TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Zbiór ankiet i Waszych opinii dotyczących innych zespołów.

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Awatar użytkownika
Vorgel
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 8097
Rejestracja: śr sty 27, 2016 5:26 pm

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Vorgel »

23. Jethro Tull – Heavy Horses (1978)

Obrazek

Pierwszy album Jethro Tull jaki nabyłem na płycie kompaktowej w czasach kiedy nie było jeszcze remasterów. To był dobry wybór, bo na remasterze wycięto sekcję smyczków z utworu Rover. Remaster w końcu tez kupiłem, ale nie ma to jak płyta z oryginalną dynamiką. Heavy Horses to drugi album z tzw folkowej trylogii zespołu. Najlepszy, bo nie ma na nim żadnych zbędnych kawałków. Na pozostałych dwóch takie się niestety trafiają, chociaż to też bardzo dobre płyty. Do tej mam jednak szczególny sentyment. Heavy Horses po dziś dzień jest w mojej topowej piątce utworów Jethro. Ian Anderson przeprosił się z Anglią, zamieszkał na wsi i poczęstował nas takim też klimatem. "Daj mi koło z dębowego drewna, wodze z wypolerowanej skóry, konia pociągowego i pochmurne niebo, zwiastujące burzową pogodę"

Highlights: Acres Wild, No Lullaby, Journeyman, Rover, Heavy Horses

22. Alice Cooper - Billion Dollar Babies (1973)

Obrazek

Ten album Alice'a Cooper'a sprawił, że zainteresowałem się tym co Alice nagrywał w latach 70. Jest tu kilka takich sztandarowych jego utworów, Hello Hooray, Elected, Billion Dollar Babies, No More Mr. Nice Guy, to absolutny kanon. Wielu uważa płytę za szczytowe osiągnięcie artysty. Dla mnie to na pewno ścisła czołówka, a Hello Hooray to chyba najlepszy opener jaki słyszałem. Co ciekawe to nie jest autorski utwór zespołu, a kolejna wykorzystana przez muzyków kompozycja Rolfa Kempfa. 5 lat wcześniej kawałek nagrała Judy Collins, ale spopularyzował go dopiero Alice Cooper. Na całej płycie mamy sporo zagrywek gitarowych wykorzystywanych później w hard rocku i w metalu. Pamiętam, że pierwszy odsłuch był właśnie taki "gdzie ja to słyszałem"? A później przypominały mi się nowsze zespoły.

Highlights: Hello Horray, Elected, Billion Dollar Babies, No More Mr. Nice Guy, Sick Things, I Love the Dead
Awatar użytkownika
Geri666
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4290
Rejestracja: śr lis 17, 2010 11:47 pm
Skąd: Wwa

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Geri666 »

Vorgel pisze: sob paź 31, 2020 7:18 pm 23. Jethro Tull – Heavy Horses (1978)

Obrazek

Pierwszy album Jethro Tull jaki nabyłem na płycie kompaktowej w czasach kiedy nie było jeszcze remasterów. To był dobry wybór, bo na remasterze wycięto sekcję smyczków z utworu Rover. Remaster w końcu tez kupiłem, ale nie ma to jak płyta z oryginalną dynamiką. Heavy Horses to drugi album z tzw folkowej trylogii zespołu. Najlepszy, bo nie ma na nim żadnych zbędnych kawałków. Na pozostałych dwóch takie się niestety trafiają, chociaż to też bardzo dobre płyty. Do tej mam jednak szczególny sentyment. Heavy Horses po dziś dzień jest w mojej topowej piątce utworów Jethro. Ian Anderson przeprosił się z Anglią, zamieszkał na wsi i poczęstował nas takim też klimatem. "Daj mi koło z dębowego drewna, wodze z wypolerowanej skóry, konia pociągowego i pochmurne niebo, zwiastujące burzową pogodę"

Highlights: Acres Wild, No Lullaby, Journeyman, Rover, Heavy Horses
Chyba moja ulubiona płyta JT. Czuć ten folkowy klimat wsi na której Andreson zamieszkał. Nic, tylko wypić do tego torfowej whiskey.
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12450
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Bon Dzosef »

Koniki super płyta
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
Awatar użytkownika
Vorgel
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 8097
Rejestracja: śr sty 27, 2016 5:26 pm

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Vorgel »

