Nawet tam pod prog podchodzą, więc ja byłem kupiony
TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
-
Deleted User 2259
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
-
Deleted User 7916
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Słucham płyty i nawet nie wiem jaki kawałek jest w danej chwili.Jakoś przelatuje ta płyta przez palce, nie ma się czego chwycić, jedynie Achilles jest wart uwagi... Gods of War , jedna z moich ulubionych płyt...Invader pisze: ↑wt lis 24, 2020 8:55 pmNawet tam pod prog podchodzą, więc ja byłem kupiony![]()
-
Deleted User 2259
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Weź z tym Gods of War, wiele osób mówi, ze najgorsza, ale gusta sa rozne 
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Szkoda Vorgel, taki Load w Twoim Top 50 to byłoby COŚ 
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Symbolic to po prostu rozwinięcie idei z krążka poprzedniego, utwory są jednak dłuższe i bardziej progresywne. Pokazują idealnie jakie ambicje miał lider i co będzie szerzej rozwijał w przyszłości. 50 minut Symbolic to dojrzały death metal, ktoś powie, że melodyjny, ale moim zdaniem przede wszystkim techniczny.
A moim zdaniem "Symbolic" to nie jest płyta death metalowa. Death metalu tam niewiele, pojedyncze fragmenty, jeżeli miałbym zaszufladkować tą płytę to raczej do trash metalu. Czyli taki prog/technical/melodic trash metal z elementami death metalu:-)
A moim zdaniem "Symbolic" to nie jest płyta death metalowa. Death metalu tam niewiele, pojedyncze fragmenty, jeżeli miałbym zaszufladkować tą płytę to raczej do trash metalu. Czyli taki prog/technical/melodic trash metal z elementami death metalu:-)
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
No nie, Symbolic to na pewno nie jest thrash. Zupełnie nie ta stylistyka. To jest techniczny death metal, ktoś może ewentualnie powiedzieć, że extreme prog metal czy wymyślić inną etykietkę, ale z thrashem Symbolic nie ma nic wspólnego.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Możemy dywagować na temat zaszufladkowania, choć to oczywiście bez sensu, liczy się muzyka, a nie szufladka, do której ją włożymy.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
32. Blind Guardian – Tales from the Twilight World (1990)

Niestety ten album poznałem dużo później niż następny w dyskografii, który był zarazem pierwszym albumem zespołu z jakim się zapoznałem jeszcze z pirata w 1993 roku. Blind Guardian mieli sporą przerwę wydawniczą między 1992, a 1995 rokiem, natomiast nikomu nie przyszło do głowy by wydać u nas Imaginations from the Other Side. Wtedy Guardiani dopiero wrzynali się w świadomość metalowej publiki nad Wisłą. Nie mogę więc napisać, że Tales from the Twilight World budzi u mnie jakiś sentyment związany z wczesnym poznawaniem tego stylu. Ale to płyta kapitalna i jak jej słucham mam oczywiście skojarzenia z Somewhere far Beyond, bo to był już właśnie ten rodzaj grania. Są tu wszystkie najlepsze patenty jakimi panowie będą nas częstować na każdym następnym wydawnictwie, no i oczywiście zaczyna się tu motyw przewodni czasu, ciągnięty na kilku następnych płytach z maniackim uporem. I w sumie dobrze.
Highlights: Traveler in Time, Welcome to Dying, Lost in the Twilight Hall, The Last Candle
31. Mercyful Fate – Dead Again (1998)

Część fanów kręciła na Dead Again nosem, bo nie gra już na albumie Michael Denner. Mike Wead nie jest tak naprawdę gorszy od Dennera, nie ma może swojego charakterystycznego stylu i brzmienia, ale technicznie jest równie świetny. I o ile ktoś mnie zapyta gdzie tutaj to niby pokazał, odpowiem, że akurat tu nie bardzo musiał się silić na wirtuozerię, ale już na następnym krążku "9" w Buried Alive udowodnił, iż potrafi tyle samo co każdy z gitarzystów Króla, czy to w Mercyful czy KD. Naturalnie na Dead Again mamy sprawne technicznie granie jak zawsze u tego zespołu i momentami tak genialne riffy, że wszyscy inni przestają się już liczyć. The Lady Who Cries to dla mnie top 3 kawałków Mercyful Fate. Czy King nagrał coś słabego w karierze? No nie. Czasem mam wrażenie, że on naprawdę coś tam... a zresztą, nieważne.
Highlights: The Night, The Lady Who Cries, Banshee, Mandrake, Fear, Crossroads

