Ja też od lat chwalę ten album i w sumie też zaraz u mnie poleci
Z jednej strony rozumiem zarzuty, że album może zlewać się w całość, ale tylko dlatego, że całość jest bardzo spójna stylistycznie. Jak dla mnie Man on the Edge jest najsłabszy z płyty, Sign obiektywnie jest ok, ale to taki typowy kolos Harrisa, który ma mocno ograne patenty, więc w skali całej płyty dla mnie jest niewiele lepszy od wcześniej opisywanego kawałka. Do reszty albumu absolutnie nie mam żadnych zarzutów, oprócz tego, ze nie ma tu żadnych wybijających się utworów, dlatego też nie mogę nazwać tej płyty najlepszą w karierze, ale rzeczywiście stawiam ją wysoko. Mogę się założyć, że gdyby była wydana w całkiem innych okolicznościach około maidenowych, czyli nie że pierwsza bez Bruce'a, to z miejsca byłaby obsypana hejwi metalowym złotem. Moim ulubionym utworem tutaj jest Fortune of War, mimo męczącego refrenu
