No to pora na ostatnie 3 pozycje w zestawieniu.
3. Kat – 38 Minutes of Life
Jak koncertówki to wiadomo, że nie może obyć się od zwrotów do publiczności. Pierwszy live album Kata to jedyna płyta, z której pamiętam wszystkie takie gadki. Począwszy od „Ten zespół znacie doskonale, lubicie go…” po każde słowo wypowiadane przez Romana między utworami. Nie wiem, jak wiele osób 38 Minutes of Life nawróciło na metal. Z uwagi na ówczesną sytuację w Polsce mam wrażenie, że mogło ich być zajebiście dużo. I w ogóle by mnie to nie dziwiło. Płyta ta nie bez powodu ma status legendarny. Tutaj zagrało wszystko: po pierwsze, forma muzyków jest znakomita (a materiał nagrano na tylko jedną gitarę!). Po drugie, tracklista złożona z kompozycji z wczesnych lat Kata to zestaw killerów (w pewnym sensie nawet dosłownie

) i robi masakryczną robotę. Po trzecie, atmosfera jest tak gęsta, że można ją ciąć maczetą. No i w końcu Kostrzewski – postać kluczowa dla gatunku w Polsce, przypuszczam że m.in. za sprawą tej właśnie koncertówki, za sprawą której przestał być jedynie głosem z płyty, a stał się „żywy”. Kat gra tu na pełnej mocy, nie oszczędzając strun (w tym głosowych), naciągów ani widowni. Nawet pozorny czas na złapanie oddechu, jakim jest Głos z ciemności – jedyna ballada w tym repertuarze – to intensywna jazda. A co dopiero takie Czarne zastępy, Wyrocznia czy Diabelski dom II! All killer, no filler, tyle powiem. Szczęśliwie się składa, że reedycje tego wydawnictwa otrzymały 2 bonusy: Dziewczyna w cierniowej koronie oraz Noce Szatana. Oba są oczywiście świetne, ale Noce Szatana to jeden z lepszych momentów płyty. Wykonanie lepsze od oryginalnego i zarazem idealne domknięcie krążka. Krążka niestety niezbyt długiego… Chciałoby się, żeby Kat grał nam jeszcze z dobre pół godziny dłużej. Tak niestety nie jest i zamykamy się w obrębie jednego winyla. Szkoda, bo przydałby się co najmniej jeden Diabelski dom więcej, ale cóż poradzić, początkowo Kat nie grał długich koncertów, a płytę nagrywano w czasach jeszcze sprzed skomponowania Oddechu wymarłych światów. Nota bene, warto tutaj rozprawić się z powszechnym od dawna mitem, jakoby 38 Minutes of Life stanowiło zapis z występów Kata w roli Metalliki. To nie jest prawda, co sugeruje w zasadzie już sama zapowiedź na początku płyty. Materiał nagrywano w różnych okolicznościach, a następnie całkiem zgrabnie sklejono go w całość. Nie wiem, skąd to błędne przeświadczenie w ogóle się wzięło. Tak czy siak jest to pozycja rewelacyjna i stanowi ciekawą pocztówkę z odległej przeszłości. Z taką formą, zaangażowaniem i kompozycjami wydawać by się mogło, że Ślązacy są gotowi na podbój świata. Do tego z kilku różnych przyczyn nie doszło, ale u nas są nieśmiertelni. Myślę, że 38 Minutes of Life ma w tym swoją niemałą zasługę.