Niestety ten album poznałem dużo później niż następny w dyskografii, który był zarazem pierwszym albumem zespołu z jakim się zapoznałem jeszcze z pirata w 1993 roku. Blind Guardian mieli sporą przerwę wydawniczą między 1992, a 1995 rokiem, natomiast nikomu nie przyszło do głowy by wydać u nas Imaginations from the Other Side. Wtedy Guardiani dopiero wrzynali się w świadomość metalowej publiki nad Wisłą. Nie mogę więc napisać, że Tales from the Twilight World budzi u mnie jakiś sentyment związany z wczesnym poznawaniem tego stylu. Ale to płyta kapitalna i jak jej słucham mam oczywiście skojarzenia z Somewhere far Beyond, bo to był już właśnie ten rodzaj grania. Są tu wszystkie najlepsze patenty jakimi panowie będą nas częstować na każdym następnym wydawnictwie, no i oczywiście zaczyna się tu motyw przewodni czasu, ciągnięty na kilku następnych płytach z maniackim uporem. I w sumie dobrze.
Highlights: Traveler in Time, Welcome to Dying, Lost in the Twilight Hall, The Last Candle
31. Mercyful Fate – Dead Again (1998)

Część fanów kręciła na Dead Again nosem, bo nie gra już na albumie Michael Denner. Mike Wead nie jest tak naprawdę gorszy od Dennera, nie ma może swojego charakterystycznego stylu i brzmienia, ale technicznie jest równie świetny. I o ile ktoś mnie zapyta gdzie tutaj to niby pokazał, odpowiem, że akurat tu nie bardzo musiał się silić na wirtuozerię, ale już na następnym krążku "9" w Buried Alive udowodnił, iż potrafi tyle samo co każdy z gitarzystów Króla, czy to w Mercyful czy KD. Naturalnie na Dead Again mamy sprawne technicznie granie jak zawsze u tego zespołu i momentami tak genialne riffy, że wszyscy inni przestają się już liczyć. The Lady Who Cries to dla mnie top 3 kawałków Mercyful Fate. Czy King nagrał coś słabego w karierze? No nie. Czasem mam wrażenie, że on naprawdę coś tam... a zresztą, nieważne.
Highlights: The Night, The Lady Who Cries, Banshee, Mandrake, Fear, Crossroads
Ostatnio zmieniony śr lis 25, 2020 4:18 pm przez Vorgel, łącznie zmieniany 1 raz.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Mike Wead na House of God?
BRUCE SPRINGSTEEN, JAN BO I RICHIE FAULKNER PONAD WSZYSTKO
https://www.last.fm/pl/user/sardynex
setlist.fm/user/matt01
https://www.last.fm/pl/user/sardynex
setlist.fm/user/matt01
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Pomyliłem się, miałem na myśli 9 Mercyful Fate i kawałek Buried Alive. W Just a Shadow też są genialne sola. Muszę poprawić.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
30. Iron Maiden – No Prayer for the Dying (1990)

Kiedy album się ukazał niewiele go słuchałem. A jeśli już to tylko utworu Tailgunner, ewentualnie Holy Smoke. Powróciłem do płyty kiedy Ironi wydali Fear of the Dark. Katowałem oba krążki przez kilka następnych wakacji, bo to były dla mnie idealne płyty na lato. Bruce śpiewa tu inaczej, z większym pazurem, mniej operowych zaśpiewów więcej rock and rolla. 10 kawałków 43 minuty. Gdzie się podziało to Maiden sprzed 30 lat? Nie da się już tak zagrać czy się nie chce? Może naprawdę fani oczekują od nich 70 minutowych albumów z 9 minutowymi klocami, które udają metal progresywny. Nie mam pojęcia, dla mnie No Prayer for the Dying znaczy więcej niż wszystkie Irony z XXI wieku razem wzięte. Chociaż to chyba niezbyt dobrze ujęte, bo im więcej tego nowego Iron Maiden tym gorzej.
PS. Pamiętam, że w któreś wakacje w telewizorku puszczali serial Klub Paradise. W jednym z odcinków (pod tytułem "Rock and rollowa ruletka") wystąpił gościnnie Bruce Dickinson (pojawia się też na chwilę Janick Gers) wcielając się w muzyka Jake'a Skinnera z zespołu Fraud Squad. To było gdzieś w okolicach wydania No Prayer for the Dying i tam właśnie jest ten rock and rollowy Bruce. I te czasy już niestety nie wrócą.
Highlights: No Prayer for the Dying, Public Enema Number One, Fates Warning, Hooks in You
29. Extreme – Pornograffitti (1990)