21. Pink Floyd - Atom Heart Mother (1970)

Obrazek

Zanim poznałem opisywany album, Pink Floyd to były dla mnie przede wszystkim takie płyty jak The Wall, The Final Cut i The Division Bell. Tytułowy utwór z Atom Heart Mother odkrył przede mną zupełnie inne Floyd, zdecydowanie bardziej progresywne. Nie wiem czy da się opowiedzieć więcej samą muzyką niż zrobili Floydzi w tym kawałku. Szkoda, że nie mieli więcej tego typu utworów, bo teksty Watersa były dla mnie prawie zawsze pretensjonalne, a momentami nawet naiwne. The Wall zniszczono tekstami, chociaż nie potrafię o tej płycie myśleć źle. Za duży sentyment mam do albumu. Do Atom Heart Mother też, szczególnie tej tytułowej suity. Gdyby reszta była tak dobra, krążek oceniłbym wyżej, chociaż na drugiej stronie jest bardzo dobry utwór Richarda Wrighta Summer '68, nieco Beatlesowski, na pewno najbardziej zapada w pamięć z pozostałych 4 numerów.

Highlights: Atom Heart Mother, Summer '68

20. Rush - 2112 (1976)

Obrazek

W przeciwieństwie do Atom Heart Mother tutaj druga strona płyty radzi sobie znacznie lepiej i ciężko wskazać jakiś filler. Album okrzyknięto klasykiem rocka progresywnego ale tak naprawdę mamy tutaj po prostu hard rock. Klawiszy jest bardzo niewiele, za to dużo mocnych riffów i akordów jednoznacznie kojarzących się z ciężkim graniem. A jak na rok wydania, nie wiem czy wówczas istniało coś bardziej agresywnego niż takie The Temples of Syrinx. To co w jakiś sposób łączy ten album z progresywnym graniem to fakt, iż zbudowano 20 minutową suitę złożoną z 7 połączonych ze sobą tematów. Rush to z pewnością protoplaści prog metalu, ale dopiero na Hemispheres pokażą jak idealnie łączyć te dwa światy. Mimo wszystko, pomijając etykietki, to świetna heavy rockowa płyta poprzetykana dwoma znacznie różniącymi się od siebie balladami.

Highlights: 2112, A Passage to Bangkok, The Twilight Zone, Something for Nothing.
Deleted User 2259

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Deleted User 2259 »

2 dobre płyty co tu dużo gadać. Czekamy co będzie następne, bo zostało już tylko 19 albumów. No i HM, jeśli będziesz robić,
Awatar użytkownika
Vorgel
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 8097
Rejestracja: śr sty 27, 2016 5:26 pm

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Vorgel »

19. Kiss - Dressed to Kill (1975)

Obrazek

To już ostatnia płyta Kiss jaka znajduje się w moim top 50 z lat 70. Uważam ją za najlepszą, bo po prostu najbardziej mi się podoba i nie potrafię powiedzieć dlaczego. Brzmi lepiej niż poprzednia, ale czy przy poprzedniej te braki mi przeszkadzały? Za produkcję wziął się sam Neil Bogart, właściciel wytwórni Casablanca dla której nagrywali Kiss. Po prostu żeby było taniej, gdyż firma znajdowała się na skraju bankructwa, a poprzednie albumy zespołu się nie sprzedawały (zaczną dopiero po sukcesie Alive). To najkrótsza płyta Kiss i jedyna trwająca poniżej pół godziny. Dla niepoznaki jednak wydłużono przerwy między utworami, tak że przynajmniej na winylu ma te swoje pół godziny. A naprawdę trwa tyle co Reign in Blood. Jest tu zwyczajowo 10 kawałków, w tym pierwszy wielki hit zespołu. Ale hitem stał się dopiero po wydaniu koncertówki Alive, też w 1975 roku. Dressed to Kill tak jak poprzednie dwa albumy zyskał status złotej płyty i dzisiaj uchodzi już za klasykę. Wtedy jednak nie otworzył przed nimi drzwi do świata wielkich cyców dam z rozkładówek Playboya. Bo chyba to było ich głównym priorytetem jak czytam Stanleya.