2. Watain – Opus Diaboli
Nie polubiłem się z Watain od razu. Pierwszy raz natrafiłem na muzykę Szwedów w okolicach premiery Trident Wolf Eclipse, to była jesień 2018 roku. Wspomniany krążek zraził mnie do zespołu. Na pewno brakowało mi wówczas odpowiedniego kontekstu do właściwego obcowania z tą muzyką, ale nie zmienia to faktu, że po dziś dzień Trident Wolf Eclipse uważam za najsłabszy album hordy z Uppsali. Po jakimś czasie próbowałem się do nich przekonać i choć było już lepiej (nie pamiętam, czego dokładnie słuchałem), to nadal nie zaskakiwało. Nie mam pojęcia, dlaczego zdecydowałem się na odsłuch Opus Diaboli. Być może myślałem, że jest to po prostu kolejny album studyjny i chciałem wybadać, co tam grają. Doskonale jednak pamiętam, że otwarcie w postaci Death’s Cold Dark dosłownie wyjebało mnie z kapci pod sufit. Pamiętam szok, który przeżyłem, gdy usłyszałem finałowe wokale w Malfeitor… Zastanawiałem się wtedy, czy wokalista robi to sam, czy korzysta z efektów, bo to przeciąganie brzmiało wręcz nieludzko (potem odkryłem, że od pewnego momentu jedzie na delayu, ale nic to – nadal kocham ten fragment). Opus Diaboli to wydawnictwo dokumentujące trasę promującą Lawless Darkness, jedno z najważniejszych dzieł studyjnych Watain. Ze wskazanego krążka znajduje się tu aż 7 utworów, więc reprezentację dostał godną. Każdy z nich był dla mnie na swój sposób fascynujący… No, może poza Four Thrones. Do dziś jest to dla mnie słabszy element Lawless Darkness. Natomiast furia Reaping Death była czymś niezwykłym. Brutalność Storm of the Antichrist wstrząsała mną za każdym odsłuchem, Stellarvore zwiastowało nieuchronnie nadchodzącą zagładę, a grande finale w postaci Waters of Ain – po latach będącego w mojej opinii szczytowym osiągnięciem gatunku – na nowo definiowało moje postrzeganie black metalu. Natomiast o wielkości zespołu uświadomił mnie chyba znajdujący się na płycie cover Bathory – A Fine Day to Die. To wbrew pozorom nie jest łatwy zespół do reinterpretowania, ale Szwedzi odjebali tu istny majstersztyk. Stąd też żałuję, że to nie Erik Danielsson śpiewał go ostatnio w Gdańsku. Watain przestało być zespołem, który kojarzę z ogniem i oblewaniem się krwią. Stało się dla mnie bytem realnym, namacalnym… I przede wszystkim zjawiskowym. O ile wcześniej prym wiodły u mnie klasyki (Emperor, Bathory), o tyle Opus Diaboli pokazało mi zespół względnie młody, ale niezwykle utalentowany, bardzo zaangażowany w swoją pracę – czy, jak pewnie ująłby to Erik, misję. Opus Diaboli towarzyszyło mi w różnych okolicznościach. Dźwięki te sączyły się z moich słuchawek w palące letnie dni, jak i ogrzewały mnie w zimowe noce. Kurde, pamiętam czekanie na tramwaj po trudnym kolokwium na II roku studiów w grudniu (Sardi, jeśli to czyta, powinien wiedzieć, o które mi chodzi.

). Leciało mi wtedy genialne Total Funeral, które puściłem, bo tytuł nieźle zbiegał się z tym, czego doświadczyłem parę chwil wcześniej (kolokwium na szczęście zdałem, być może dzięki Opus Diaboli – dzięki, Watain!). Ta koncertówka to dla mnie wiele wspomnień. To także początek pięknej przygody polegającej na coraz głębszym wgryzaniu się w twórczość zespołu oraz jeżdżeniu na ich koncerty. Żałuję jedynie, że Opus Diaboli nie miało nigdy wznowienia i w obrocie nie istnieje wersja wyłącznie audio tego wydawnictwa, przez co skazany jestem na streaming. Video jest znacznie krótsze, bo jest swego rodzaju filmem dokumentalnym na temat Watain, uzupełnionym wybranymi utworami z koncertu. Mam nadzieję, że doczekam się osobnego wydania, bo z pewnością bym je nabył. Jeśli ludzie 40 lat temu wkraczali w świat Maiden pod wrażeniem Live After Death, to ja przeżyłem to dekady później z Watain za sprawą Opus Diaboli. Wcześniej pisałem tutaj, że Live in Leipzig od Mayhem to black metal. Opus Diaboli to idealny black metal. Kropka.
1. Judas Priest – Live in New Haven ‘88