Idealne podsumowanie lat 80 i tego czym była Ameryka w tamtej dekadzie i czym tak naprawdę od 1992 roku już nie jest. Jest to album koncepcyjny, który otwiera utwór Decadence Dance, dość dobrze wprowadzający nas w nastrój płyty. Mamy tu ponad godzinny run przez wszystkie najbardziej charakterystyczne cechy konsumpcyjnego stylu życia i jak ten styl trywializował amerykańską kulturę. To nie jest wesoły album, mimo iż większość utworów stanowi rozbujany hard rock and roll. Momentami zespół zwalnia i prezentuje nieco łagodniejsze oblicze np. balladką More Than Words, która ma być kroplą uczuć w oceanie dekadenckiego cynizmu. Ta ballada dla mnie jest taka sobie, ale sprzedała im krążek w nakładzie ponad 2 mln egzemplarzy w samych tylko Stanach, więc chyba opłacało się nagrywać. Brian May był zachwycony zespołem i gitarzystą Nuno Bettencourtem, który okazał się wielkim fanem Queen. Extreme zostali zaproszeni na tribute koncert Freddiego w 1992 roku, w okresie, gdy porwali się na bardziej rozbudowany, ale już nie tak porywający koncept album.
Highlights: Decadence Dance, Li'l Jack Horny, Money (in God We Trust), It ('s a Monster), Suzi (Wants Her All Day What?), He-Man Woman Hater

Kiedy album się ukazał niewiele go słuchałem. A jeśli już to tylko utworu Tailgunner, ewentualnie Holy Smoke. Powróciłem do płyty kiedy Ironi wydali Fear of the Dark. Katowałem oba krążki przez kilka następnych wakacji, bo to były dla mnie idealne płyty na lato. Bruce śpiewa tu inaczej, z większym pazurem, mniej operowych zaśpiewów więcej rock and rolla. 10 kawałków 43 minuty. Gdzie się podziało to Maiden sprzed 30 lat? Nie da się już tak zagrać czy się nie chce? Może naprawdę fani oczekują od nich 70 minutowych albumów z 9 minutowymi klocami, które udają metal progresywny. Nie mam pojęcia, dla mnie No Prayer for the Dying znaczy więcej niż wszystkie Irony z XXI wieku razem wzięte. Chociaż to chyba niezbyt dobrze ujęte, bo im więcej tego nowego Iron Maiden tym gorzej.
PS. Pamiętam, że w któreś wakacje w telewizorku puszczali serial Klub Paradise. W jednym z odcinków (pod tytułem "Rock and rollowa ruletka") wystąpił gościnnie Bruce Dickinson (pojawia się też na chwilę Janick Gers) wcielając się w muzyka Jake'a Skinnera z zespołu Fraud Squad. To było gdzieś w okolicach wydania No Prayer for the Dying i tam właśnie jest ten rock and rollowy Bruce. I te czasy już niestety nie wrócą.
Highlights: No Prayer for the Dying, Public Enema Number One, Fates Warning, Hooks in You
29. Extreme – Pornograffitti (1990)