Highlights: Ladies in Waiting, Rock Bottom, C'mon and Love Me, Anything for My Baby, Love Her All I Can, Rock and Roll All Nite

18. Pink Floyd – The Wall (1979)

Obrazek

Trzecia i ostatnia płyta Floydów w moim zestawieniu. Stylistycznie to zupełne przeciwieństwo albumu Kiss, chociaż oba zespoły mają ze sobą coś wspólnego. The Wall wyprodukował człowiek odpowiedzialny za słynnego Destroyera, tak ten sam Bob Ezrin. I znów, powinienem ocenić wyżej, ale są tutaj niestety fillery, zwłaszcza na drugim dysku. Większość tekstów, to niestety grafomania i megalomania. Ale ta muzyka zawsze gdzieś we mnie będzie tkwiła. Tak około 1999 roku to był mój ulubiony album wszech czasów. Ma niepowtarzalny klimat i jakoś zawsze kojarzył mi się z latem i ... wojną. Waters zbytnio się tu nadyma, ma być poważnie, a momentami jest groteskowo śmiesznie. Wszystko rekompensuje jednak sama muzyka, to jak te kompozycje są zrobione, jak brzmią, jaką dramaturgię mają zbudowaną samą tylko muzyką, ewentualnie głosem. Jakby tam było śpiewane blablablabla przez 80 minut, to bym cenił równie mocno.

Highlights: In the Flesh?, The Thin Ice, Mother, Goodbye Blue Sky, Young Lust, One of My Turns, Hey You, Comfortably Numb, In the Flesh, Run Like Hell, The Trial.
Deleted User 7916

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Deleted User 7916 »

Vorgel pisze: pt paź 30, 2020 5:23 pm 30. Grateful Dead - Workingman's Dead (1970)

Obrazek

Nie pamiętam który ze znanych muzyków powiedział o początku lat 70 "no i obudziliśmy się wszyscy na kacu", tak czy owak "the dream was over" (jak śpiewał John Lennon odcinając się od szalonej dekady), prysły złudzenia, rozpoczynały się lata 70, czas kryzysu. Inna sprawa, że został zapamiętany jako najbardziej płodna artystycznie dekada, a po latach wielu wymienia ten okres, jako złoty okres nie tylko w historii muzyki, ale rozrywki w ogóle. Rok 1969 zapisał się w historii popkultury niezbyt kolorowo i to mimo woodstockowych szaleństw (prawda o Woodstocku jest inna niż legenda, ale nie będę robił kolejnej dygresji, bo to jest temat na książkę). Trzy wydarzenia przyćmiły lato miłości i pokoju. Były to: zbrodnia kojarzonej z komuną hipisowską "rodziny" Charlesa Mansona, która pochłonęła pięć ofiar (w tym żonę Polańskiego Sharon Tate), zabójstwo Mereditha Huntera podczas koncertu the Rolling Stones na festiwalu w Altamont (nie była to jedyna śmierć podczas tego wydarzenia, ale jedyne zasztyletowanie młodego chłopaka), oraz zbrodnie tajemniczego Zodiaca, który mordował w kalifornijskim regionie Bay Area. W tym ostatnim przypadku można mówić nawet o serii wydarzeń. Co to ma wspólnego z Grateful Dead? Otóż warto spojrzeć na okładkę. Jest monochromatyczna, zupełnie inna niż wcześniejsze, szalenie kolorowe projekty. Tytuł albumu 'człowiek pracy umarł' widnieje na samej górze, dużymi literami. Takie były nastroje w zespole. Nie bez powodu. Grateful Dead mieli wystąpić na koncercie w Altamont, jednak po pierwszych aktach przemocy ze strony Hell's Angels, którzy "ochraniali" całe wydarzenie, zrezygnowali. Ponoć naprawdę zrezygnowali po tym, jak został uderzony w twarz kolega z zaprzyjaźnionego zespołu, gitarzysta Jefferson Airplane. Jerry Garcia nie chciał mieć obitej maski i zdecydowanie chłopa rozumiem. Muzyka Grateful Dead nie pasowała do tego co się działo pod sceną. Wydarzenia z Altamont zainspirowały New Speedway Boogie. Z kolei utwór Dire Wolf zainspirowały wydarzenia związane ze zbrodniami Zodiaca. Grupa pochodziła z Bay Area, gdzie łowił Zodiac. Któregoś razu Jerry wracał do swojego domu po zmroku i zastanawiał się, co powiedziałby mordercy, gdyby ten się pojawił przy jego samochodzie. W utworze śpiewa "Don't murder me, I beg you, please don't murder me". Ale sam tekst nie mówi o Zodiacu. Jest tu też zaśpiewany przez Pigpena, klawiszowca zespołu (który jednak zbyt często na klawiszach nie grał), utwór Easy Wind, co za charyzma. Pigpen był absolutną legendą i można rzec pierwszym liderem Grateful Dead w połowie lat 60. Przed Morrisonem łaził w motocyklowej kurtce i można powiedzieć, że spopularyzował ten image wśród muzyków na zachodnim wybrzeżu. Pigpen jako jedyny z zespołu nie ćpał, przyjaźnił się z Janis Joplin, z którą łączyła go miłość do dwóch rzeczy, czarnego bluesa i mocnych trunków. Po śmierci Janis w roku wydania Workingman's Dead, rozpił się jeszcze bardziej i dołączył do swojej koleżanki niespełna 3 lata później. Ale wbrew temu co napisałem, to nie jest smutna płyta (zbyt wesoła też nie). To jest płyta o Ameryce przełomu mat 60 i 70, z perspektywy muzyków, którzy tworzyli pewien nowy styl. Niezwykły, unikatowy dokument tamtych czasów.