Pamiętam, że któregoś letniego dnia – to był chyba 2015 rok, może 2014 – natrafiłem w internecie na amatorskie nagranie video z Miami z trasy promującej Ram it Down. Ta płyta to średni powód do dumy, ale wspomniany filmik rozłożył mnie na łopatki. „To oni tak wtedy brzmieli?!” – myślałem zaskoczony. Ano brzmieli. Pierwsza połowa lat 80. była dla Halforda jedną wielką przygodą z alkoholem i narkotykami. To odbijało się na samych koncertach, wystarczy tu przytoczyć zapis gigu z Long Beach w 1984, dodawany do edycji deluxe Defenders of the Faith. Czasy Turbo to już forma znacznie wyższa, w zasadzie rewelacyjna. Nie sądziłem, że dało się robić to lepiej niż na Fuel for Life Tour. Ale trasa Mercenaries of Metal to wręcz poziom wyżej. Nagrania z New Haven przez długi czas funkcjonowały w obrocie nieoficjalnym, toteż poznałem je dość dawno temu. Jednakże nie był to kompletny koncert, brakowało dość sporo utworów. Brak rocznicowej edycji Ram it Down w zasadzie pogrzebał me marzenia o tym, że Priest wyda coś z tej niezwykłej, acz zapomnianej trasy… Ale parę lat temu na rynku pojawił się pokaźnych rozmiarów box, w ramach którego wydano także koncert z New Haven. I to pełny! Gdy zgłębiłem już tajniki Soulseeka (cóż za genialny wynalazek), od razu położyłem na nim swoje łapy. Byłem zniszczony tym, co słyszałem. Nie dość, że w końcu otrzymałem kompletną koncertówkę z 1988, to jeszcze brzmiała ona wyśmienicie (podobnie jak w przypadku pozostałych, dźwiękiem zajmował się Tom Allom). Dlaczego jest to moje top 1? Bo uważam, że to Priest w swojej absolutnie szczytowej formie. Jeśli utwór pokroju Beyond the Realms of Death jest swego rodzaju judaszową oczywistością, to przestaje nim być na New Haven ’88. To, co na tym koncercie robią muzycy, jest wprost nie do pomyślenia. Wszyscy dają tu z siebie 100%, ale naturalnie największą uwagę słuchacza skupia na sobie Halford. Już na samym starcie słychać, że nie będzie lekko. Klasyczny wstęp The Hellion/Electric Eye i towarzyszące mu Metal Gods są tu znacznie bardziej elektryzujące, aniżeli na innych koncertówkach zespołu. Zaraz potem być może najlepszy performance w historii kapeli, mianowicie Sinner – o matko, cóż to jest za jazda bez trzymanki. Priest na koncertach, jak to klasycznie w tamtych czasach, dodaje gazu, więc jest naprawdę szybko i dosadnie. Repertuar jest tu bardzo przekrojowy: oczywiście na trackliście znajdują się numery z promowanego wtedy Ram it Down (trafny dobór kompozycji, choć odczuwalny jest brak Blood Red Skies, na które porwali się dopiero w 2011), ale oprócz tego znaleźć tu można klasyki z lat 80. i 70. Wszystko zagrane jest na przepotężnej kurwie, nie ma chwili wytchnienia, a kotlety wchodzą jak w żadnych innych okolicznościach. Poza wspomnianymi Beyond the Realms of Death i Sinner znakomitą robotę robi szczególnie potężny The Sentinel, hymno-podobne Heavy Metal i piornujące Ram it Down. Nie sposób wymienić słabych punktów tego wydawnictwa, gdyż jest ono po prostu takowych pozbawione. New Haven ’88 to 1h40 Judas Priest w ich szczytowej formie koncertowej. Jeśli Priest… Live! to rewelacyjny materiał z lat 80. (osobiście wolę bliźniacze, dłuższe wydawnictwo z tej samej trasy, które trafiło na rocznicową wersję Turbo), to New Haven bije je na głowę swą intensywnością i doborem kompozycji. Tutaj mamy znacznie większy nacisk na lata 70., czego przejawem jest obecność 5 kompozycji z tamtych czasów na trackliście (na Priest… Live! nie ma żadnych), co uważam za atut. Sądzę, że zarówno samo Ram it Down, jak i ówczesne wyczyny koncertowe zespołu niejako stanowiły zapowiedź tego, co stało się niedługo potem, czyli zaprezentowanie światu zdecydowanie najbardziej agresywnej płyty Priest nagranej z Robem. Mowa oczywiście o Painkiller. On, wbrew tekstowi piosenki, z nieba nie sfrunął, a biorąc pod uwagę wspomniane wyżej kwestie można stwierdzić, że pomysł na materiał tego rodzaju musiał się zrodzić z pewnym wyprzedzeniem… Ale to już inna historia. Wracając stricte do New Haven: podejrzewam, że gdyby ta płyta ukazała się w czasach, kiedy powstawała, z miejsca stałaby się definitywnym klasykiem, cieszącym się równym, a być może nawet lepszym statusem względem Unleashed in the East. Jak już wspominałem, tak się nie stało. Niezbyt mnie to dziwi, bo Priest… Live! wciąż było materiałem świeżym i pewnie zaspakajało ówczesny popyt na koncertówki Judasów. Po latach, gdy mamy dostęp do wielu nagrań z tamtych lat, nie ulega wątpliwości, że Priest ani wcześniej, ani później nie było w formie porównywalnej do tej, którą mogło się szczycić w 1988 roku. Stąd też szkoda, że fanom przyszło czekać całe dekady na możliwość doświadczenia tych dźwięków. Szkoda też, że poza wspomnianym boxem nie sposób nabyć tego wydawnictwa. Niedawno w ramach Record Store Day ukazał się oddzielnie koncert z trasy World Vengeance – być może to samo za jakiś czas spotka New Haven. Oby, bo z chęcią kupiłbym ten album w formacie winylowym. Na razie muszę zadowolić się wersją cyfrową, ale nie przeszkadza mi to jakoś bardzo - gdy zaczyna się rzeźnicka wersja Sinner, zapominam o wszystkim innym. No, może poza tym, że zaraz równie mocarny wykon Beyond the Realms of Death.