Idealne podsumowanie lat 80 i tego czym była Ameryka w tamtej dekadzie i czym tak naprawdę od 1992 roku już nie jest. Jest to album koncepcyjny, który otwiera utwór Decadence Dance, dość dobrze wprowadzający nas w nastrój płyty. Mamy tu ponad godzinny run przez wszystkie najbardziej charakterystyczne cechy konsumpcyjnego stylu życia i jak ten styl trywializował amerykańską kulturę. To nie jest wesoły album, mimo iż większość utworów stanowi rozbujany hard rock and roll. Momentami zespół zwalnia i prezentuje nieco łagodniejsze oblicze np. balladką More Than Words, która ma być kroplą uczuć w oceanie dekadenckiego cynizmu. Ta ballada dla mnie jest taka sobie, ale sprzedała im krążek w nakładzie ponad 2 mln egzemplarzy w samych tylko Stanach, więc chyba opłacało się nagrywać. Brian May był zachwycony zespołem i gitarzystą Nuno Bettencourtem, który okazał się wielkim fanem Queen. Extreme zostali zaproszeni na tribute koncert Freddiego w 1992 roku, w okresie, gdy porwali się na bardziej rozbudowany, ale już nie tak porywający koncept album.
Highlights: Decadence Dance, Li'l Jack Horny, Money (in God We Trust), It ('s a Monster), Suzi (Wants Her All Day What?), He-Man Woman Hater
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Pamietam ten serial, Bruce w jednym z odcinków grał gwiazdę rocka i śpiewał jak dobrze pamiętam " I shot the sheriff".
-
Deleted User 2259
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Faworyci z No Prayera: Public i Fates, wiec widze wszyscy mamy podobnie 
Zamówiłem świecąca koszulkę, zobaczymy jak się będzie prezentować. Szkoda, że bez tego dziadka.
Zamówiłem świecąca koszulkę, zobaczymy jak się będzie prezentować. Szkoda, że bez tego dziadka.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
W tym serialu był też kawałek Johnny B. Good
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
28. Blind Guardian – Imaginations from the Other Side (1995)

Album poznałem dopiero jak Blind Guardian wydali Forgotten Tales, czyli rok później. Tak to niestety było w Polsce, że zespół nie miał jeszcze licznej grupy fanów i nie wszystko u nas wydawano czy sprowadzano. Inna sprawa, że w połowie lat 90 trzeba było grać jak Dog Eat Dog, Biohazard czy Pantera by mieć szeroką dystrybucję i do tego wsparcie medialne. Podłe to były czasy dla starego dobrego metalu. Imaginations from the Other Side nie różni się stylistycznie od dwóch poprzednich albumów. Do tego zespół wciąż jest w pełni mocy twórczych i bez trudu przedstawia kompozycje dorównujące najlepszym z wcześniejszych płyt. Utwór tytułowy to naszpikowana nawiązaniami do klasyki literatury opowieść o tęsknocie za dzieciństwem i... nieśmiertelnością. Blind Guardian wiedzą co chcą przekazać i robią to zgrabnie przeplatając wątki z różnych mniej lub bardziej poważnych książek. Wszystkiemu towarzyszą kaskady dźwięków podkreślające emocjonalność tej muzyki. No cóż, tak wygląda z grubsza rzecz biorąc power metal, a Blindzi są w nim mistrzami.
Highlights: Cała płyta, chociaż nigdy nie przepadałem za Born in a Mourning Hall. Reszta bardzo ładnie wchodzi.
27. Death – Individual Thought Patterns (1993)

O takim składzie można było tylko marzyć i taki skład nagrał jedną jedyną płytę w historii muzyki i już na pewno drugiej nie nagra. Chuck Schuldiner zaprosił gitarzystę King Diamond (który miał akurat wolne bo King poświęcał się w całości Mercyful Fate) Andyego LaRocque oraz świetnego perkusistę Dark Angel Gene'a Hoglana. Na basie pozostał Steve DiGriorgio z poprzedniego składu, co okazało się strzałem w dziesiątkę, bo tutaj ten bezprogowy bas sprawdził się lepiej niż na Human. Mając takiego kompozytora jak Chuck i takich muzyków jak wymienieni, musiało się udać. Individual Thought Patterns to płyta bardziej melodyjna od Human, lider zmienił też trochę sposób śpiewania, z niskiego grobowego na bardziej agresywny. Wszystko to w połączeniu z wirtuozerią muzyków i kompozycjami w kosmos daje naprawdę mocny efekt. Nie ma tu dłużyzn, pod tym względem ta płyta jest jak Human, ale ponieważ mamy 10 nie 8 kawałków, całość trwa 40 minut. Czyli idealnie. Nie ma zabaw w instrumentale, bo nie trzeba było szukać kompozycji do wypełnienia krążka. Death metal w odsłonie wirtuozerskiej.
Highlights: Cała płyta.