Highlights: Uncle John's Band, Dire Wolf, Easy Wind, Casey Jones
Moim zdaniem jedna z najważniejszych płyt w dyskografii zespołu. Wspaniała okładka swoją drogą, bardzo mi przypomina klimat gry Red Dead Redemption.
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12450
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Bon Dzosef »

To już ostatnia płyta Kiss jaka znajduje się w moim top 50 z lat 70.
Nieźle jak na zespół, który na płycie ma 3 kawałki, które ujdą
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
Awatar użytkownika
Vorgel
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 8097
Rejestracja: śr sty 27, 2016 5:26 pm

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Vorgel »

17. Judas Priest - Killing Machine (1978)

Obrazek

Jeśli przyjąć jakąś umowną datę powstania heavy metalu, należałoby wskazać na rok 1978. Wtedy to pojawiły się dwie płyty Judas Priest w tym jedna będąca pewnym drogowskazem dla następców. Hell Bent for Leather stanowi kwintesencję tego, czym jest heavy metal. Można prowadzić akademickie debaty gdzie się to tak naprawdę zaczęło, ale owa etykietka w latach 70 o ile w ogóle była używana, nie precyzowała dokładnie czym jest ten gatunek. Stąd heavy metalem mogła być zarówno grupa Black Sabbath, jak i Jimi Hendrix. Tymczasem to co dzisiaj wyróżniamy jako heavy metal, ma proste odniesienie do grupy Judas Priest i ich stylu. I to właśnie do tego okresu w ich karierze, gdzie zaczęli raczej upraszczać muzykę niż komplikować. Sporo tutaj zagrywek bardzo charakterystycznych dla następnej dekady, np w Burnin' Up czy Evil Fantasies. Środek tego pierwszego to majstersztyk aranżacyjny. Więcej czegoś takiego usłyszymy u Queensryche, ale sporo później. Genialna płyta.

Highlights: Cały album, nie ma się co rozdrabniać.

16. Van Der Graaf Generator - Godbluff (1975)

Obrazek

Najbardziej przystępna płyta VDGG. Wydana 4 lata po słynnym Pawn Hearts. Ale zespół nie próżnował. W międzyczasie akompaniował Peterowi Hammillowi na jego solowych albumach. Zapewne dlatego Godbluff to album krótki, bo te 4 utwory nie przekraczają 40 minut. Po prostu część kawałków zużyto na tamte krążki. Nie ma też tutaj praktycznie żadnych odlotów i dziwactw, może za wyjątkiem improwizowanego intro do Arrow. Wszystko dobrze zgrane i zagrane. Nie jest to moja ulubiona płyta zespołu, choć przez jakiś czas była. Na pewno jednak jest najlepsza by od niej zacząć przygodę z tą wyjątkową grupą. The Sleepwalkers to obok Childlike Faith in Childhood's End mój ulubiony utwór zespołu.

Highlights: The Undercover Man, Arrow, The Sleepwalkers
Awatar użytkownika
Vorgel
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 8097
Rejestracja: śr sty 27, 2016 5:26 pm

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Vorgel »

15. Genesis - Foxtrot (1972)

Obrazek

Nie wyobrażam sobie fana rocka progresywnego nie mającego tej płyty w swojej kolekcji. Jeśli ktoś by mnie zapytał, jakie płyty trzeba poznać by zrozumieć czym był rock progresywny, wymieniłbym Foxtrot jako jedną z pierwszych. Na pewno obok Close to the Edge Yes, Tarkusa i Brain Salad Surgery ELP czy następnej płyty Genesis. Te rzeczy poznać trzeba, by w ogóle podejść do dyskusji o prog rocku. Rock progresywny tak naprawdę zakończył się na dekadzie lat 70. Jego duch jednak przetrwał i odrodził się w zespołach pokroju Marillion, IQ czy Pendragon. Naszpikowane licznymi metaforami Supper's Ready to jest szablon na progresywną suitę. Chyba najbardziej adekwatny przedstawiciel tego rodzaju kompozycji w gatunku. Obok Close to the Edge i Tarkusa rzecz jasna.

