna z nich nie jest radiowa. Tutaj Bowie jawi się jako dekadent-cynik. Znajdziemy sporo nawiązań do jego życia, szczególnie do relacji z żoną, ale wszystko to podano w dość pesymistycznym sosie. Ale strona A to jeszcze wesoła jazda. Przynajmniej w porówananiu do tego, co czai się chwilę później. Stronę B wypełniły same utwory instrumentalne, w tym szczególna dla nas Warszawa. I to właśnie ta połowa jest dla mnie tą lepszą. Low to efekt współpracy Bowiego z Brianem Eno, gigantem elektroniki, więc kompozycje trzymają naprawdę bardzo wysoki poziom. Są smutne i nostalgiczne, kiedy słucha się ich tak, jak Bóg przykazał (czyli w całości, jedna po drugiej), to robią piorunujące wrażenie. Szczególnie finałowe Subterraneans. Niesamowicie ponury numer, który IMO jest znacznie lepszy, niż lekko przereklamowana Warszawa. Low to wielki album, więc trzeba spędzić z nim trochę czasu, nim w pełni się go zrozumie. To też pewne świadectwo ówczesnego stanu psychicznego Davida, który przechodził wtedy przez odwyk i starał się zerwać ze swoim mrocznym alter ego, Chudym Białym Księciem. Jego kolejny album, Heroes, pomimo znacznego sukcesu komercyjnego nie mógł dorównać zaskakującemu Low.
Ulubione numery: Breaking Glass, Subterraneans, Warszawa