Album poznałem dopiero jak Blind Guardian wydali Forgotten Tales, czyli rok później. Tak to niestety było w Polsce, że zespół nie miał jeszcze licznej grupy fanów i nie wszystko u nas wydawano czy sprowadzano. Inna sprawa, że w połowie lat 90 trzeba było grać jak Dog Eat Dog, Biohazard czy Pantera by mieć szeroką dystrybucję i do tego wsparcie medialne. Podłe to były czasy dla starego dobrego metalu. Imaginations from the Other Side nie różni się stylistycznie od dwóch poprzednich albumów. Do tego zespół wciąż jest w pełni mocy twórczych i bez trudu przedstawia kompozycje dorównujące najlepszym z wcześniejszych płyt. Utwór tytułowy to naszpikowana nawiązaniami do klasyki literatury opowieść o tęsknocie za dzieciństwem i... nieśmiertelnością. Blind Guardian wiedzą co chcą przekazać i robią to zgrabnie przeplatając wątki z różnych mniej lub bardziej poważnych książek. Wszystkiemu towarzyszą kaskady dźwięków podkreślające emocjonalność tej muzyki. No cóż, tak wygląda z grubsza rzecz biorąc power metal, a Blindzi są w nim mistrzami.
Highlights: Cała płyta, chociaż nigdy nie przepadałem za Born in a Mourning Hall. Reszta bardzo ładnie wchodzi.
27. Death – Individual Thought Patterns (1993)

O takim składzie można było tylko marzyć i taki skład nagrał jedną jedyną płytę w historii muzyki i już na pewno drugiej nie nagra. Chuck Schuldiner zaprosił gitarzystę King Diamond (który miał akurat wolne bo King poświęcał się w całości Mercyful Fate) Andyego LaRocque oraz świetnego perkusistę Dark Angel Gene'a Hoglana. Na basie pozostał Steve DiGriorgio z poprzedniego składu, co okazało się strzałem w dziesiątkę, bo tutaj ten bezprogowy bas sprawdził się lepiej niż na Human. Mając takiego kompozytora jak Chuck i takich muzyków jak wymienieni, musiało się udać. Individual Thought Patterns to płyta bardziej melodyjna od Human, lider zmienił też trochę sposób śpiewania, z niskiego grobowego na bardziej agresywny. Wszystko to w połączeniu z wirtuozerią muzyków i kompozycjami w kosmos daje naprawdę mocny efekt. Nie ma tu dłużyzn, pod tym względem ta płyta jest jak Human, ale ponieważ mamy 10 nie 8 kawałków, całość trwa 40 minut. Czyli idealnie. Nie ma zabaw w instrumentale, bo nie trzeba było szukać kompozycji do wypełnienia krążka. Death metal w odsłonie wirtuozerskiej.
Highlights: Cała płyta.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
26. Motorhead – 1916 (1991)

Jedna z moich ulubionych płyt wakacji 1991 roku. Do dzisiaj gdy słucham Nightmare/The Dreamtime kojarzę go z gorącym wieczorami i bzyczącym chrabąszczem majowym. To bardzo eklektyczny album Motorhead, ale i też najbardziej zaawansowany muzycznie. Melodyjne solówki, świetne utwory, dużo pomysłów. Są tu dwie ballady, zupełnie różne od siebie, w tym mój ulubiony utwór Motorhead z całej ich dyskografii Love Me Forever. Nie ma dla mnie lepszego Motorhead, chociaż nigdy za jakiegoś wielkiego fana zespołu się nie uważałem, więc ta opinia może nie być miarodajna. Z drugiej strony 1916 to największy sukces komercyjny Lemmyego i spółki, który zbiegł się w czasie z ogromnym, największym od czasu debiutu sukcesem Ozzyego, dla którego Lem napisał 4 kawałki na No More Tears. Niedawno przeglądając wkładkę CD, z tymi trupimi głowami w miejsce zdjęć muzyków, zdałem sobie sprawę, że tylko jeden z nich ostał się przy życiu. A wtedy wydawali się być po prostu niezniszczalni. Jestem już stary.
Highlights: The One to Sing the Blues, I'm So Bad (Baby I Don't Care), No Voices in the Sky, Nightmare / The Dreamtime, Love Me Forever, Make My Day
25. Testament – The Ritual (1992)