Highlights: Cały album z wyróżnieniem Supper's Ready

14. Yes - Relayer (1974)

Obrazek

To mniej więcej szło tak, Brain Salad Surgery - Relayer - Hemispheres. Trudno nie dostrzec wpływu Keitha Emersona na Patricka Moraza. Co więcej, grupa Yes poszła tym samym tropem co ELP na wspomnianym krążku i postawiła na prog rockową apokalipsę, gdzie po strasznej wojnie nastaje pokój i nadzieja na przyszłość. O tym jest 22 minutowa suita The Gates of Delirium. W Soud Chaser zespół nie spuszcza z tonu. To płyta wielu dźwięków i jako całość chyba najlepszy popis Steve'a Howe'a w karierze. Co prawda nie mierzyłem tego, ale wydaje mi się, iż w ciągu tych 40 minut pobili rekord w ilości wydobytych różnych dźwięków. Tak nie zagra nikt inny, tego podrobić się nie da, ale można choć dążyć do doskonałości. Jak Rush na Hemispheres, gdzie próba grania jak Yes przysporzyła im najlepszy album w karierze. Od Relayera zaczęło się też moje lubienie klasycznych płyt Yesów.

Highlights: The Gates of Delirium, Sound Chaser
Deleted User 2259

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Deleted User 2259 »

No to teraz już chyba będą same płyty, które umieściłeś w swojej normalnej top 50, pamiętam, że Genesis i Yes było juz wtedy bardzo wysoko.
paulek
-#Lord of the flies
-#Lord of the flies
Posty: 3854
Rejestracja: pn cze 07, 2004 8:22 pm
Skąd: z narodu którego nie ma

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: paulek »

Tak sobie czytam Vorgel tę Twoja listę, z niektórymi opisami sie zgadzam z innymi absolutnie nie no ale tak jeszcze trochę i możliwe że skuszę sie na swoją 50 lat 70-tych.... jako nestor i stary dziad...
Awatar użytkownika
Vorgel
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 8097
Rejestracja: śr sty 27, 2016 5:26 pm

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Vorgel »

Każdy ma prawo do własnej interpretacji.
Awatar użytkownika
Vorgel
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 8097
Rejestracja: śr sty 27, 2016 5:26 pm

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Vorgel »

Invader pisze: pn lis 02, 2020 7:39 pm No to teraz już chyba będą same płyty, które umieściłeś w swojej normalnej top 50, pamiętam, że Genesis i Yes było juz wtedy bardzo wysoko.
Jeszcze się zdziwisz.
paulek
-#Lord of the flies
-#Lord of the flies
Posty: 3854
Rejestracja: pn cze 07, 2004 8:22 pm
Skąd: z narodu którego nie ma

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: paulek »

Każdy ma prawo do własnej interpretacji.
Pełna zgoda, żadnej krytyki z mojej strony, a jedynie opis tego co przedstawiasz.... broń boże ocena... Moja zgoda bądź jej brak nie ma wymiaru oceniającego :wink:
Awatar użytkownika
Vorgel
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 8097
Rejestracja: śr sty 27, 2016 5:26 pm

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Vorgel »

13. Van Der Graaf Generator – Pawn Hearts (1971)

Obrazek

Po wydaniu przez ELP Tarkusa w czerwcu 1971 roku, niezwykle popularne stało się nagrywanie długich progresywnych suit. Od tamtej pory nastąpił prawdziwy ich wysyp u zespołów, które aspirowały do miana pionierów gatunku. U większości tuzów rocka progresywnego taka twórczość przypadła na rok 1972 kiedy to pojawiło się kilka kluczowych progowych albumów. Van Der Graafi załapali się jeszcze na rok 1971, co nie dziwi mnie jakoś specjalnie, gdyż oni takie rzeczy robili z marszu co doskonale słychać i co dla jednych będzie wadą, dla innych zaletą. Gdyby to był inny zespół, uznałbym to za wadę, ale ponieważ Van Der Graafi -z niesamowitym Hammillem, którego głos sam w sobie był instrumentem, oraz awangardowym saksofonistą Davidem Jacksonem- odnajdywali się najlepiej w dość przypadkowych kakofoniach, wszystko tutaj gra jak należy. Powiem więcej, gdyby wtedy w 1971 roku wydali płytę zachowawczą, byłby niedosyt. Musieli zamknąć pewien rozdział, a co lepiej temu zrobi niż szaleńcza 23 minutowa suita o latarnikach? Hammill przechodzi samego siebie, jego ekspresja jest bardzo naturalna, a momentami wręcz demoniczna. Zwykł mówić "chcę robić to ze swoim głosem, co Hendrix z gitarą". W podobnym tonie, tylko odnośnie klawiszy wypowiadał się Keith Emerson. Co oni mają z tym Hendrixem? Tak czy owak, Porn Hearts mimo oczywistego braku perfekcji, jest świetny. Chaos nie do końca zostawiony na żywioł, bo mimo wszystko mamy do czynienia z kompozycjami, a nie czystą improwizacją. Robert Fripp gościnnie zagrał na gitarze na całej płycie, jako że etatowego gitarzysty w formacji nie było, a Hammill jak mu się chciało to coś brzdąknął.