Za najlepiej wyprodukowane płyty thrashowych zespołów uważam Exodus - Force of Habit i Testament - The Ritual. Uwielbiam przestrzeń w brzmieniu perkusji i bardzo masywne brzmienie gitar. Brzmienie masywniejsze niż wcześniej, ale przy bardziej różnorodnym materiale. Ten miks jest dla mnie niesamowity i z każdym rokiem The Ritual zyskuje u mnie na wartości. Tak definiuję ponadczasową płytę. Nie trzeba się zastanawiać kiedy dokładnie ją nagrano, chociaż wiadomo, że nie współcześnie, bo współcześnie nie ma już czegoś takiego jak produkcja, co najwyżej inżynieria dźwięku oraz kopiuj i wklej na komputerze. Początek lat 90 to był ostatni moment gdy wytwórnia dawała taki szmal na produkcję metalu. Oficjalny status sprzedaży to 485,000 kopii w USA, czyli brakuje 15 tysiaków do złotej płyty, ale Eric Peterson twierdzi, iż taki status dawno już ten album posiada, tylko Atlantic Records nie przesłało do RIAA rekordów, a oni jako zespół mają to w doopie. No i ok, jak dla mnie płyta zasługuje nawet na platynę.
Highlights: Electric Crown, So Many Lies, The Ritual, As the Seasons Grey, Return to Serenity

Jedna z moich ulubionych płyt wakacji 1991 roku. Do dzisiaj gdy słucham Nightmare/The Dreamtime kojarzę go z gorącym wieczorami i bzyczącym chrabąszczem majowym. To bardzo eklektyczny album Motorhead, ale i też najbardziej zaawansowany muzycznie. Melodyjne solówki, świetne utwory, dużo pomysłów. Są tu dwie ballady, zupełnie różne od siebie, w tym mój ulubiony utwór Motorhead z całej ich dyskografii Love Me Forever. Nie ma dla mnie lepszego Motorhead, chociaż nigdy za jakiegoś wielkiego fana zespołu się nie uważałem, więc ta opinia może nie być miarodajna. Z drugiej strony 1916 to największy sukces komercyjny Lemmyego i spółki, który zbiegł się w czasie z ogromnym, największym od czasu debiutu sukcesem Ozzyego, dla którego Lem napisał 4 kawałki na No More Tears. Niedawno przeglądając wkładkę CD, z tymi trupimi głowami w miejsce zdjęć muzyków, zdałem sobie sprawę, że tylko jeden z nich ostał się przy życiu. A wtedy wydawali się być po prostu niezniszczalni. Jestem już stary.
Highlights: The One to Sing the Blues, I'm So Bad (Baby I Don't Care), No Voices in the Sky, Nightmare / The Dreamtime, Love Me Forever, Make My Day
25. Testament – The Ritual (1992)

Za najlepiej wyprodukowane płyty thrashowych zespołów uważam Exodus - Force of Habit i Testament - The Ritual. Uwielbiam przestrzeń w brzmieniu perkusji i bardzo masywne brzmienie gitar. Brzmienie masywniejsze niż wcześniej, ale przy bardziej różnorodnym materiale. Ten miks jest dla mnie niesamowity i z każdym rokiem The Ritual zyskuje u mnie na wartości. Tak definiuję ponadczasową płytę. Nie trzeba się zastanawiać kiedy dokładnie ją nagrano, chociaż wiadomo, że nie współcześnie, bo współcześnie nie ma już czegoś takiego jak produkcja, co najwyżej inżynieria dźwięku oraz kopiuj i wklej na komputerze. Początek lat 90 to był ostatni moment gdy wytwórnia dawała taki szmal na produkcję metalu. Oficjalny status sprzedaży to 485,000 kopii w USA, czyli brakuje 15 tysiaków do złotej płyty, ale Eric Peterson twierdzi, iż taki status dawno już ten album posiada, tylko Atlantic Records nie przesłało do RIAA rekordów, a oni jako zespół mają to w doopie. No i ok, jak dla mnie płyta zasługuje nawet na platynę.
Highlights: Electric Crown, So Many Lies, The Ritual, As the Seasons Grey, Return to Serenity
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Właściwie jakbym miał puścić komuś kto nie lubi Motorów jakiś ich album to pewnie wybrałbym ten.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Individual to genialna płyta, dla mnie najlepsza płyta Death, moim zdaniem zasługuje na znacznie wyższą pozycję.