Highlights: Man-Erg, A Plague of Lighthouse Keepers

12. Emerson, Lake & Palmer - Tarkus (1971)

Obrazek

Zastanawiam się co byłoby z rockiem progresywnym, który wówczas dopiero raczkował, gdyby ten album nie osiągnął sukcesu. Pisząc sukces mam na myśli sukces w USA. W sierpniu 1971 roku dwa pierwsze krążki ELP osiągnęły status złotej płyty, co znaczy, że w sumie trio miało już milion sprzedanych płyt w Stanach, ledwie 7 miesięcy od startu (W USA debiut ukazał się w styczniu 1971 roku). Warto dodać, że tacy giganci jak Pink Floyd zaczęli notować podobne wartości dopiero po sukcesie Dark Side of the Moon, a platyny przyszły jeszcze później. Co tu dużo owijać w bawełnę, to był pierwszy gigant w tym gatunku. Idąc za ciosem, wytwórnia wydała bez zbędnej zwłoki wcześniej zarejestrowane 'Obrazki', czyli występ live z marca 1971. Rezygnując ze specjalnego upiększania, miał to być tzw budget album, z oszczędności nieoszlifowany w studiu, a i tak wszystko brzmiało mistrzowsko. Bo to w końcu Emerson, Lake & Palmer. Tarkusowi natomiast studyjny szlif wcale nie zaszkodził, chociaż mam wrażenie, że jakby zrobili to na klepkę za jednym podejściem, grałoby dalej fantastycznie.

Highlights: Tarkus, Bitches Crystal, The Only Way Out (Hymn), A Time and a Place
Awatar użytkownika
Vorgel
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 8097
Rejestracja: śr sty 27, 2016 5:26 pm

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Vorgel »

11. Genesis - Selling England by the Pound (1973)

Obrazek

To oczywiście jeden z klasycznych albumów rocka progresywnego, ale nie będę powtarzał tego co przy opisie Foxtrot. Gitarzysta Steve Hackett uważa krążek za swój ulubiony w dyskografii Genesis. Swego czasu podzielił się też taką oto opowieścią, że jakiś dziennikarz przeprowadzał wywiad radiowy z Johnem Lennonem w tamtych czasach i Lennon zapytany czego ostatnio słucha wymienił Selling England by the Pound. Może nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że nagle ludzie w USA zaczęli interesować się Genesis. Nagle zaczęły się pojawiać propozycje koncertów za oceanem, a album jako pierwsza z płyt zespołu ma w USA status złotego krążka. Taka była wciąż siła Beatlesów w 1973 roku, 3 lata po rozpadzie Fab4. To były czasy muzyków z prawdziwego zdarzenia, okres wielkich płyt i wszystkiego tego, czego w szeroko pojętej muzyce rozrywkowej od dawna już nie ma.

Highlights: Dancing with the Moonlit Knight, Firth of Fifth, The Battle of Epping Forest, The Cinema Show

10. Jethro Tull - Aqualung (1971)

Obrazek

Jethro Tull rozwijali się muzycznie dość szybko. Aqualung był nagrywany w grudniu 1970 roku, zaledwie 2 i pół roku po debiucie. Oczywiście w międzyczasie pojawiły się dwie płyty, które wyraźnie pokazują w jakim kierunku podążał Anderson i spółka, a podążał w kierunku hard rocka, rocka progresywnego, natomiast oddalał się od bluesa. Co nie znaczy, że na Aqualungu bluesa wcale nie ma. Up to Me czy Hymn 43 to utwory z bluesowym feelingiem. Nie ma jednak sztamp i szablonów, to muzyka na wskroś oryginalna. Czego tutaj zresztą nie ma, jest folk, hard rock, prog rock, chór męski, nawet jazzowe pianino we wstępie Locomotive Breath. Utwór Wind-Up był tym jednym z kilku kawałków Jethro Tull, które wciągnęły mnie w ten zespół. Ale po pierwszym przesłuchaniu całej płyty daleki byłem od zachwytów. Jednak kiedy już załapało, to ciężko było się odkleić od tej muzyki.

Highlights: W zasadzie cała płyta. Jej siłą jest to, że przeplata różne style w różnych proporcjach. Dlatego są tu dłuższe i dużo krótsze utwory.
Awatar użytkownika
Vorgel
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 8097
Rejestracja: śr sty 27, 2016 5:26 pm

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Vorgel »

9. Rush - Hemispheres (1978)

Obrazek

Rush aspirowali do miana zespołu progresywnego, choć zaczynali od hard rocka. Ale tak naprawdę oni zawsze chcieli być jak Yes. W końcu po nabyciu odpowiedniego doświadczenia i sprzętu postanowili nagrać prawdziwie progresywny krążek. A Farewell to Kings ukazał się w 1977 roku i choć nie da się powiedzieć o tej płycie niczego złego, nie jest to równy album. Takim natomiast jest wydany rok później Hemispheres. Powrócono tutaj do koncepcji jednego długaśnego utworu (pod 20 minut), dołożono dwa krótsze, ale też progresywne, oraz zamknięto płytę 10 minutową kompozycją instrumentalną. Nie dało się chyba lepiej. Z wszystkich suit Rush ta odpowiada mi najbardziej, z instrumentali też najbardziej lubię La Villa Strangiato, a na dodatek Circumstances, utwór krótki choć wcale nie prosty, jest tak genialny, że trudno mi znaleźć lepszą zwięzłą kompozycję w wykonaniu grupy w latach 70.

Highlights: Jak w opisie

8. Alice Cooper - Killer (1971)

Obrazek

Idąc za ciosem, Alice Cooper jeszcze w tym samym roku wydali drugi album, bardziej surowy i ponury niż Love It to Death, chociaż tradycyjnie nie zabrakło na nim rock and rolli. Częścią okładki płyty jest kalendarz na rok 1972, ukazujący Alice'a Coopera na szubienicy. Czy można opisać Killera lepiej? To album dwóch skrajności, prostych rockowych kawałków i pokomplikowanych, niemal progresywnych utworów. Po bezproblemowym Be My Lover następuje najdłuższy na krążku Halo of Flies, gdzie Alice "chciał być jak King Crimson" (to są jego słowa), chociaż to rzecz jasna nie jest takie jak King Crimson. Jest to dość oryginalna kompozycja, ciężko do czegokolwiek porównać. I jeśli słyszymy na płycie wpływy jakichkolwiek grup to są to dwie formacje: The Doors i tradycyjnie The Beatles. Duch Morrisona unosi się nad Desperado, jest to zresztą o nim, a płyta dedykowana jest zmarłemu parę miesięcy wcześniej koledze Coopera. Wpływy Beatlesów poza rock and rollami słychać w Dead Babies i wspomnianym Halo of Flies (tutaj słychać inspirację wschodnimi zagrywkami Harrisona). Cóż dodać. Alice w latach 70 nie chciał być jak inne zespoły wówczas, a jego shock rock bardzo mocno odwoływał się do tradycji wodewilowych. Tutaj jest jeszcze co prawda przede wszystkim mocne heavy rockowe granie, ale w przyszłości jego twórczość nabierze iście teatralnego rozmachu.

Highlights: Halo of Flies, Desperado, Dead Babies, Killer
Awatar użytkownika
Vorgel
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 8097
Rejestracja: śr sty 27, 2016 5:26 pm

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Vorgel »

7. Grateful Dead - Terrapin Station (1977)

Obrazek

Producenta Keitha Olsena Grateful Dead wybrali, gdyż wyprodukował on come backowy album Fleetwood Mac, który zwiastował nową odsłonę zespołu. Grateful Dead w tamtym czasie podobnie jak Fleetwood Mac mieli duet wokalny damsko męski, chociaż śpiewał też dodatkowo Jerry Garcia. Olsen na szczęście nie wiedział w co się pakuje, bo gdyby wiedział zrezygnowałby na początku i kto wie co by powstało. Grupa ostro walczyła z producentem, który wymyślił sobie, iż zrobi płytę z progresywnym rozmachem. W dodatku nie pytając o nic zespołu, wywalał ich partie by zostawić miejsce dla partii orkiestrowych w Terrapin Station Part 1. Po buncie muzyków przywrócono to co zagrali, ale Olson zadbał, by wszystkie partie które dodał do miksu ostatecznie się tam znalazły. I cóż, trochę wbrew zespołowi nagrano arcydzieło. Dzisiaj takich rzeczy już się nie robi, dzisiaj każdy wie lepiej i klepią albumy jak się smaży naleśniki. Terrapin Station Part 1 zajmuje drugą stronę płyty winylowej i jest 16 minutową suitą. Pozostałych pięć utworów, to rzeczy krótsze, chociaż progresywny rozmach da się zauważyć w Estimated Prophet i Sunrise (mogłoby równie dobrze stanowić część Terrapin Station part 1). Część pierwszą płyty śpiewa Bob Weir wraz z Donną Godchaux, albo sam Weir albo sama Donna. Część druga to już w całości wokal Garcii. Jego śpiew nabardziej mi odpowiada, a także uważam, że ta nietuzinkowa kompozycja to najlepsze co nagrali w karierze. Wszystko tu jest dobre, od samej muzyki, poprzez konstrukcję utworu, do tekstu. Terrapin Part 1 podzielono na niby 7 części, ale tak naprawdę mamy dwie główne, przy czym druga ma kilka podczęści. Nie ma to rzecz jasna większego znaczenia, gdyż to jedna 16 minutowa ścieżka. Lady with a Fan, pierwsza część Terrapin stanowi zwartą kompozycję odpowiadającą o tym, że oto piękna dama wrzuciła wachlarz do jamy lwa i prosi marynarza oraz żołnierza by jej go przynieśli. Marynarz nie namyśla się długo i rzuca się na pewne niebezpieczeństwo. Żołnierz jest strategiem, nie podejmuje ryzyka. Dama oplata ramionami marynarza, ale nie żyją długo i szczęśliwie, bo w tym momencie opowiadanie się urywa, a narrator nie zdradza, co było dalej. Tutaj kończy się ta część i następuje fragment, który całościowo można nazwać po prostu Terrapin Station. Folkowa melodia z pierwszego tematu nie jest kontynuowana, chociaż dalej jest baśniowo i hmmm romantycznie. Opis przyrody, nieba i świetlistej planety Wenus, najjaśniejszej "gwiazdy" na niebie ( oczywiste nawiązanie mitologicznej bogini, niektórzy pewnie doszukają się jeszcze głębszego znaczenia, ale na tym poprzestanę). "W cieniu księżyca" (nie w blasku), celem jest jednak tajemnicza Stacja Terrapin. Z tekstu niejednoznacznie wynika, że podróż pociągiem do stacji Terrapin to podróż w jedną stronę. "I nie wie czy to początek czy koniec, ale pociąg zaciągnął już hamulec, gwizdek krzyczy: Terrapin". Melodia drastycznie zmienia się na nieco niepokojącą, a na pewno podniosłą, że aż ciary przechodzą. Tak jest. To o wyprawie na tamten świat. Tymczasem gdzieś na bocznicy (temat At a Siding) zostali bliscy na ziemi. To ponury, krótki fragment. Niebiański chór w samej końcówce nie daje żadnych odpowiedzi ostatecznych, ale sugeruje jasno o co chodzi. Gdyby nagroda Nobla jeszcze coś znaczyła, to za ten tylko utwór bym im ją wręczył. Na ogół artyści śpiewają o pierdołach, a jak się biorą za poważne tematy wychodzi infantylna żenada. Tutaj jest inaczej. No ale ten tekst pisał im zaprzyjaźniony poeta Robert Hunter, więc pewnie dlatego jest tak wysokich lotów. Muzykę skomponował Jerry Garcia z niewielką pomocą kolegów z zespołu. Gdyby mnie ktoś dzisiaj zapytał jaki jest mój ulubiony utwór wszech czasów wskazałbym na Terrapin Station Part 1, 16 minut naprawdę niesamowitej muzyki. Szkoda, że nie powstała część druga.

Highlights: Estimated Prophet, Passenger, Sunrise, Terrapin Station Part 1
Awatar użytkownika
Geri666
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4290
Rejestracja: śr lis 17, 2010 11:47 pm
Skąd: Wwa

Re: TOP 50 płyt lata 70 - Vorgel

Post autor: Geri666 »

Vorgel pisze: śr lis 04, 2020 7:44 pm 7. Grateful Dead - Terrapin Station (1977)
Muszę tego w końcu posłuchać, często wrzucasz to do "teraz słucham". Okładka mnie nie zachęca, przypomina bajkę Franklina, no ale spróbujemy :P
ODPOWIEDZ